Blog > Komentarze do wpisu
Demokracja i telewizja

Kilka dni temu drugi kanał francuskiej telewizji publicznej pokazał film wideo ilustrujący wyjątkowo okrutny epizod izraelskiej wojny w Gazie. Komentarz był ze studia w Paryżu: "Arabskie telewizje i internet - mówił dziennikarz - powtarzają te sceny amatorsko filmowane przez telefon. Chodzi tu o rzekome uderzenie izraelskiej rakiety 1 stycznia 2009 r. Bojownicy noszą opaski Hamasu, na ziemi widać zwłoki cywilów".


Tyle komentarza. I wszystko nie tak. Wideo było nakręcone nie 1 stycznia 2009 r., lecz 23 września 2005 r., nie chodziło o ofiary izraelskiej rakiety, a ofiary wybuchu ciężarówki z transportem rakiet dla Hamasu w Gazie.

Błąd został wykryty, francuski kanał przeprosił telewidzów i przyznał, że był to przejaw braku czujności. Co nie przeszkodziło temu, by zmanipulowane wideo nadal krążyło po sieci.

Czujność stała się hasłem dnia w mediach. Izraelska wojna w Gazie wywołała w sieci prawdziwe tsunami nienawiści, obelg, rasizmu i antysemityzmu. Gazety zaczęły się bronić. Lewicowa francuska "Liberation" czy liberalny brukselski "Le Soir" postanowiły odciąć artykuły dotyczące Gazy od internetowych komentarzy, ich internetowych autorów zaproszono do rejestrowania się, a teksty internautów są poddane operacji moderowania niezbędnej choćby z uwagi na konsekwencje prawne "szerzenia propagandy rasizmu i nienawiści".

Obie gazety, jak zresztą wszystkie demokratyczne media, wychodzą z założenia, że jeżeli ich "forum ma być terenem wolnej dyskusji, to nie może dać się wykorzystać jako instrument rasizmu i antysemityzmu".

Propaganda nienawiści jest wszędzie podobna. Nic dziwnego - prowadzona jest głównie przez zblokowane komanda kryjące się za internetowym anonimatem. Zarówno zasób argumentów, jak i bogactwo słownika, a zwłaszcza zbieżność lansowanych zbitek propagandowych takich jak "Gaza - Stalingrad" prowadzą do podwójnego wniosku.

Po pierwsze, wielkość lawiny obelg jest odwrotnie proporcjonalna do jej różnorodności. Epitety pochodzą po prostu z niewielu podobnych źródeł. Po drugie i ważniejsze, wysuwane argumenty mają niewiele albo i nic wspólnego z treścią przywoływanego artykułu, a bardzo wyraźnie sformułowane są pod wpływem obrazu telewizyjnego albo jego fotograficznej wersji gazetowej.

Sprzężenie prasa - telewizja to nie jest kwestia techniczna. To kwestia przyszłości prasy. Na razie poważna prasa drukowana zachowuje ciągle prestiż czcigodnej "starszej damy". Ale to telewizja, główny dostawca informacji, zasadnicze, a w wielu miejscach monopolistyczne źródło wiedzy o świecie i o polityce, wyznacza dziś (a w internecie jutro) rangę informacji w odbiorze społecznym. Sprawozdanie na żywo w realnym czasie stało się wartością bezwzględną.

Skutek jest podwójny. Dobry: każdy z nas wybierał Obamę, każdy może powiedzieć Chińczykom, co myśli o Tybecie. Ale może też być groźny. Ten sam news w różnych ideologicznych manipulowanych opakowaniach okrążający świat w kilka sekund nie łączy, a coraz bardziej dzieli kraje i narody.

Jest także w stanie przekształcić każde, nie tylko prawdziwe i ważne, ale także manipulowane wydarzenie w centralny fakt dnia, wyprowadzić ludzi na ulice. Siła oddziaływania obrazu na żywo zależy bowiem często nie od prawdziwej wagi przekazywanego wydarzenia, ale od siły przekazywanej pod tym pretekstem emocji. A przecież nie wystarczy widzieć, czy czuć, by zrozumieć.

Wniosek: jeżeli poważna codzienna prasa drukowana, jedyna zdolna do rzetelnego odcyfrowania i wytłumaczenia sensu informacji zawartej w obrazie, nie wypełni tej luki, to, mówiąc w brutalnym skrócie, taka będzie demokracja, jaka będzie telewizja. Amen!

wtorek, 13 stycznia 2009, leopold.unger

Polecane wpisy

  • Nasze 15 minut trwa już 20 lat

    Fala rozmaitych 20-leci zaczyna zalewać Polskę, zanim rozleje się w szumie polemik o to, która z nich ważniejsza po całej Europie. Na razie nie wszyscy wiedzą,

  • Topór Einsteina

    "Postęp techniczny to topór w ręku psychopaty". To powiedział fachowiec. Nazywał się Albert Einstein. Przesada? Wcale nie, Einstein był naprawdę zanie

  • Prezent dla Obamy

    Co mają wspólnego Czabanienko i Gruzja? Proste - Hawanę. "Admirał Czabanienko" to niszczyciel okrętów podwodnych, który przed kilku dniami zakończył w