RSS
wtorek, 24 stycznia 2006
"Kultura" na mrozie
Wielki skok w górę: w godzinę i 40 minut - od minus 20 w Warszawie do plus 6 w Brukseli. Przedtem przez tydzień marzłem w Lublinie i Warszawie z wierności dla "Kultury". Polski Sejm postanowił mianowicie całym Rokiem "Kultury" uczcić (oby tylko nie zanudzić) 100-lecie urodzin Jerzego Giedroycia i Juliusza Mieroszewskiego oraz 60. rocznicę powstania ich miesięcznika, który aż do roku 2000 (data śmierci redaktora) miał 637 wydań bez żadnej przerwy!
"Kultura" gdzie indziej zakurzona, tutaj, na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, ciągle żyje, jej przekaz jest odkurzany przez naukowców, lecz przede wszystkim ciekawi, a nawet pasjonuje studentów. Nie każdy przekaz. Owszem, na ogół jeszcze się pamięta, że to tam, pod Paryżem, przez całą zimną wojnę i sowietyzm tliła się polska myśl demokratyczna. W Lublinie jednak, wszak to jakby sprawa lokalna, wzrok raczej sięgał ku wschodniej granicy, a dyskusja szła ku temu, co Giedroyc określał jako polityka wschodnia państwa polskiego po upadku komunizmu - fakt, który dla "Kultury" był tylko kwestią czasu.
Panowała zgoda, że w pewnych dziedzinach scenariusz "Kultury" się sprawdza. Na Ukrainie np. w czasie pomarańczowej rewolucji Polska, a za jej namową także Europa, odegrała istotną rolę w sukcesie demokracji w Kijowie, nawet jeżeli dziś ta demokracja wymaga poważnej korekty.
Niestety, jeżeli chodzi o Rosję, to wyniki są mniej spektakularne, a stosunki polsko-rosyjskie pozostają daleko od wizji, jaką snuto w Maisons-Laffitte. Dlatego właśnie ta część przekazu "Kultury" zdominowała debaty w Lublinie, no i już w Warszawie zmarzniętą (dosłownie) promocję książki w wyborem artykułów z "Kultury" pt. "Wypędzanie szatana".
Szatanem było pytanie, czy i jaka była reakcja Zachodu na gazowy szantaż rosyjski i jak dalece już (albo nareszcie) pojęto polityczne konsekwencje zależności od zewnętrznych dostaw energii - sprawa, o której znaczeniu "Kultura", jak niektórzy pamiętają, nie przestawała przypominać.
W warunkach kiedy termometry wskazują minus 30, a idąca z Rosji fala arktycznego mrozu uderza w resztę (albo prawie) Europy, takie pytania nabierają, rzecz jasna, specjalnej temperatury. Niektóre kraje już odczuwają spadek ciśnienia w rurach z rosyjskim gazem, w Gruzji ciśnienie wynosi zero i zaraz pada pytanie, czy to przejaw rosyjskiego monopolu?
W jakimś stopniu tak. Ale przecież Rosja także, a nawet przede wszystkim, jest skuta lodem, a Petersburg jest bliżej serca Moskwy i kurka z gazem niż Tbilisi. Putin odpowiada za wiele naszych zmartwień, ale przecież mrozu na Europę nie zesłał. Czy nie byłoby cieplej, gdybyśmy mogli poprosić jakieś bratnie państwo z Unii Europejskiej o podrzucenie kilku kalorii i zwiększenie ciśnienia w jakiejś rurze, której nie ma i długo jeszcze nie będzie? Dlaczego, co teraz właśnie ostro widać, Europa nie rozumie, że bezpieczeństwo energetyczne to bezpieczeństwo w ogóle?

Niedobrze. Oby nie przestał być śmieszny taki dialog między Warszawą a Nowosybirskiem:


- Zimno u was?

- No, jakieś minus 20.

- A mówią, że u was jest minus 45.

- Jest, ale na zewnątrz...
14:09, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 stycznia 2006
Rosja nie stanie przed sądem za Czeczenię
Tego adresu nie ma w reklamach czy broszurach. To nie Tajlandia, gdzie wspomnienie tsunami stanowi już jedną z atrakcji turystycznych. Czeczenia to kraj i naród, które zniknęły z naszych ekranów, to znaczy z naszych sumień.
Czeczenia wróciła właśnie, na krótko zapewne, na ekrany (czy do sumień także, to się okaże). Film nazywa się "Coca, gołąb Czeczenii", nakręcił go Szwajcar Eric Bergkraut, a prapremiera odbyła się w obecności pani Zainap Gaczajewej, 52-letniej ekonomistki mieszkającej w Moskwie. To ona dała filmowi tytuł, bo "Coca, gołub" to jej czeczeński pseudonim.
Film stanowi kronikę walki tej Czeczenki o nakręcenie, przechowanie, a potem pokazanie Zachodowi prawdy o tej strasznej wojnie i o losie narodu, jak mówi francuski filozof André Glucksman, " żywcem pochowanego". Pani Gaczajewa ma nadzieję, że takim kosztem zrobiony dokument - także życia ludzkiego - "stanie się dowodem w procesie, kiedy już powołany zostanie trybunał do osądzenia zbrodni popełnionych w tej wojnie przez Rosjan i Czeczenów".

Pani Gaczajewa się łudzi. Takiego trybunału jeszcze długo nie będzie, o ile w ogóle kiedyś powstanie... Nie jest zresztą potrzebny - rozmaitych trybunałów jest dosyć na świecie. No, a poza tym mamy już Radę Europy w Strasburgu, Organizację Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie w Wiedniu, Komisję Praw Człowieka ONZ w Genewie itd., itp. To prawda, że ta ostatnia jest wyjątkowo skompromitowana i ośmieszona, bo to ona np. pozwoliła na przewodnictwo Libii. Otóż te trzy i wszystkie inne podobne organizacje mają za rację bytu i główne zadanie obronę praw człowieka, wszystkie są opłacane i dobrze żyją z naszych podatków i wszystkie opłakują los Ruandy czy Guantanamo. I wszystkie też są sparaliżowane i niezdolne do wykonania zadań, do których zostały powołane, kiedy tylko pada nazwa Czeczenia.
Kogo i czego się boimy? Rosyjskiej inwazji? Szantażu, który zakłada, że jeżeli Zachód przyjrzy się bliżej Czeczenii, to Rosja zerwie sojusz antyterrorystyczny albo odmówi sprzedaży gazu? Kpina. Moskwa jest nam potrzebna tak jak my jesteśmy potrzebni Moskwie. My kupujemy gaz, a Rosja kupuje boeingi i airbusy. Kreml zawsze ustępuje, kiedy przeciwnik ustąpić nie chce. Jak to jest? Wiktor Juszczenko samotnie wytrzymał rosyjski szantaż; przed Ukraińcem Putin mrugnął pierwszy, a wszystkie demokracje całej planety razem nie potrafią wytrzymać kremlowskiego spojrzenia?
Droga Pani, gołąbku drogi, proszę sobie nie robić złudzeń, nikt dzisiaj Rosji Putina przed żaden sąd nie wezwie ani doprowadzić nie potrafi. A przede wszystkim nie chce. Aby wyjść ze stanu, który historyk nazwie "epoką zaślepionej obojętności", aby zaniechać bezsensownej ucieczki od prawdy, aby powstrzymać to, co ktoś określił jako "zbrodnię dokonaną z powszechną premedytacją", nie brakuje nam nowych praw ani specjalnych sędziów, lecz brakuje, droga Pani, mężów stanu, rozumu, godności i odwagi. Oraz honoru.
16:52, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 09 stycznia 2006
Apel do Gerharda Schrödera
Pałac ma 4,8 tys. m kw., park 140 ha i jest w nim 20 luksusowych willi dla gości. Należał do księcia Konstantego, a dziś jest petersburską rezydencją prezydenta Rosji. Władimir Putin odnowił go za 250 mln dol. na 300-lecie Sankt Petersburga, ale prawdziwe otwarcie nastąpi w lipcu. Wtedy ziści się sen Putina o wielkości - pierwszy raz w Rosji i pierwszy raz pod jego przewodnictwem zbierze się tam G8, grupa siedmiu najbardziej uprzemysłowionych państw oraz Rosji.
Rosja nie powinna przy tym stole zasiadać - ma produkt narodowy na poziomie Holandii, ale wiele razy mniejszy na głowę mieszkańca. Do "siedmiu" nie pasuje. Ale przepaść zasypała polityka - kiedy ZSRR się rozpadło, a Rosja lądowała w demokracji, Zachód dopuścił Jelcyna do stołu. I tak już zostało. Słusznie. Rosja ma strategiczne zapasy ropy i gazu, sporo atomowych megaton i ogromną zdolność szkodzenia. Opłaca się dostawić ósmy fotel w G7, lekko kulawy, z dostępem nie do gospodarczej, ale tylko politycznej części obrad. I tak nieźle.
Nieźle? To za skromnie. Dla Putina to bardzo dużo. Przewodniczenie "siódemce" (USA, Wielka Brytania, Kanada, Francja, Niemcy, Włochy i Japonia) daje Rosji tylko ograniczony wpływ na naprawdę ważne decyzje. Ale dla Putina osobiście i dla jego drużyny to symboliczne wniebowstąpienie. Putin w ten sposób dorównuje "siódemce" mimo Czeczenii, mimo rabunku telewizji czy Jukosu, mimo zawłaszczania całej władzy przez Kreml i oddawania jej w ręce czekistów, mimo wyeliminowania opozycji politycznej (nie bez pomocy jej do śmieszności skłóconych przywódców).
I mimo trzech w tej farsie najnowszych odsłon. Chodzi tu, po pierwsze, o skandaliczną próbę poddania kontroli państwa, inaczej mówiąc zakneblowania, dynamicznie rozwijających się w Rosji organizacji pozarządowych. A przecież (a może właśnie dlatego) to one stanowią jedyną nadzieję na budowę społeczności obywatelskiej, bez której o demokracji w Rosji mowy być nie może.
Po drugie, chodzi o współpracę Rosji w budowie irańskiego ośrodka atomowego w Buszer, w czym Zachód widzi etap w dochodzeniu przez Teheran i jej obłąkanego prezydenta do broni nuklearnej.
Po trzecie, chodzi o gazowe ultimatum Moskwy wobec Ukrainy, która nie kwestionuje zasady przejścia na ceny światowe, ale odrzuca szantaż i ma rację. Tu bowiem nie chodzi o gaz, ale o politykę. Po 15 latach, od chwili gdy okazało się, że nawet broń atomowa nie jest zdolna zapobiec rozpadowi sowieckiego kolosa, Kreml doszedł do wniosku, że selektywne szantażowanie świata poprzez manipulowanie kurkiem gazowym otwiera szansę odbudowy imperium. Putin kreśli więc scenariusz nowej wersji wielkiej gry. W tej grze powrót pomarańczowej Ukrainy do macierzy to ważny etap, ale tylko etap. Tak naprawdę Rosja mierzy skalę cierpliwości świata, siłę, albo zaniechanie reakcji Zachodu na próbę użycia "gazowych megaton" do uzyskania politycznego wpływu na międzynarodowy, nie tylko w regionie, stosunek sił.
Kilkadziesiąt lat temu Anton Zischka odkrył, że ropa rządzi światem. Putin będzie przekonywać "siedmiu", że gaz także.
17:15, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 stycznia 2006
Czy gaz rządzi światem?
Pałac ma 4,8 tys. m kw., park 140 ha i jest w nim 20 luksusowych willi dla gości. Należał do księcia Konstantego, a dziś jest petersburską rezydencją prezydenta Rosji. Władimir Putin odnowił go za 250 mln dol. na 300-lecie Sankt Petersburga, ale prawdziwe otwarcie nastąpi w lipcu. Wtedy ziści się sen Putina o wielkości - pierwszy raz w Rosji i pierwszy raz pod jego przewodnictwem zbierze się tam G8, grupa siedmiu najbardziej uprzemysłowionych państw oraz Rosji.
Rosja nie powinna przy tym stole zasiadać - ma produkt narodowy na poziomie Holandii, ale wiele razy mniejszy na głowę mieszkańca. Do "siedmiu" nie pasuje. Ale przepaść zasypała polityka - kiedy ZSRR się rozpadło, a Rosja lądowała w demokracji, Zachód dopuścił Jelcyna do stołu. I tak już zostało. Słusznie. Rosja ma strategiczne zapasy ropy i gazu, sporo atomowych megaton i ogromną zdolność szkodzenia. Opłaca się dostawić ósmy fotel w G7, lekko kulawy, z dostępem nie do gospodarczej, ale tylko politycznej części obrad. I tak nieźle
Nieźle? To za skromnie. Dla Putina to bardzo dużo. Przewodniczenie "siódemce" (USA, Wielka Brytania, Kanada, Francja, Niemcy, Włochy i Japonia) daje Rosji tylko ograniczony wpływ na naprawdę ważne decyzje. Ale dla Putina osobiście i dla jego drużyny to symboliczne wniebowstąpienie. Putin w ten sposób dorównuje "siódemce" mimo Czeczenii, mimo rabunku telewizji czy Jukosu, mimo zawłaszczania całej władzy przez Kreml i oddawania jej w ręce czekistów, mimo wyeliminowania opozycji politycznej (nie bez pomocy jej do śmieszności skłóconych przywódców).
I mimo trzech w tej farsie najnowszych odsłon. Chodzi tu, po pierwsze, o skandaliczną próbę poddania kontroli państwa, inaczej mówiąc zakneblowania, dynamicznie rozwijających się w Rosji organizacji pozarządowych. A przecież (a może właśnie dlatego) to one stanowią jedyną nadzieję na budowę społeczności obywatelskiej, bez której o demokracji w Rosji mowy być nie może.
Po drugie, chodzi o współpracę Rosji w budowie irańskiego ośrodka atomowego w Buszer, w czym Zachód widzi etap w dochodzeniu przez Teheran i jej obłąkanego prezydenta do broni nuklearnej.
Po trzecie, chodzi o gazowe ultimatum Moskwy wobec Ukrainy, która nie kwestionuje zasady przejścia na ceny światowe, ale odrzuca szantaż i ma rację. Tu bowiem nie chodzi o gaz, ale o politykę. Po 15 latach, od chwili gdy okazało się, że nawet broń atomowa nie jest zdolna zapobiec rozpadowi sowieckiego kolosa, Kreml doszedł do wniosku, że selektywne szantażowanie świata poprzez manipulowanie kurkiem gazowym otwiera szansę odbudowy imperium. Putin kreśli więc scenariusz nowej wersji wielkiej gry. W tej grze powrót pomarańczowej Ukrainy do macierzy to ważny etap, ale tylko etap. Tak naprawdę Rosja mierzy skalę cierpliwości świata, siłę, albo zaniechanie reakcji Zachodu na próbę użycia "gazowych megaton" do uzyskania politycznego wpływu na międzynarodowy, nie tylko w regionie, stosunek sił.
Kilkadziesiąt lat temu Anton Zischka odkrył, że ropa rządzi światem. Putin będzie przekonywać "siedmiu", że gaz także.
14:37, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »