RSS
wtorek, 30 stycznia 2007
Na rogu Dutschkego i Axela Springera

Wolf Biermann to mój stary znajomy. Tylko raz go spotkałem (on o tym nie wiedział), ale sporo o nim pisałem. Robotnicze dziecko, syn komunisty, urodzony w Hamburgu. Przeniósł się, mając 17 lat do NRD, aby budować świetlaną przyszłość. Wyszło pudło.

Biermann, kompozytor i pieśniarz, taki wschodnioniemiecki Okudżawa, uczył się u Brechta, założył teatr, napisał sztukę i chciał ją wystawić. Rok był 1961, sztuka była o hańbie muru, który właśnie przeciął Berlin, ale kurtyny nie zdążyli nawet podnieść. Poszła w górę w 1964 r., przy pierwszym występie Biermanna po zachodniej stronie i po pierwszej płycie z piosenką o "Harfie z drutu kolczastego".

Sowieckim wzorem Biermann został pozbawiony obywatelstwa, po czym na Zachodzie, wcale go zresztą nie oszczędzając, ten "wieczny dysydent" wyśpiewał całą nędzę życia w komunizmie. I napisał interesujące posłowie do "Pianisty" Szpilmana.

Tu wkracza paradoks. Chadecja i zieloni w opozycji do senatu, władzy Berlina, zaproponowali niedawno przyznanie Biermannowi honorowego obywatelstwa miasta. "No pasaran" - powiedziała czerwona (z postkomunistami) większościowa koalicja w senacie. Biermann poparł operację w Iraku, na "honor" nie zasługuje.

Stało się inaczej. Opinia publiczna zwyciężyła i Biermann będzie honorowym obywatelem Berlina. Całego.

Rudi Dutschke to nie był mój znajomy, nie spotkałem go ani razu. Kiedy Biermann śpiewał, Dutschke, student socjologii w Berlinie Zachodnim, był w drugiej połowie lat 60. ideologicznym przywódcą buntu naiwnej młodzieży. Był zwolennikiem marksizmu, przeciwnikiem burżuazyjnej demokracji, odrzucał jednak przemoc.

Otóż paradoks się znowu kłania, odwrotnie niż w sprawie Biermanna o honory dla Dutschkego zabiegali berlińscy czerwoni, to znaczy socjaldemokraci i Zieloni (projekt poparł też czerwonawy dziennik "Tageszeitung", ten od kartofli i Kaczyńskich). Berlińscy chadecy usiłowali wszelkimi dostępnymi metodami nie dopuścić do ulicy Dutschkego, choć Berlin ma ulicę Stalina. Ich zdaniem Dutschke swojej ulicy nie godzien, bo popierał terroryzm.

No ale tutaj też opinia publiczna wygrała. W referendum większość mieszkańców dzielnicy odrzuciła zastrzeżenia CDU. Rudi Dutschke będzie miał swoją ulicę w Berlinie. A wszechobecny paradoks sprawił, że Dutschke Strasse utworzy wspólny róg z ulicą Axela Springera uważanego przez niego samego i przez bataliony jego lewicujących studentów za symbol obrzydliwego kapitalizmu.

Biermann, 70 lat, żyje. Z honoru, jeżeli jest na honory wrażliwy (kto nie jest?), będzie mógł się cieszyć. Dla Dutschkego jest za późno. Zmarł w Danii w 1979 r. w wieku 39 lat.

Czy jest jakiś wspólny morał z tej podwójnej opowieści. Ten na pewno, ale to proste, że pamięć to książka, której zamknąć się nie da. I ten także, jakże polski, że czas robi swoje. No i w końcu morał nostalgiczny i nie zawsze prawdziwy, choć stanowi parafrazę samego Tacyta, że w końcu "czas zawsze każdemu da to, co się mu należy". Ale aby to udowodnić, czas musiał sięgnąć po paradoks: uhonorował, oddał sprawiedliwość, prawie równocześnie dwojgu Niemców, którzy chyba nie czuliby się dobrze w swoim towarzystwie. Tak więc akurat w tej podwójnej balladzie "czas dał".

Nie radzę jednak nikomu, kto czeka na honory lub na sprawiedliwość, za bardzo liczyć na czas. Nawet Tacyt bywał omylny.

21:54, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 stycznia 2007
Dać lekcję piekłu

Przypadek, powiada aforysta, to kochanek historii. W tym wypadku - na pewno.

Tylko bowiem przypadek mógł sprawić, że akurat kiedy Niemcy tysiącami walą do kina, aby śmiać się na komedii z Hitlerem w roli głównej, pani Brigitte Zypries, minister sprawiedliwości w niemieckim rządzie, proponuje wprowadzenie jednolitej ustawy o karalności negowania Holocaustu we wszystkich państwach Unii Europejskiej.

- Istnieją granice wolności słowa - powiada pani minister. - Holocaust to nie złudzenie, w Europie nie wolno tolerować negowania mordu na sześciu milionach europejskich Żydów.

Może nie można (poza Europą także nie należy), ale ściganie negacjonistów będzie trudniejsze nawet niż oglądanie "śmiesznego" Hitlera.

Z dwóch powodów. Po pierwsze, sprawa ta jest w dyskusji co najmniej od 2001 r. i, na zasadzie reguły jednomyślności w UE, była regularnie blokowana, ostatnio w 2005 r., przez Berlusconiego. Unia jest bowiem podzielona także i w tym temacie.

Polska, Niemcy czy Francja lub Austria (brytyjski historyk David Irving, apologeta Hitlera, właśnie wyszedł z więzienia w Austrii po wyroku za negacjonizm) dysponują prawnymi instrumentami zwalczania rasizmu czy negacjonizmu.

Inaczej jest w Wlk. Brytanii, Irlandii czy Skandynawii, które są bardziej nieufne wobec prób ograniczania wolności wypowiedzi. Debata może się dodatkowo skomplikować - niektóre nowe państwa UE chciałyby w podobny sposób traktować negowanie zbrodni hitlerowskich i stalinowskich. Na to zwolennicy reformy nie są skłonni się zgodzić, tu bowiem chodzi, jak mówią eksperci, o skoncentrowanie się na sprawie Holocaustu, zjawiska w historii bez precedensu.

Drugi front to historycy. Spora ich grupa, zwłaszcza we Francji, ostro sprzeciwia się rosnącej tendencji rządów czy parlamentów do uchwalania prawdy historycznej. Głosy takie nasiliły się ostatnio na tle podjętej przez parlament francuski próby prawnego uznania za ludobójstwo tragedii Ormian w Turcji ottomańskiej, a potem ukraiński - w odniesieniu do Wielkiego Głodu, czyli klęski głodu spowodowanej przez Stalina w latach 30. na Ukrainie.

Inicjatywa Berlina może, to prawda, robić wrażenie nieco makabrycznej licytacji, czy i co można porównać z zagładą Żydów, co można, od ilu trupów w górę, uznać za ludobójstwo i negowanie czego, znowu od jakiej poprzeczki wzwyż, można uznać za przestępstwo i odpowiednio karać.

Jednak inicjatywa niemiecka jest szlachetna i na pewno zasługuje na poważne potraktowanie. Niemcy teraz mają wszystko: prezydencję UE i grupy G8 najbogatszych państwa świata, przewodnictwo Parlamentu Europejskiego i, jeżeli porozumieją się z Polakami, jego komisji spraw zagranicznych. Ta inicjatywa ma więc dziś szanse większe niż kiedykolwiek.

Tym lepiej. Sieje wszak zmorę rząd w Teheranie, który zwołał międzynarodowy sabat negacjonistów i konkurs najśmieszniejszych karykatur Zagłady. A tutaj, w Brukseli, wyrósł okropny wrzód, klub posłów skrajnej prawicy w Parlamencie Europejskim. Przewodniczy mu Francuz Bruno Gollnisch, numer dwa we Froncie Narodowym u Le Pena, osobnik właśnie skazany przez sąd w Lyonie za negowanie komór gazowych.

Będą oni, ci z Teheranu i ci z Brukseli, znowu, jak powiedział niegdyś André Malraux, dawać lekcje piekłu i zatruwać ludzką pamięć i historię świata. Dzięki naszej wolności, za nasze podatki i z powodu naszej ślepoty.

15:15, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
sobota, 20 stycznia 2007
Czy śmiać się z Hitlera

Kwestia smaku? Nie tylko. Polityki i pamięci także. Pierwszy raz nakręcono w Niemczech komedię o Hitlerze - "Mein Führer, naprawdę najprawdziwsza historia o Adolfie Hitlerze".

Akcja toczy się w zrujnowanym Berlinie zimą 1944. Hitler ma wygłosić orędzie noworoczne, ale pogrążony jest w depresji. Goebbels wyciąga wtedy z obozu koncentracyjnego żydowskiego aktora Adolfa Grünbauma, który ma pomóc Hitlerowi przezwyciężyć kryzys i przygotować do wielkiego występu.

Czy można nakręcić komedię o Hitlerze? Chaplinowi w "Dyktatorze" to się udało (w 1940 r.!). W sztuce nie ma bowiem tabu. Pod jednym warunkiem - komedia musi być śmieszna. Reżyser "Main Führera" jest przekonany, że film skrzy humorem: pies Hitlera Blondi unosi łapę w nazistowskim pozdrowieniu, wódz, ubrany w musztardowy dres, ćwiczy pompki, bawi się modelem pancernika w wannie, w globusie chowa lekarstwa itd.

Niemiecka publiczność przyjęła film entuzjastycznie - większość krytyków uznała jednak film za naiwny, wulgarny, i - najgorsze - nieśmieszny. Pytanie jest ogólniejsze: czy można śmiać się ze wszystkiego? Może i można, ale nie z każdym i nie zawsze. Nikt tak jak Hitler i Stalin nie zdominował działań i umysłów, nie zdobył tak ślepego poparcia dwóch wielkich narodów Europy, i nikt nie wyrządził im i innym większej krzywdy.

Ale Rosjanie są ostrożniejsi. Pokazali już Stalina bohaterskiego, bezwzględnego, nawet romantycznego, ale nigdy jeszcze śmiesznego. Jest widocznie jeszcze za wcześnie, aby śmiać się z GUŁAG-u. Naturalnie, jakakolwiek próba, nawet udana, nakręcenia farsy o Hitlerze to wielkie ryzyko. Dla pokoleń szczęśliwie urodzonych Hitler to prehistoria i można się obawiać, że młodzież zachowa, jakiekolwiek by były intencje twórcy filmu, obraz nieporadnego clowna, godnego litości, prawie sympatycznego, śmiesznego faceta "o ludzkim obliczu". Przy tym fakt, że film został nakręcony przez Żyda, Dani Levy, niczego nie wyjaśnia, poza tym chyba, że nie znalazł się - i słusznie - Niemiec, który by takiego ryzyka odważył się podjąć.

Film zresztą byłby nie do pomyślenia kilka lat temu, kiedy żyli jeszcze, w odpowiedniej masie krytycznej, świadkowie i ofiary.

Film o Hitlerze, nawet na serio, nie jest łatwo zrobić. A cóż dopiero, jak widać na niemieckim ekranie, komedię! Levy powiada, że jego film jest pomyślany jako "rodzaj terapii". Tylko kogo i z czego miałby leczyć?

Filmy o Hitlerze próbowano już robić. Również Niemcy podjęli taką poważną próbę - był nią "Upadek". Pytanie, czy są oni gotowi na "skonsumowanie" farsy o największym zbrodniarzu w historii świata?

Nie wiem też, czy np. polska publiczność gotowa już jest śmiać się z Hitlera. Ja jeszcze nie. Bałbym się umrzeć ze śmiechu.

19:52, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
wtorek, 09 stycznia 2007
Kto może zatrzymać Putina?

Putin - językoznawca? Innowator w każdym razie. Staropolskie antysemickie "Kochajmy się jak bracia, liczmy się jak Żydzi" zamienił w nowoczesne i pragmatyczne "Kochajmy się jak bracia, liczmy się jak kupcy". Kilka słów, a ile treści! To przecież nowa strategia w stosunkach Rosji z odbiorcami jej energii. Nowe credo, bez litości i bez wyjątków. Po Ukrainie, Armenii, Gruzji itd. musiała przyjść kolej na Białoruś. I rzeczywiście.

Podpisane "w pożałowania godnych warunkach" (zdaniem białoruskiego premiera), dwie minuty przed upływem ultimatum Rosji, "porozumienie" z Białorusią zapowiada podwojenie ceny gazu i przejęcie przez Moskwę kontroli nad siecią rurociągów niosących jej gaz na zachód. A rykoszetem - kres rosyjskiego subwencjonowania białoruskiej gospodarki i "normalnego" jej funkcjonowania mimo izolacji od Zachodu. Na średnią, a może i na krótką metę - koniec mitu o rzekomym "cudzie gospodarczym" na Białorusi.

Cudu nie będzie. Rosyjska subwencja dla Białorusi nigdy nie była kwestią wyłącznie gospodarczą. Kryła projekt polityczny.Oficjalnie Rosja i Białoruś są związane unią, podpisaną (ale nie ratyfikowaną) przez Jelcyna i Łukaszenkę w 1997 r. Łukaszenko głośno snił o przyszłej prezydenturze tej unii. Absurd. Jelcyn, a zwłaszcza Putin sięgali znacznie dalej. Cena gazu to tylko pretekst. Chodzi o kontrolę nad Białorusią (i jej gazociągiem) - to wszak region strategiczny, graniczący z NATO, który pod żadnym warunkiem nie może ujść spod oka Rosji.

Co w tej sytuacji może uczynić Łukaszenko? Jego nagle odnalezione poczucie godności i okrzyk, że "Białoruś nie pozwoli na odebranie sobie suwerenności drogą szantażu energetycznego", nie zmienią tego, iż status quo jest nie do utrzymania. Pozostaje alternatywa. Albo Łukaszenko skapituluje do końca wobec dyktatu Moskwy, która, jak sam twierdzi (słusznie), zmierza "do złamania Białorusi gospodarczo i politycznie". Jednak wtedy utraci resztę wiarygodności i zarządzać będzie ostatecznie tworem o charakterze jednej z guberni Federacji Rosyjskiej.

Albo - marzyć zawsze wolno - dokonuje zwrotu o 180 stopni, kieruje swój kraj ku Zachodowi, uśmierca "ostatnią dyktaturę na kontynencie", otwiera demokracji drzwi do Białorusi i odchodzi ("Nie karać kata, który oddaje dobrowolnie władzę" - radził Michnik) ku wygodnej, choć niezasłużonej emeryturze.

W obu wypadkach Łukaszenko idzie na aut. Awantura o gaz to dla niego pocałunek śmierci. A Putin? Putin zarabia na gazie, lecz traci na wizerunku (tam, gdzie go jeszcze ma). W marszu po wydarcie Łukaszence kontroli nad białoruskim odcinkiem rury na zachód Putin nie cofnął się bowiem przed próbą zgnojenia najbardziej lojalnego sojusznika. Sojusznika, który nigdy nie zawiódł Moskwy, nawet w najbardziej trudnych okolicznościach.

Wniosek? Casus Łukaszenko zamyka pewien cykl, ale otwiera następny. Nowa strategia mająca zapewnić Rosji kontrolę strumienia jej energii na zasadzie szantażu obowiązuje nadal. Jeżeli na drodze przekształcenia handlu energią w główny instrument nowej polityki zagranicznej Rosji nic nie potrafiło powstrzymać Putina przed wykończeniem najbliższego sojusznika i sługi, to cóż może go zatrzymać w stosowaniu, w innej zapewne formie, tej samej doktryny wobec nie sojuszników, lecz tylko klientów? Przyjaźń w nazwie rury?

Zatrzymać Putina? Tylko sami "klienci" i tylko razem mogą tego dokonać. Jeżeli zmądrzeją. Zanim będzie za późno.

10:43, leopold.unger
Link Komentarze (6) »
środa, 03 stycznia 2007
Gdyby Lenin bardziej lubił seks

Na Nowy Rok (wszystkiego najlepszego) znajomy z Moskwy przysłał mi chyba stary, ale ciekawy wycinek z anglojęzycznej gazety rosyjskiej, przywracający, w pewnej oryginalnej optyce, pamięć o Stalinie. Jaką pamięć? Może tajemnice gułagu, egzekucji, innych dotychczas ukrywanych okropieństw czasów pogardy, paranoi wodza postępowej ludzkości? Skądże znowu. Chodzi o jego... romantyzm.

Dowiedziałem się więc, że pod tytułem "Moja żona" (po rosyjsku tytuł może jest inny) serial telewizyjny opowiada w czterech długich epizodach o sentymentalnym życiu Stalina, o okolicznościach i skutkach spotkania w 1917 roku z Nadieżdą Alilujewą, która, choć o 20 lat młodsza, zostanie dwa lata później jego żoną.

Drugą żoną, dla ścisłości. Pierwsza, Katarzyna Swanidze (zmarła w 1908 roku), zostawiła mu syna, Jakuba, tego samego, który w 1943 roku zginie w niewoli hitlerowskiej, kiedy tatuś odmówi jego wymiany. Druga, Nadia, zostawi mu dwoje dzieci: Wasyla, generała i pijaka, zmarłego w 1967 roku, i Swietłanę, dość, jakby to powiedzieć, barwną postać, która opuści ZSRR, znajdzie w końcu azyl w USA i sprawi, że córka i wnuczka Stalina mają paszporty amerykańskie.

Serial o romansie z Nadią nie wchodzi w te szczegóły. Opowiada pierwsze rendez-vous zakochanej pary w mieszkaniu rodziców Nadieżdy i początek idylli, we wzruszający sposób zaakcentowany westchnieniem Stalina: "Nadia, kocham cię. Poważnie, na długo".

Może poważnie, ale nie na długo. 9 listopada 1932 roku, w toku obchodów 15. rocznicy puczu październikowego, po ostrej kłótni Nadii ze Stalinem (według świadków Nadia ostro krytykowała katastrofalne skutki jego polityki), znaleziono ją martwą w jej pokoju na Kremlu, z kulą w skroni i pistoletem typu Walther na podłodze, tuż obok ciała. Pierwsza wersja: wyrostek robaczkowy. Dwóch lekarzy Płetniew i Lewin, którzy odmówili podpisu pod tak zredagowanym świadectwem zgonu, znaleźli się na ławie oskarżonych w jednym ze słynnych procesów moskiewskich. Druga wersja, oficjalna: samobójstwo. Trzecia wersja, nieoficjalna i właściwie dokumentalnie niepotwierdzona: morderstwo. Świadkowie pogrzebu zastanawiali się tylko, jakim cudem ktoś praworęczny potrafił strzelić sobie, i to z dużą dokładnością, w lewą skroń... Film jednak nie ryzykuje, nie odtwarza sceny śmierci Nadii, ale opowiada, jak Stalin, tuż przed jej śmiercią, rugał Nadię, brutalnie i publicznie, w czasie bankietu.

Najciekawszy, choć mniej dramatyczny epizod wyjaśnia, dlaczego Stalin nie wziął udziału w ataku na Pałac Zimowy, który stanowił wszak najważniejszy, przynajmniej w oficjalnej historiografii, moment bolszewickiego zamachu na władzę w Rosji. Szczegół jest naprawdę patetyczny, bowiem w czasie kiedy Lenin i jego towarzysze byli w pełni rewolucyjnej akcji, kierując i prowadząc właśnie tzw. szturm na Pałac Zimowy, Stalin był, według filmu, w łóżku z Nadią.

To bardzo... romantyczny i inspirujący zbieg okoliczności. Może np. prowadzić do pełnego zadumy i żalu wniosku, że gdyby inna, druga sowiecko-historyczna Nadia, Krupska mianowicie, żona, sekretarka i najbliższa współpracowniczka pierwszego wodza rewolucji, była nieco bardziej romantyczna i energiczna (w 1917 roku miała tylko 47 lat), a Lenin prowadziłby, w tym samym przełomowym momencie, bardziej intensywne życie erotyczne, to XX wiek wyglądałby zupelnie inaczej i inny byłby los Rosji. I nas wszystkich.

08:51, leopold.unger
Link Komentarze (2) »