RSS
środa, 26 stycznia 2005
Dwóch redaktorów - Giedroyc i Nowak
Dwóch było redaktorów i zarazem wielkich polskich mężów stanu. Obaj dożyli późnej starości, nie wypuszczając z ręki pióra i nie spuszczając z oka ich wielkiej sprawy, racji stanu ich Państwa. Redaktor Giedroyc miał w 2000 r. pogrzeb podwójny: zszedł ze świata, zabierając ze sobą "Kulturę". Redaktor Nowak jutro będzie miał na warszawskim cmentarzu swój drugi pogrzeb: pierwszy odbył się, kiedy po roku 1990 jego radio zostało, głupią decyzją władz amerykańskich, niepotrzebnie i za wcześnie po prostu zlikwidowane.
Przypadek, który się nigdy nie myli, jednak sprawił, że obaj znowu się spotkali. Nie tylko, jak wierzą niektórzy, gdzieś na górze, ale i na tym padole. Kiedy bowiem w Warszawie odezwą się kościelne organy, a surmy żegnać będą Nowaka, w Paryżu, w złotych salonach Senatu, Francja sobie uświadomi, że przez pół wieku gościła "Kulturę", i odda hołd pamięci Jerzego Giedroycia i jego pisma. W tym dniu symbolicznie zgasną dwa głosy, które - każdy w innym rejestrze - widziały Polskę bez taryfy ulgowej, ostrzej od innych i lepiej, chociaż, a może dlatego, że z oddali.
Polskie radio Nowaka, bo to, po epopei "kuriera", było jego wielkie dzieło, służyło Polsce nie tylko w Polsce. Na świecie także. Radio Wolna Europa wygrało swoją zimną wojnę nie tylko jako antidotum na kłamstwa i truciznę propagandy w satelickiej Polsce. Kiedy dziś wystarczy kliknąć w komputer, aby z wygodnego fotela natychmiast dotrzeć do źródeł prawdziwej informacji i informacji z prawdziwych źródeł, za czasów Nowaka (i później), to znaczy za czasów często skutecznej sowieckiej dezinformacji oraz niszczących wpływów, zwłaszcza w mediach, zachodnich poputczyków, RWE było dla wolnych dziennikarzy zarówno skarbnicą zdrowego rozsądku i jasnego sądu, jak i siatką ubezpieczającą.
Było z jednej strony źródłem wiadomości "złych czy dobrych, ale zawsze (w zasadzie) prawdziwych". Sowieckie i satelickie zagłuszanie kryło również odbiór RWE, np. w Brukseli. Mur szczekaczek sprawiał, że nie zawsze udawało się dotrzeć do treści i sensu newsa, ale na szczęście działał telefon, później faks, no i dochodziły nieraz bezcenne drukowane biuletyny polskiej sekcji RWE. Wszystko to razem dostarczało często ekskluzywne informacje, pozwalając na wygranie decydującej bitwy nie tylko na froncie kompetencji, ale i wiarygodności wolnych dziennikarzy pozostających pod stałym obstrzałem KGB-owskich czy ubeckich "specjalnych wysłanników".
Z drugiej strony RWE pozwalało tym dziennikarzom (rzadziej politykom, oni zawsze wiedzą lepiej), którym na tym zależało, sprawdzić informacje pochodzące z podejrzanych źródeł na temat sytuacji w ZSRR czy w strefie sowieckiej w ogóle. Dzięki temu (statystyka jest tutaj, naturalnie, niemożliwa do ustalenia) udało się na pewno ostro zredukować ilość głupstw i przekłamań w zachodnich mediach (i tak było ich sporo), a przede wszystkim storpedować idące ze wschodu i ze strony zachodnich partii komunistycznych próby dezinformacyjnych intryg czy dywersji. To właśnie o mur informacji z Monachium rozbijały się z reguły próby dyskredytacji prawdy podejmowane przez rozmaite agentury ze strefy sowieckiego kłamstwa.
RWE było wolnym głosem dla ludzi wolności pozbawionych. Nowak uważał i sprawił, że nie tylko dla nich. Te słowa, od tych dziennikarzy, którym RWE pomogło pozostać wolnymi, niech spadną kwiatkiem na jego grób.
14:06, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 stycznia 2005
Jak pokazać diabły
Jeden diabeł nie czyni piekła. A dwa? Wystarczy. Nie na piekło, lecz na włączenie upiorów w zadumę przed Auschwitz.
Po poważnych książkach o Hitlerze powstał "Upadek", kontrowersyjny niemiecki film o Walhalli pod gruzami Berlina. Równocześnie, bez żadnego poważnego filmu, ukazała się nowa, też kontrowersyjna książka o Stalinie. Napisał ją amerykański historyk Robert Service. Wywołała mniej szumu niż "Upadek", bo czytelników jest mniej niż widzów.
Wokół filmowej i książkowej propozycji zejścia do piekieł toczą się rozmaitej jakości dyskusje. Lista argumentów za i przeciw obu dziełom i ich "bohaterom" jest, to nie zaskoczenie, właściwie podobna (cytaty pochodzą z rozmaitych źródeł).
Dla jednych, w wielkim skrócie, jak np. dla Iana Kershawa, bezspornego specjalisty od nazizmu, „żaden inny film nie zdołałby trafniej oddać końca Hitlera”, a dla Alfreda Grossera, równie wybitnego politologa żydowsko-francusko-niemieckiego, „ »Upadek «” to wybitny film, który należy pokazać uczniom gimnazjalnym”.
Dla innych, jak dla Claude Lanzmanna, twórcy kolosalnego dokumentu "Shoah", do Hitlera "takiego jak w filmie miałoby się ochotę jakoś zbliżyć, zrozumieć. A tymczasem jego zbrodnie wykraczają poza wszelkie kryteria rozumienia". Upraszczając, pokazanie Hitlera roniącego filmową łzę przy pożegnaniu ze Speerem czy głaszczącego psa, lub, jak w książce Service'a, pokazanie Stalina jako "wielkiego przywódcę i myśliciela", postaci "absolutnie niegodziwej ", ale także jako ojca i męża okazującego serdeczność wobec bliskich, "uroczego dostawcy dowcipów", jest próbą "humanizacji", nadania dwóm największym zbrodniarzom XX wieku (a może i tysiąclecia) "ludzkiej twarzy" na zasadzie argumentu, że przecież ani jeden, ani drugi, "nie byli wielbłądami". Nie stać nas na obojętność. To kwestia nie historii, lecz przyszłości. Pokazywanie, twierdzi Service, "Stalina, Hitlera, Mao czy Pol Pota wyłącznie jako maszyny do zabijania utrudniłoby rozpoznanie ich następców". Być może, tylko że ze świadków tamtej epoki żyją już tylko niedobitki. Czy książkowe i filmowe wykazywanie, że "nie chodzi o wielbłądów" , nie sprowadzi się w odbiorze przez młodych do tego, co, parafrazując Arendt, będzie "zbanalizowanym złem", nie zrelatywizuje roli, jaką obaj ci ludzie (no bo rzeczywiście nie wielbłądy) odegrali w przekształceniu świata w piekło na ziemi, czy nie ułatwi zadania negacjonistom, których latoś obrodziło, właśnie przed rocznicą Auschwitz (Le Pen we Francji, ale i w Polsce), czy nie zrodzi w Niemczech i Rosji (albo wzmoże, zwłaszcza w Rosji, gdzie po raporcie Chruszczowa z 1956 r. nie było wielkiej próby powiedzenia prawdy o Stalinie), nostalgii za czasem potęgi ZSRR i Niemiec, tęsknoty do wodza, nie sprawi, że zamiast zrozumieć grozę zjawiska, przyczyni się do jego rozmazania, jego przejścia do kategorii fikcji?
Tym bardziej że ani film, ani książka nie odpowiadają na pytanie, które zada każdy młody: o tajemnicę paraliżującej siły, jaką roztaczali dwaj "ludzcy" psychopaci nad ich otoczeniem, o czary, jakie sprawiły, że generałowie Stalina, kandydaci przecież do następnej egzekucji, że generałowie Hitlera, świadomi klęski, jaką niesie ich führer, nie tylko nie zdobyli się na jeden strzał kończący satrapę, ale szli za nimi do samego końca? Ich końca. I milionów ludzi.
13:31, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 stycznia 2005
Los doradcy
Wśród nocnej, prawosławnej ciszy świątecznej Władimir Putin oczyścił swoją stajenkę: dobił liberalizm na Kremlu. Andriej Iłłarionow, doradca ekonomiczny prezydenta Rosji, był także jego przedstawicielem przy G7, grupie siedmiu państw najbardziej uprzemysłowionych. Inaczej mówiąc, Iłłarionow był "szerpą", zaufanym łącznikiem w tajnych, przedszczytowych kontaktach Putina z jego zachodnimi odpowiednikami. Był, bo już nie jest. Prezydent go "uwolnił" od tych obowiązków.
Młody (43 lata) doktor ekonomii doradzał prawie wszystkim prezydentom i premierom posowieckim: od Jelcyna i Gajdara po Putina, z którym dotarł aż do Kremla, i dla którego był czymś w rodzaju guru: wprowadził byłego pułkownika KGB, a świeżego przywódcę, w tajemnice "niewidzialnej ręki rynku".
No to dlaczego Putin pozbył się tak cennego doradcy? Po prostu miał dosyć jego rad, da sobie radę sam. Iłłarionow był np. najostrzejszym przeciwnikiem ekologicznego protokołu z Kioto (powiedział kiedyś, w skandalicznym skrócie, że to "Auschwitz świata"), a Putin go w końcu, wbrew radzie doradcy, podpisał. Ale przede wszystkim Iłłarionow mówił to, co myśli. Myślał, i mówił, za dużo.
Iłłarionow, jako doradca Gajdara, był współautorem "terapii szokowej", która w 1992 roku, w okresie okropnej biedy i bałaganu "wczesnego" Jelcyna, potrafiła powstrzymać ucieczkę narodu z powrotem do sowietyzmu, ale otworzyła też proces dzikiej prywatyzacji. Poprzez szwindle oraz korupcję na dworze Jelcyna umożliwiła ona przekazanie sporej części zasobów państwa sowieckiego w ręce "nowych przedsiębiorców", byłych nomenklaturszczyków, jak Czernomyrdin (Gazprom), albo zdolnych kombinatorów, jak Bierezowski (NTV) czy Chodorkowski (Jukos).
Teraz liberał Iłłarionow, który pamięta poprzedni rabunek, nie chce, jako bezsilny doradca, asystować przy nowej, gwałcącej prawo, szkodliwej dla interesów państwa, redystrybucji bogactw. Putin mianowicie tworzy klasę "swoich" oligarchów: Bierezowscy, okradzeni - won za granicę (gdzie mają z czego żyć), Chodorkowski do tiurmy, a ich kapitały, tak jak instrumenty władzy, w ręce byłych KGB-owców, których główną zaletą jest wierność szefowi.
Iłłiarionow nie zdzierżył. Ekspropriację Jukosu sterowaną przez Putina nazwał "rabunkiem roku", "ślepą" politykę Kremla i jego przechył w stronę twardej ręki określił jako drogę ku przepaści, ograniczenie wolności informacji nazwał "śmiertelnym niebezpieczeństwem dla kraju". Iłłarionow nie wymienił ani razu Putina z nazwiska, ale adres jest jasny. Tak jak i wniosek: Rosja zmierza ku autorytaryzmowi i stagnacji.
Putin także nie zdzierżył. Żaden prezydent by nie wytrzymał takiego doradcy. Tylko że nie chodzi o Iłłarionowa, ani o "innych doradców liberalnych", także pozbawionych wpływu na Kreml. Oni zawsze się wyżywią. Chodzi o Rosję i o... nas. To świadectwo z pierwszej ręki potwierdza bardzo niepokojący chaos, a przede wszystkim, poprzedzone zdławieniem telewizji, zamordystowskie intencje Putina w polityce i dalszą ekspropriację prywatnego sektora w najważniejszych gałęziach gospodarki rosyjskiej.
Według Iłłarionowa strategia Putina wobec Ukrainy ujawnia niemożność "pozbycia się przez Rosję jej kompleksu imperialnego". A pomarańczowa rewolucja to ostrzeżenie dla Rosji, do której, jeżeli nie zmieni się charakter władzy, "jej fala także dotrze". Doradca przesadza, tak szybko nie dotrze. Ale już wykazała jakość rad doradców, którzy przy Putinie zostali. To niemało.
17:33, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 stycznia 2005
Globalizacja solidarności
Natura jest jak terroryzm: nie wybiera swoich ofiar. Ofiary zamachów 11 września 2001 w Nowym Jorku pochodziły z 50 krajów. Kiedy 26 grudnia 2004 wody oceanu cofnęły się, wśród 150 tys. ofiar były tysiące turystów z ponad setki krajów. "Terroryzm geologiczny", ktoś powiedział, "Atlantyda", "Babel cierpień", a bez patosu: globalizacja nieszczęścia.
Czy przed żywiołem można się obronić? Obronić nie. Bronić tak. Kwestia środków, inteligencji i wyobraźni, to znaczy zdolności przewidywania i wyprzedzania wydarzeń. Przed globalizacją nieszczęścia można się bronić tylko inną globalizacją. Globalizacją solidarności.
Można np. sięgnąć po postęp techniczny. Można z niego nie korzystać, ale w razie katastrofy zaniechanie to krok prosto do nieszczęścia albo i do zagłady. Fatum? Niekoniecznie. Zerowe ryzyko, wiadomo, nie istnieje. Ale między Sumatrą, Indiami i Cejlonem ryzyko było maksymalne. Nawet jeżeli pachnie to demagogią, to przecież narzuca się pytanie, dlaczego na Oceanie Indyjskim nie było systemu wczesnego ostrzegania przed tsunami, takiego jaki istnieje na Pacyfiku między Ameryką a Japonią? Dlaczego bogaci nie zainstalowali już dawno takiego samego systemu u biednych na Oceanie Indyjskim, co kosztowałoby ich znacznie mniej, niż dziś przeznaczać muszą na pomoc dla ofiar jego braku? Ofiar w ogóle uniknąć by się nie dało, ale do apokalipsy by nie doszło. "Postęp techniczny to topór w ręku psychopaty", ostrzegał Einstein. A jego brak?
Świat się przeraził, nie odchodził od telewizorów. Sięgnął do portfeli. Odruch solidarności jest imponujący. Fakt, że kataklizm dotknął rajskie miejscowości zatłoczone turystami z północy, że tysiące ofiar pochodzą z bogatej Europy, wpłynął naturalnie na emocje w prasie i na szerokość gestu wobec biednego (wszystko jest względne) południa.
Teraz chodzi o to, aby tego miliardowego odruchu szczodrości nie zmarnować. Potrzebna jest globalizacja zorganizowania się na miarę katastrofy. Organizacje humanitarne weszły natychmiast do akcji i od razu zrodziło się podwójne niebezpieczeństwo. Bałagan, dublowanie się, chaos, biurokracja, niezdrowa konkurencja. No i wątpliwość, czy za słowami pójdą czyny. Po ubiegłorocznym trzęsieniu ziemi w Bam w Iranie (30 000 zabitych) świat obiecał miliard dolarów. Na razie dał 1 (słownie jeden) procent.
Gdzie szukać ratunku? Kto powinien zapewnić planowanie, koordynację, kontrolę i dać gwarancję, że pieniądze nie pójdą na marne i że trafią tam, gdzie trzeba i jak trzeba, a nie zostaną roztrwonione przez nieudolnych biurokratów lub utoną w kieszeni kombinatorów? Kto? Tylko ONZ. Ale czy ONZ może takich gwarancji wiarygodnie udzielić? Czy potrafi powołać formację szybkiej reakcji na katastrofy humanitarne, takie planetarne pogotowie ratunkowe zdolne do natychmiastowej akcji nie tylko w obliczu, ale także w przewidywaniu katastrofy. Doświadczenie z klęską w Darfurze w Sudanie, swąd biurokracji, atmosfera korupcji na tle afery "ropa za żywność" nie nastrajają optymistycznie. Ale czy jest wybór? Prezydent USA Bush szuka parady, tworząc niezależną "koalicję pomocy", ale bez ONZ i jej ponadnarodowego "prawa ingerencji" i tak się w końcu nie obejdzie.
Tak się złożyło, że równocześnie z tsunami grupa mędrców przygotowała projekt reformy ONZ, zmiany składu Rady Bezpieczeństwa i innych "poprawek", w skrócie: dostosowania ONZ do wyzwań XXI wieku. Do następnej "fali masowego rażenia", do następnych potopów także? Raport "mędrców" mówi o groźbie "koszmarnych scenariuszy". Jeden już mogą zaliczyć.
10:54, leopold.unger
Link Komentarze (1) »