RSS
wtorek, 03 marca 2009
Nasze 15 minut trwa już 20 lat
Fala rozmaitych 20-leci zaczyna zalewać Polskę, zanim rozleje się w szumie polemik o to, która z nich ważniejsza po całej Europie. Na razie nie wszyscy wiedzą, co ich czeka.

Znalazłem w prasie zachodniej (kumoterstwo nie pozwala podawać nazwy) kalendarze tegorocznych okrągłych rocznic bez układu Ribbentrop-Mołotow, a nawet bez daty 1 września, czyli 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Bagatela. Mniejsza o powody, już mam dosyć narzekania na nieznajomość, zwłaszcza wśród młodych, podstawowych wydarzeń historii współczesnej.

Jeżeli jednak wracam do tego kalendarza, to z okazji, jakżeby inaczej, 20. rocznicy Okrągłego Stołu. Przeczytałem sporo tekstów, choć naturalnie nie wszystkie o tym meblu, i odnalazłem tam większość, potraktowanych lepiej lub gorzej, moich, lepszych lub gorszych, znajomych.

Zabrakło mi, akurat w tym kontekście, jednego nazwiska: Mieczysława Rakowskiego. A przecież on także, choć przy stole nie siedział, odegrał, co być może umknęło czujności historyków, pewną rolę w procesie, który za chwilę przewróci komunizm w środkowej Europie.

Pierwszy raz, po 20 latach na Zachodzie, wysiadłem na Okęciu 28 marca 1989 r. z samolotu rządowej delegacji Belgii i premiera Martensa. Belgowie trafili na widok bez precedensu w obozie sowieckim: komunistów i opozycjonistów przy jednym stole. Pierwsi politycy z Zachodu obecni w oku historycznego cyklonu, w momencie Okrągłego Stołu, pierwsi na tym szczeblu spotykający otwarcie oficjalnie nielegalną opozycję, Belgowie po powrocie przekazali, komu trzeba, że po 40 latach sowietyzmu rysuje się szansa kompromisu i pokojowego wychodzenia z Jałty.

Z Rakowskim nigdy nie byłem w przyjaźni, poruszaliśmy się po innych orbitach. Ale on mnie czytał w "Kulturze" Giedroycia, a ja pamiętałem o jego postawie w czarnosecinnym roku 1968. Kiedy więc nasze role się zmieniły i dziennikarz zachodni poprosił premiera Rakowskiego o wywiad dla "Le Soir", nie było chwili wahania.

Otóż dziś ten wywiad to kartka w archiwum, ale wtedy to była Historia. Pierwszy raz komunistyczny premier, pod okiem Moskwy i w zasięgu wojska sowieckiego stacjonującego na jego terytorium, zakładnik ciągle oddychającego betonu partyjnego, mówi otwarcie o "kompromisie historycznym".

- Czy pan wie, jakie są granice tolerancji sowieckiej? - pytam. - Nie - odpowiada Rakowski - Wchodzimy, opozycja także zresztą, w okres transformacji. Jest to krok w nieznane bez siatki ubezpieczającej. Wszystko, co u nas się dzieje, nie ma precedensu. Dajcie nam spróbować.

- Czy rzeczywiście nie ma już (tak było w druku, w istocie zapytałem Rakowskiego: "Czy ty się nie boisz?") groźby interwencji sowieckiej? Odpowiedział: - Z Gorbaczowem na Kremlu takie ryzyko nie istnieje...

Wywiad poszedł w świat. Do sąsiadów Polski także. Naturalnie nie da się wywiadu prasowego przeliczyć na siłę drgań w polityce czy w nastrojach, w tym wypadku na szybkość upadania domina w sowieckiej (jeszcze wtedy) części Europy.

Władcy świata nie czekali na mnie, wiedzieli swoje. Ale Martens nie taił, że po raz pierwszy miał tak szczerą rozmowę z politykiem z Europy Wschodniej. A wywiad z tak wysokiej półki to było pierwsze prasowe, a więc publiczne zaproszenie dla innych.

Chodźcie z nami, wołała Warszawa, korzystajcie z okazji, bo nie wiadomo, jak długo te 15 minut potrwa. Na szczęście potrwały dłużej.
16:51, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
wtorek, 24 lutego 2009
Topór Einsteina
"Postęp techniczny to topór w ręku psychopaty". To powiedział fachowiec. Nazywał się Albert Einstein. Przesada? Wcale nie, Einstein był naprawdę zaniepokojony. Mamy taką planetę, jaką mamy, niewielką, ale innej na razie nie będzie. Jest pełna zagrożeń, ze wszystkich stron. I na to też nie mamy rady.

Postęp techniczny sprawił, że życie na naszej planecie staje się łatwiejsze, ale i bardziej ryzykowne. Toporu zatrzymać się nie da. A ponieważ ryzyko zero, jak wiadomo, nie istnieje, to warto spytać, jakie istnieje. Pytanie tak ważne, że trzeba było powołać nową gałąź nauki.

Nazywa się ta gałąź dziwnie - kindyka. To termin, który pochodzi od starogreckiego "kindunos" (niebezpieczeństwo). Wymyślili go Francuzi na Sorbonie w 1987 r., lansując w ten sposób naukę o zagrożeniu, czyli badanie ryzyka.

Dwa wyjątkowo ryzykowne rendez-vous skłoniły mnie do szukania odsieczy w "kindunos". Pierwsze to zderzenie dwóch satelitów telekomunikacyjnych na orbicie okołoziemskiej. Był to od początku ery kosmicznej najpoważniejszy tego rodzaju przypadek. Do zderzenia doszło nad Syberią, na wysokości 805 km. Spotkały się, nieco brutalnie, bo nic z nich nie zostało, amerykański komercyjny satelita Iridium wystrzelony w 1997 r. i rosyjski satelita wprowadzony na orbitę cztery lata wcześniej. Iridium ważył 560 kg, a rosyjski satelita prawie tonę. Drobiazg, można powiedzieć.

Co na to "kindunos"? Bada. Z tej randki na wysokiej półce powstały bowiem dwie duże chmury odłamków, nie wiadomo jednak, jak licznych i jak wielkich. Eksperci nie wiedzą jeszcze, co z tego dla nas wynika. Czy tak miałby wyglądać "topór Einsteina"? I co by z tego wyszło u szczytu zimnej wojny

Przypadek, ten niezawodny kumpel dziennikarzy, sprawił, że do drugiego "oko w oko" doszło wprost przeciwnie niż w kosmosie, bo pod wodą. Prasa mianowicie ujawniła, że na początku lutego na Atlantyku zderzyły się nie satelity, ale okręty podwodne Wlk. Brytanii i Francji, oba o napędzie atomowym - HMS "Vanguard" i "Le Triomphant".

Obie jednostki o tak dumnych nazwach zostały uszkodzone w trakcie kolizji, ale odpukać, nie doszło do awarii reaktorów ani, znowu odpukać, do wycieku paliwa jądrowego. Oba mastodonty to jednostki najnowszej generacji wyposażone we wszystko, co technologia wymyśliła. Poza, jak widać, antidotum na ich ślepotę, w tym wypadku głuchotę. Zderzenie pod wodą zostało określone jako "krótki kontakt". Topór krótki, ale nuklearny.

Co na to kindyka? Przypomina, że "Challenger" i "Columbia", concorde i "Kursk" to były katastrofy i że najnowsze dwie przygody, w kosmosie i pod wodą, katastrofą na szczęście nie są, ale mogły być. I że są przestrogą.

Że żyjąc, podejmujemy ryzyko codziennie. I że ludzkość nie powinna bać się postępu nauki, bać się powinna ludzkich błędów, lekkomyślności i braku poczucia odpowiedzialności za użytek, jaki z niej robi. Wiadomo przecież, że technika i nauka mogą służyć i dobru, i złu i że bywają sytuacje, kiedy nie podejmując ryzyka, ryzykujemy znacznie więcej.

Chiński filozof Lao Tse żył i nauczał między rokiem 570 i 490 p.n.e. Jego formuła pasuje do naszych czasów. - Ten, kto wynalazł okręt - powiedział Lao - wynalazł także rozbitków.
19:14, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 09 lutego 2009
Ratując niemiecką duszę
 Obaj Niemcy mają już swoje miejsce w historii. Ale obaj także właśnie teraz, choć tak różni, równocześnie wrócili do aktualności. Stauffenberg - na ekrany kinowe. Hosenfeld - na mur w Yad Vashem w Jerozolimie.
"Kiedy za długo słucham Wagnera, nabieram ochoty, by napaść na Polskę". To powiedzenie należy do Woody'ego Allena, ale dzięki niemu można lepiej zrozumieć dlaczego film o nieudanym zamachu na Hitlera nosi tytuł "Walkiria".
Pióra samego Wagnera, tytułowe "Walkirie" z jego poematów opartych na mitologii nordyckiej, to zbrojne dziewice zwiastujące śmierć bojownikom i odprowadzające poległych bohaterów do Walhalli.
"Walkiria" to nie pierwszy film o zamachu na Hitlera. Nic dziwnego, trudno o bardziej epicki epizod niemieckiej II wojny światowej. Ciężko ranny w Afryce płk Claus Schenk von Stauffenberg wraca do Rzeszy i kieruje spiskiem, przygotowuje "Operację Walkiria" i przekonany o beznadziejnej sytuacji Rzeszy dokonuje zamachu, by wstrzymać niepotrzebny już przelew krwi.
Zamach się nie uda i zamiast Hitlera Walkirie zaprowadzą do Walhalli Stauffenberga i spiskowców. Kino lubi takie historie, wkracza więc Hollywood i dobry thriller z Tomem Cruise'em pokazuje inne Niemcy niż Hitlera. I posłuszny Wehrmacht, gotowy likwidować SS i obalić nazizm.
Przypadek, który, jak wiadomo, tylko czeka na okazję, przypomniał prawie w tym samym momencie los innego niemieckiego oficera z tego samego Wehrmachtu. Nie pułkownik, lecz kapitan, nie szlachcic, ale syn nauczyciela Wilm Hosenfeld w Polsce i na świecie znany jest z biografii polskiego muzyka Władysława Szpilmana, a jeszcze lepiej z oskarowego filmu "Pianista". Hosenfeld odkrył Szpilmana ukrywającego się w ruinach spalonej Warszawy i uratował mu życie.
Obaj Niemcy mają już swoje miejsce w historii. Ale obaj także właśnie teraz, choć tak różni, równocześnie wrócili do aktualności. Stauffenberg - na ekrany kinowe. Hosenfeld - na mur w Yad Vashem w Jerozolimie, który, z ociąganiem i opóźnieniem (m.in. pod wpływem zastrzeżeń polskiej prawicy), wniósł jednak jego nazwisko na listę Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.
Jeżeli się nie mylę, to Hosenfeld jest jednym z dwóch tylko (wraz majorem Karlem Plaggem, który ratował Żydów na Litwie) oficerów Wehrmachtu wśród 25 tys. nazwisk na liście Yad Vashem.
Dwóch oficerów niemieckich, dwóch niewątpliwych niemieckich bohaterów, choć każdy w innym rejestrze i w innej skali, obaj uprowadzeni do Walhalli nie przez Walkirię, tylko przez największych europejskich zbrodniarzy. Stauffenberg rozstrzelany przez Hitlera, Hosenfeld zamęczony przez Stalina w gułagu.
Jedna wielka rzecz ich różni. Motywacja. Stauffenberg wierzył w wyższość rasy germańskiej, chciał Rzeszy z Austrią i Sudetami, nie oburzał go los Żydów, choć był przeciwny ich fizycznemu niszczeniu, a, jak informuje "Le Monde", o Polakach mówił, że "dobrze się czują tylko pod knutem".
Czyli, jak mówi Hannah Arendt, nie działał pod wpływem moralnego oburzenia, lecz chciał w ostatniej chwili ratować przed całkowitym zniszczeniem resztki niemieckiej armii i ojczyzny. Hosenfeld natomiast pomógł polskiemu Żydowi, albowiem w równie beznadziejnej sytuacji wojska i Rzeszy nie ratował nazistowskiej Walhalli, lecz już tylko resztki niemieckiej duszy.
21:15, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
wtorek, 13 stycznia 2009
Demokracja i telewizja

Kilka dni temu drugi kanał francuskiej telewizji publicznej pokazał film wideo ilustrujący wyjątkowo okrutny epizod izraelskiej wojny w Gazie. Komentarz był ze studia w Paryżu: "Arabskie telewizje i internet - mówił dziennikarz - powtarzają te sceny amatorsko filmowane przez telefon. Chodzi tu o rzekome uderzenie izraelskiej rakiety 1 stycznia 2009 r. Bojownicy noszą opaski Hamasu, na ziemi widać zwłoki cywilów".


Tyle komentarza. I wszystko nie tak. Wideo było nakręcone nie 1 stycznia 2009 r., lecz 23 września 2005 r., nie chodziło o ofiary izraelskiej rakiety, a ofiary wybuchu ciężarówki z transportem rakiet dla Hamasu w Gazie.

Błąd został wykryty, francuski kanał przeprosił telewidzów i przyznał, że był to przejaw braku czujności. Co nie przeszkodziło temu, by zmanipulowane wideo nadal krążyło po sieci.

Czujność stała się hasłem dnia w mediach. Izraelska wojna w Gazie wywołała w sieci prawdziwe tsunami nienawiści, obelg, rasizmu i antysemityzmu. Gazety zaczęły się bronić. Lewicowa francuska "Liberation" czy liberalny brukselski "Le Soir" postanowiły odciąć artykuły dotyczące Gazy od internetowych komentarzy, ich internetowych autorów zaproszono do rejestrowania się, a teksty internautów są poddane operacji moderowania niezbędnej choćby z uwagi na konsekwencje prawne "szerzenia propagandy rasizmu i nienawiści".

Obie gazety, jak zresztą wszystkie demokratyczne media, wychodzą z założenia, że jeżeli ich "forum ma być terenem wolnej dyskusji, to nie może dać się wykorzystać jako instrument rasizmu i antysemityzmu".

Propaganda nienawiści jest wszędzie podobna. Nic dziwnego - prowadzona jest głównie przez zblokowane komanda kryjące się za internetowym anonimatem. Zarówno zasób argumentów, jak i bogactwo słownika, a zwłaszcza zbieżność lansowanych zbitek propagandowych takich jak "Gaza - Stalingrad" prowadzą do podwójnego wniosku.

Po pierwsze, wielkość lawiny obelg jest odwrotnie proporcjonalna do jej różnorodności. Epitety pochodzą po prostu z niewielu podobnych źródeł. Po drugie i ważniejsze, wysuwane argumenty mają niewiele albo i nic wspólnego z treścią przywoływanego artykułu, a bardzo wyraźnie sformułowane są pod wpływem obrazu telewizyjnego albo jego fotograficznej wersji gazetowej.

Sprzężenie prasa - telewizja to nie jest kwestia techniczna. To kwestia przyszłości prasy. Na razie poważna prasa drukowana zachowuje ciągle prestiż czcigodnej "starszej damy". Ale to telewizja, główny dostawca informacji, zasadnicze, a w wielu miejscach monopolistyczne źródło wiedzy o świecie i o polityce, wyznacza dziś (a w internecie jutro) rangę informacji w odbiorze społecznym. Sprawozdanie na żywo w realnym czasie stało się wartością bezwzględną.

Skutek jest podwójny. Dobry: każdy z nas wybierał Obamę, każdy może powiedzieć Chińczykom, co myśli o Tybecie. Ale może też być groźny. Ten sam news w różnych ideologicznych manipulowanych opakowaniach okrążający świat w kilka sekund nie łączy, a coraz bardziej dzieli kraje i narody.

Jest także w stanie przekształcić każde, nie tylko prawdziwe i ważne, ale także manipulowane wydarzenie w centralny fakt dnia, wyprowadzić ludzi na ulice. Siła oddziaływania obrazu na żywo zależy bowiem często nie od prawdziwej wagi przekazywanego wydarzenia, ale od siły przekazywanej pod tym pretekstem emocji. A przecież nie wystarczy widzieć, czy czuć, by zrozumieć.

Wniosek: jeżeli poważna codzienna prasa drukowana, jedyna zdolna do rzetelnego odcyfrowania i wytłumaczenia sensu informacji zawartej w obrazie, nie wypełni tej luki, to, mówiąc w brutalnym skrócie, taka będzie demokracja, jaka będzie telewizja. Amen!

15:36, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 stycznia 2009
Imię Rosji
Każda epoka powinna mieć swojego bohatera. Dlatego tygodnik "Time" wymyślił Człowieka Roku. Tygodnik zachował się ostrożnie. Dał swemu bohaterowi krótką, bo roczną tylko, klamrę życia i zostawił otwartą kwestię co do tego, jakie cechy i jakie zasługi lub dokonania ma uwiecznić czy wyrażać postać na okładce "Time'a".
Debata nie jest zamknięta. I słusznie. Przeglądając listę ludzi roku (pierwszym, w 1927 r., był Charles Lindbergh, który mając lat 25, przeleciał Atlantyk, potem było gorzej), łatwo dojść do wniosku, że nic nie może łączyć Martina Luthera Kinga z Adolfem Hitlerem, Gandhiego ze Stalinem czy ajatollahem Chomeinim, Wałęsę z panią Simpson (dla której abdykował król brytyjski) czy wreszcie Putina z Obamą. A przecież wszyscy oni, i inni podobnej kategorii, byli ludźmi roku w "Timie".
Bez próby psychoanalizy anonimowego wyboru dwa czynniki wydają się jednak wspólne. Po pierwsze, rozmiary miejsca, które ludzie różnych lat zajmowali w mediach, wielkość hałasu, jak się dzisiaj mówi, medialnego, jaki swoim działaniem, dobrym lub złym, wywoływali. Po drugie (teza, przyznaję, ryzykowna), że każdy z nas, a ludzie decydujący o okładkach "Time'a" są tacy jak my, widzi w swoim wybrańcu, swoim człowieku roku te cechy, w jakie sami chcielibyśmy być wyposażeni lub które, czasem bezwiednie, nas fascynują siłą i brutalnością działania oraz zasięgiem, dobrego lub tragicznego, wpływu na bieg historii.
Czy można tymi kryteriami uzasadnić, dlaczego to nikt inny, tylko średniowieczny książę Aleksander Newski został w tegorocznym konkursie telewizji rosyjskiej (to taki rodzaj człowieka nie tyle roku, ile tysiąclecia) uznany za najpopularniejszą postać historyczną w dziejach Rosji? Konkurs pod nazwą "Imię Rosji", zorganizowany przez kanał Rossija, trwał przez ponad pół roku, oddano w nim 50 mln głosów, co jak na kraj liczący 143 mln mieszkańców stanowi bardzo przekonującą i wiarygodną próbkę.
Drugie miejsce zajął carski premier z początku XX w., mądry, ale okrutny Piotr Stołypin, trzecie - Józef Stalin. Lenin jest na szóstym miejscu, nieco dalej Iwan Groźny.
Aleksander Newski znany jest ze zwycięstwa nad rycerzami Zakonu Kawalerów Mieczowych w 1242 r. Został ogłoszony świętym przez Cerkiew prawosławną. Stalin i Lenin szczegółów nie wymagają. Czy taka lista o czymś świadczy? Czy rzeczywiście ludzie miecza, samodzierżawia i terroru, a nie ukryci na dalszych miejscach Dostojewski czy Puszkin, zapisali w historii imię Rosji? Jaki Stalin fascynuje Rosjan: szef zwycięskiej Rosji czy satrapa, twórca gułagu, morderca milionów?
Jedno i drugie zapewne. Normalnie. Tak jak na okładkach "Time'a". Z dwoma poprawkami. W "Timie" są tylko żywi, na rosyjskiej liście - tylko martwi (dlatego Putin jest w "Timie", a nie ma go w rosyjskiej hit-paradzie). No i żaden z ludzi roku "Time'a" nie ma swojego ołtarza. A Stalin ma. W cerkiewce na przedmieściu Petersburga spora ikona Stalina mierzy wiernych u boku św. Matrony, która kazała mu w 1941 r. zostać w Moskwie i bronić stolicy przed Hitlerem. W imię Rosji - i nas wszystkich - niech się stamtąd nie rusza.
23:22, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 grudnia 2008
Prezent dla Obamy
Co mają wspólnego Czabanienko i Gruzja? Proste - Hawanę.
"Admirał Czabanienko" to niszczyciel okrętów podwodnych, który przed kilku dniami zakończył wizytę w Hawanie jako pierwszy okręt rosyjski w tym porcie od upadku ZSRR. "Gruzja" zaś to statek, oficjalnie cywilny, a tak naprawdę wojskowy transportowiec, który zawitał do Hawany latem 1962 r.
Pamiętam dobrze, jak się z niego wysypał na ulice Hawany tysiąc "techników rolniczych", w istocie żołnierzy do obsługi sowieckich baz z rakietami atomowymi zainstalowanymi na wyspie przez Castro i Chruszczowa.
Wspomnienia są cenne, składają się na to, co można określić jako doświadczenie. I prowadzą do interesujących skojarzeń. Kuba roku 62 była najbardziej niebezpiecznym punktem sowieckiej światowej architektury wojskowej. Stała się, w wyniku ślepoty Castro i awanturnictwa Chruszczowa, frontem jedynego prawdziwego ryzyka szoku atomowego w czasie zimnej wojny.
Na co liczył Chruszczow, kiedy instalował rakiety i próbował zagrozić Ameryce z bazy tuż pod jej bokiem? Na naiwność Fidela Castro, który uwierzył, że Moskwa zaryzykuje wojnę z USA w interesie Kuby. I na naiwność młodego i niedoświadczonego prezydenta USA Johna Kennedy'ego. Ale Nikita się pomylił. Kennedy powiedział "nie", zablokował wyspę, Chruszczow mrugnął pierwszy, świat uniknął katastrofy.
1962 to nie jest 2008, Putin nie Chruszczow. Nikt nie podejrzewa Putina o awanturnictwo ani o próbę instalowania rakiet na Kubie. Jego polityka budzi jednak podejrzane skojarzenia.
Do wniosku o braku doświadczenia i naiwności nowego młodego prezydenta USA Chruszczow doszedł po krótkim spotkaniu z Kennedym we Wiedniu w czerwcu 1961 r. Rok później musiał zmienić zdanie. Putin jeszcze Obamy nie widział, ale ma już na pewno gotowy dokładny jego portret psychologiczny. Otóż ten portret wydaje się tak wyrysowany, jakby Putin także liczył na naiwność młodego i niedoświadczonego lokatora Białego Domu.
Przygotował mianowicie na inaugurację Obamy bardzo specjalny prezent, którego "Admirał Czabanienko" i powrót Rosji na Kubę oraz jej nagła miłość do Ameryki Łacińskiej to tylko szczegół.
Na ofertę otwarcia, jaką Putin złoży Obamie, składa się m.in. 150 mld dol. zastrzyku dla armii rosyjskiej, zapowiedź budowy 70 nowych wielogłowicowych atomowych rakiet strategicznych, rakiety Iskander w Kaliningradzie w odpowiedzi na tarczę w Polsce i Czechach, rakiety przeciwlotnicze S-300 dla Iranu z zasięgiem aż po irackie niebo, pogłoski o bazach w Syrii, ołowiana chmura nad Gruzją i Ukrainą
Razem to nie tyle elegancki bukiet powitalny co bardzo ciężka rosyjska rękawica rzucona w kierunku Waszyngtonu.
Rosja broni dziś nie ideologii, a tego co uważa za swój państwowy interes. Moskwie nie zależy na powtórce z zimnej wojny. Baryłka za 30 czy 50 dolarów już zmieniła układ sił. W istocie Moskwa szykuje się do nieuniknionych rozmaitych konfrontacji z USA i chce do nich przystąpić z - na tyle na ile to możliwe - pozycji siły.
Jest w tej rosyjskiej polityce jakiś procent blefu i ryzyka. Pytanie tylko, jak troskliwie te procenty zostały obliczone. Warto może pamiętać o Kubie, która właśnie obchodzi 50 lat castryzmu. Przyszłość można, a czasem trzeba, budować na wspomnieniach. Na doświadczeniach także.
09:09, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 15 grudnia 2008
Czy piraci to terroryści
Trafiony! Nareszcie sukces! Duński okręt wojenny „Absalom” (dziwna dla okrętu nazwa od nieudanego syna żydowskiego króla Dawida?) nareszcie złapał piratów. Sukces, powiedzmy, jak z dowcipu o Radiu Erewan. „Absalom” nie złapał bowiem, ale odnalazł piratów, nie pojmał ich w wojnie morskiej, ale wyłowił ledwo żywych siedmiu rozbitków, nie z ultraszybkiej motorówki, ale z dryfującej łodzi pozbawionej silnika.
Ktoś by więc pomyślał, że "Absalom" przekazał piratów w ręce wymiaru sprawiedliwości w celu surowego ukarania. A guzik. Piracka siódemka została nakarmiona, opatrzona i przy pierwszej okazji przekazana władzom Jemenu, gdzie zapewne zostanie potraktowana po bratersku, to znaczy zwolniona.
Zła wola? Głupota? Nie. Praworządność. Potomkowie wikingów nie pojmali piratów na gorącym uczynku i nie mieli dowodów na to, że to byli piraci. Na dryfującej łodzi znaleźli co prawda arsenał granatników i karabinów AK-47, czyli instrumentów niesłużących raczej do łowienia ryb, ale z braku dowodów co do ich intencji musieli rozbitków uwolnić.
Inna fregata, niemiecka "Emden", trafiła na piracką łódź atakującą właśnie japoński frachtowiec. Ponieważ misją "Emdena" było ściganie terrorystów, a nie wiadomo było, czy piratów można tak zakwalifikować, bandyci uszli z życiem i towarem.
Satyra? Nie. Prawo. Somalia nie ma rządu od 20 lat. Somalia to nie państwo, lecz strefa gangsterska, gdzie zresztą niedługo zapanują islamscy ekstremiści.
Pytanie więc, czy piraci to bandyci lub/i terroryści, czy też są to somalijskie siły parawojskowe? Czy mogą być łapani i karani zawsze, wszędzie i przez wszystkich ? Teoretycznie mogą, ale łapać ich nie radzę. Nie wiadomo bowiem, co potem robić z jeńcami, wątpliwość, która praktycznie paraliżuje wszelką sądową akcję wobec piratów.
Czy statek, który nie był celem pirackiego ataku, ale np. uratował inny napadnięty statek i pojmał porywaczy, jest zobowiązany do podjęcia wobec nich bardzo kosztownej procedury prawnej? Czy, kto i gdzie, jakie towarzystwo ubezpieczeniowe będzie płacić kolosalne odszkodowanie za ewentualną śmierć w czasie akcji ratowniczej niewinnych pasażerów, członków załogi lub prywatnie wynajmowanych ochroniarzy? Ryzyko jest spore.
18 listopada indyjska fregata "Tabar" odpowiedziała ogniem i zatopiła piracką jednostkę szykującą się do ataku. Po tygodniu okazało się, że był to tajlandzki trawler właśnie porwany przez piratów. Kto, komu i za co teraz zapłaci?
Uważny czytelnik powie: déja vu. Rzeczywiście, o piratach pisałem w poprzednim felietonie. Dlaczego wracam do tematu. Bo przyszło nowe: drżyjcie narody!
Od 24 godzin flota powietrzno-morska Unii Europejskiej - sześć okrętów wojennych i trzy samoloty zwiadowcze - zastępuje siły NATO i rozpoczyna własną operację przeciwko piratom u wybrzeży Somalii. "Eunavfor Atalanta" (bo tak brzmi jej kryptonim) będzie pierwszą morską operacją UE. Zadanie polega na eskortowaniu i ochronie statków handlowych oraz odpieraniu ataków pirackich.
To brzmi dumnie i groźnie. Nie wiem, czy tak będzie, ale tak być powinno. To przecież Europejczyk, Rzymianin, niejaki Marek Tuliusz Cyceron 21 wieków temu określił piratów jako wrogów cywilizacji, z czego powstała prawna formula hostis humani generis - wrogowie rodzaju ludzkiego.
Nic się nie zmieniło. Tylko wrogów nam przybyło.
11:55, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
wtorek, 25 listopada 2008
Przypadek
Przypadek, powiadają, jest kochankiem historii. Sam sprawdziłem. Byłem w Warszawie na zorganizowanej przez Instytut prof. Jerzego Kłoczowskiego konferencji "Polska i Europa Środkowo-Wschodnia we wspólnocie europejskiej". No i zaczęła się seria.

Przypadek, powiadają, jest kochankiem historii. Sam sprawdziłem. Byłem w Warszawie na zorganizowanej przez Instytut prof. Jerzego Kłoczowskiego konferencji "Polska i Europa Środkowo-Wschodnia we wspólnocie europejskiej". No i zaczęła się seria.

Moja obecność na konferencji zwołanej 20 lat po przełomie w Europie była naturalnie dziełem przypadku. Mogła wszak odbyć się beze mnie, intruza wśród historyków. Ten sam albo inny przypadek sprawił również, że prywatny lunch u ambasadora Belgii Jana Luykxa podany został w tej samej dużej sali, w której - znowu, nieprawdaż, przypadek - dokładnie 20 lat temu jadłem także lunch, znacznie jednak mniej prywatny.

Był to bowiem nie skromny dyplomatyczny posiłek, ale bomba sezonu. Na zaproszenie innego ambasadora Belgii w tej samej sali zebrało się bowiem wtedy, przy belgijskim okrągłym stole, znacznie więcej osób, a nawet osobistości - a mianowicie kilkunastu przedstawicieli partii komunistycznej trzymającej wówczas władzę w Warszawie i tyluż przedstawicieli opozycji (Mazowiecki, Geremek, Michnik i inni), niecierpliwie na przejęcie tej władzy czekający.

Menu nie pamiętam, ale jakoś dziwnie jak na tamte czasy beztroski nastrój - jak najbardziej.

Cóż innego niż przypadek mógł sprawić, że właśnie wtedy, dokładnie 20 lat temu, kiedy się tu wszystko kotłowalo, kiedy Polska była w oku politycznego cyklonu, który zmieść miał niedługo totalitarny porządek w sowieckim lodowcu, ja po raz pierwszy po - znowu - 20 latach wylądowałem w Warszawie w walizce premiera Belgii i mogłem przeprowadzić dla "Le Soir" pierwszy wywiad z premierem komunistycznego rządu.

Był to premier rządu PRL i znowu przypadek sprawił, że to akurat w tym wywiadzie poszedł w świat prawdziwy "scoop". Albowiem ani wywiad, ani premier nie byli banalni. Dokładnie 20 lat temu premier Polski, państwa ciągle satelickiego, które mimo iż na jego terytorium stacjonowało kilkanaście dywizji Armii Radzieckiej wyczyniało niesłychane łamańce całkowicie sprzeczne z liturgią obowiązującą w obozie sowieckim, na pytanie, czy nie boi się braterskiej pomocy Moskwy, odpowiedział: - Dopóki na Kremlu jest Gorbaczow, żadnej pomocy się bać nie trzeba.

Uslyszała to, i zrozumiała, reszta porwanej Europy.

Premier nazywał się Mieczysław Rakowski, członek ekipy, która otworzy drogę do polskiego Okrągłego Stołu. Był to kiedyś redaktor "Polityki", najlepszego tygodnika w zonie sowieckiej (dziś zresztą także), znowu przypadkiem mój stary kolega. I oczywiście, choć bardzo smutny, tylko przypadek mógł sprawić, że akurat po znowu 20 latach znalazłem się w Warszawie w dniu jego pogrzebu.

Historia zatoczyła koło. Idzie nowe dwudziestolecie. Nowe konferencje już radzą nad sposobem, sensem i oprawą obchodów 20. rocznicy... no właśnie - rocznicy czego i dlaczego? Gdzie się to wszystko zaczęło?

Stoi już ogonek do świetowania. W krajach Europy Środkowej i Wschodniej - do 20. rocznicy wyjścia z imperium. W Niemczech - do 20. rocznicy zwalenia muru w Berlinie. W Polsce stoją nawet dwa ogonki: jeden do 20. rocznicy niepodległościowego Okrągłego Stołu, drugi do rocznicy spisku i powstania wrażego układu.

A Europa się tymczasem zastanawia, jakich to nowych kochanków przypadek przyniesie nie byle Historii, a, jak pisała "Kultura" Giedroycia, "Historii spuszczonej z łańcucha"?
08:28, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 listopada 2008
Europa patrzy na Amerykę

Nie chciałem pisać o wyborach amerykańskich, inni się tym zajęli. Ale kiedy na ekran komputera wskoczyła depesza o zamknięciu berlińskiego lotniska Tempelhof, coś pękło, odżyła pamięć i wróciły wybory.

To tam przed 60 laty lądowały amerykańskie DC-3, tworząc legendę mostu powietrznego ratującego Berlin, ale przede wszystkim stawiającego pierwszy raz skutecznie tamę ekspansji Stalina. To tam na lotnisku Tempelhof głosowałem na Amerykę. I - z wyprzedzeniem - na jej prezydentów: i na demokratę, który w cieniu muru w 1963 roku zawołał: "Ich bin ein Berliner", i na republikanina, który w 1987 r. z tego samego miejsca wołał: "Panie Gorbaczow, niech pan zburzy ten mur".

Dziś w Europie amerykański prezydent nie musi obalać żadnego muru i niczego wołać. I bez tego Europa wierzy, że wybór Obamy to byłby prawdziwy przełom, że czarny prezydent wskrzesiłby "The American Dream" i nadzieję na braterstwo ludzi, a także poprawiłby natychmiast image USA na świecie tak dokumentnie zepsuty przez osiem lat Busha.

Ale w polityce nie ma nic bardziej niebezpiecznego niż złudzenia. Ja też głosuję na Obamę, ale myślę o Ameryce. Jestem świadom, jak wiele znaczyłaby dla świata Ameryka - niezawodny, lojalny i zaufany sojusznik także niezawodnej i lojalnej, zjednoczonej i nadal jednoczącej się Europy. Byłby jednak wielce ryzykowny pogląd, że taka Ameryka mogłaby powstać kosztem Ameryki.

W sferze polityki gospodarczej i międzynarodowej i McCain, i Obama będą pilnować interesów USA i postępować zgodnie z tymi interesami. W tej sferze zmieni się styl, ale nie można mieć wątpliwości: Demokraci i Republikanie są bliżsi sobie niż Europie, a aura Obamy nie pokrywa się z programem, który będzie on chciał czy musiał realizować.

Dlatego w tej Europie, która zniewolona musiała wegetować przez dziesięciolecia za murem i która w dalszym ciągu leży w tym samym miejscu kontynentu, nie ma obamomanii. Dla tej części Europy tylko do pewnego stopnia ważne jest kto - Obama czy McCain - będzie nowym prezydentem Ameryki. A naprawdę ważne jest, jaka będzie Ameryka nowego prezydenta. Dlatego Europa, ta zwana pojałtańską, zastanawia się nie tylko nad tym czy i jak przyszły prezydent potrafi przywrócić zaufanie do USA.

Ta Europa wie naturalnie, że to zaufanie jest niezbędne wobec nowych zagrożeń i nowych wyzwań takich jak nowy układ sił na świecie czy światowy kryzys finansowy, którym nie potrafimy sprostać bez udziału, a w niektórych dziedzinach bez przewodnictwa USA.

Ale uzupełnia ona ten spis rzeczy o jej własną specyfikę, syndrom Europy pamięci, tej podzielonej kiedyś przez Hitlera i Stalina, tej która tak długo żyła między Auschwitzem a Gułagiem. Dla niej także ważna jest odpowiedź USA na autorytarny i neoimperialny charakter władzy w pogruzińskiej Rosji i pozostającą w jej cieniu przyszłość jej sąsiadów.

Państwa Europy środkowej i wschodniej starają się ratować to, co zostało z kolorowych rewolucji na Wschodzie, ale obawiają się, że (np. gazowa) Realpolitik okaże się silniejsza od wizji europejskiej Ukrainy i Gruzji. I zastanawiają się, czy i co zrobi nowy, biały czy czarny, prezydent USA, aby Europa strachu przestała się bać?

15:12, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
Kundera i Wałęsa

Ministerstwo Prawdy? Policja pamięci? Proces pana K.? Orwell, Kafka... To, co się określa jako "casus Kundery", tzn. odkrycie w archiwach czeskiego IPN-u dokumentu świadczącego rzekomo o tym, że w latach czechosłowackiego stalinizmu pisarz doniósł milicji na jedną z poszukiwanych osób, wywołało falę literackich skojarzeń ubarwiających dość powszechną, zdumioną reakcję prasy zachodniej.

Kundera to bardzo popularny pisarz francuski (pochodzenia czeskiego, jak się czasem dodaje), podziwiany za literacką wartość jego książek, ale także znany z dość specjalnego - jak na sławnego pisarza - sposobu bycia.

Kundera nie dał się przejąć przez żaden klan polityczny, unika mediów, pisze w izolacji od normalnego nurtu życia i kapliczek intelektualnych, wypowiada się właściwie wyłącznie poprzez książki. Sądził chyba, że ten rodzaj współczesnej wersji wieży z kości słoniowej uchroni go od podmuchów rzeczywistości.

Mylił się. Po "rewelacjach" w Pradze zmuszony został do przerwania milczenia. Z właściwą sobie oszczędnością słowa zdementował bezpieczniacki scoop, wyśmiał sprawę, "która go zaskoczyła, której się nie spodziewał, o której do wczoraj nic nie wiedział i której nie było". No i wezwał poprzez adwokata i pod groźbą procesu tygodnik "Respekt", który rozdmuchał sensację, do odszczekania zarzutów.

Bardziej wścibscy dziennikarze poszli dalej. Zastanawiali się, czy chodzi tu o zawiść lub zemstę, "kto i jaki ma w tym interes" i komu służy ten paszkwil? Od razu zresztą odnotowali, że wszystko to miało się wydarzyć przed ponad 50 laty, że terror stalinowski u satelitów ZSRR był wtedy najostrzejszy właśnie w Czechosłowacji i że dokumenty z archiwów komunistycznej bezpieki są rzadko wiarygodne, co historycy w Pradze zresztą potwierdzili.

Dlaczego wracam do "afery Kundery"? Bo tak się złożyło, że dostałem właśnie informacje o uroczystościach 25-lecia Nobla dla Wałęsy i o nowej książce o "Bolku". Choć sytuacja jest paradoksalna - najbardziej znany Polak szykuje wielki międzynarodowy jubileusz, a równocześnie obrzucany jest błotem jako rzekomy agent komunistycznej bezpieki - to zachodnie echo "Bolka" jest znacznie słabsze niż sprawy Kundery. Wałęsa jest tutaj po prostu poza zasięgiem polskiego piekiełka.

Zbieżność obu "afer" wydaje się jednak uderzająca. W obu sprawach można by spytać, komu ma służyć paszkwil mający zniszczyć legendę "Człowieka z żelaza" lub reputację Kundery? Obaj protagoniści są sławni i popularni bardziej za granicą niż w kraju. Obojgu zarzuca się "zbrodnie" sprzed dziesięcioleci. Na podstawie dowodów, co do których są podejrzenia, że "odnalezione" w polskiej i czeskiej wersji orwellowskiego Ministerstwa Prawdy służą nie zawsze uczciwym, naukowym celom. Dlaczego np., obie "rewelacje" wybuchły dopiero teraz albo niedawno, skoro komunistyczne archiwa dostępne są od 20 lat?

Obie sprawy nie są identyczne, ale podobieństwo wielu ich aspektów skłoniło niektóre gazety do sformułowania bardzo rozmaitych refleksji. Pytają np., jakie ktokolwiek ma prawo sądzić dzisiaj postępowanie młodych, niedoświadczonych studentów lub robotników, terroryzowanych przed 50 laty przez fachowych komunistycznych oprawców, specjalistów od straszenia i szantażu? Kto i co daje nam prawo osądzania ludzi na podstawie dokumentów notorycznie fałszowanych i manipulowanych?

Smuga cienia kładzie się na dziś archiwalny spadek posowiecki. Stawka jest ogromna. Cena, jaką przyjdzie zapłacić za skażony podejrzeniem sposób wykorzystywania tego spadku, za włączenie ubeckiej plotki w służbę ideologii, to zaufanie nie do prawd dnia wczorajszego, ale dzisiejszego.
 

15:09, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25