|
|
Blog > Komentarze do wpisu
Koniec France-Soir
Wyrok jest z zawieszeniem. Dziennik "France-Soir" ma sześć miesięcy na spłatę długu 8 mln euro i znalezienie środków na dalszą działalność. Alternatywa : śmierć gazety.
Nie byle jakiej gazety. Nekrolog będzie długi. "France-Soir" narodził się na fali historii. Tak jak "Gazeta Wyborcza" wyrosła z agonii komunizmu, tak "France-Soir" wyrósł z wyzwolenia Francji. Sukces był natychmiastowy. Pierwszy numer ukazał się 8 listopada 1944, na przełomie lat 60. i 70. nakład bywał zawrotny, w gorących momentach - śmierć Kennedy'ego czy de Gaulle'a - przekraczał milion. Ważny był news, budżet nie grał roli : pensje były wysokie, wydatki praktycznie nieograniczone, luksusowe hotele, kosztowne reportaże, najlepsze pióra. Aż się, gdzieś około roku 1970, coś zaczęło psuć. Gazeta zmieniała właścicieli, nakład spadał, wpływy także. Zaczął się rozwód gazety z czytelnikiem. W roku 2005, "France-Soir" drukuje poniżej 50 tys. egzemplarzy i co miesiąc traci 700 tys. euro. "France-Soir" to zarówno historia jednego człowieka jak i całej epoki. Człowiek nazywał się Pierre Lazareff i był geniuszem intuicji, akuszerem talentów, ojcem i tyranem dziennikarzy, katem leniuchów, prawdziwym pracoholikiem, pilnującym każdej fazy (siedem wydań dziennie) powstawania gazety. Sam nadzorował tytuł czołówki, był twórcą sukcesu gazety niezdolnym do powstrzymania jej upadku. Epoka go wyprzedziła. Nastąpił najpierw zmierzch, a potem koniec jego modelu prasy i dziennikarstwa. W istocie zaczął się ów zmierzch znacznie wcześniej, wraz z inwazją radia w latach dwudziestych XX w., ale chmura zwiastująca kryzys pojawiła się wraz z telewizją, a potem, tego już Lazareff nie dożył, z agresją internetu, blogów i konkurencją coraz bardziej branżowych periodyków. No to co będzie z prasą? Czy i jaki jest ratunek? Lazareff nie zdążył, umarł w 1972 roku, dopasować "France-Soir" do czytelnika, który słucha radia, błądzi po ekranie telewizji i żegluje po webie. Jego następcy w londyńskim "Independent", paryskim "Figaro", czy "Le Monde" zmieniają formaty gazety, dodają kolorów, modernizują oblicze pisma. Wystarczy? Nie, nie wystarczy. Kryzys prasy jest światowy, każdy szuka drukowanej riposty na zjawisko elektronicznej nadinformacji, która, twierdzą niektórzy, bywa często dezinformacją, a czasem dezorientacją obywatela. Żeby kryzysowi sprostać, trzeba zrozumieć, że ratunek i misja prasy drukowanej leży nie w wyścigu z radiem, telewizją czy internetem, a w powadze i wiarygodności informacji, mądrości aktualnego komentarza i jakości kontekstu, czyli umiejscowienia newsa we właściwej hierarchii rozumu, czasu i przestrzeni. W przekazaniu czytelnikowi elementów niezbędnych nie do obejrzenia, a do zrozumienia otaczających go zjawisk, tak na przedmieściu Paryża, co w Iraku, w udostępnieniu mu klucza do rzeczywistości, instrumentu niezbędnego dla sprostania wyzwaniom jego czasów. Mówiąc w skrócie: ratunek leży w prestiżu gazety, w magii firmy, w odwadze i poczuciu odpowiedzialności dziennikarzy. Szkoda "France-Soiru". Ale jego los - z telewizyjną łuną francuskiej intifady w tle - pozwala to zrozumieć. wtorek, 08 listopada 2005, leopold.unger
|