RSS
czwartek, 31 stycznia 2008
Russia First

Komisja Europejska, jak zresztą cała Unia, to nie jest Armia Zbawienia. Inaczej mówiąc, to, co się dzieje na granicy polsko-ukraińskiej - cierpienia czy ludzkie dramaty, gehenna oczekujących czy rujnowanych, no i jedyny dziś w Europie stan wyjątkowy, czyli pole bitwy pod konsulatem polskim w Kijowie, to wszystko wzrusza tylko nielicznych, najbardziej wrażliwych obserwatorów europejskich. Wszyscy są natomiast wrażliwi na polityczne skutki takich sytuacji. Nie chodzi o cynizm urzędników, chodzi o wizerunek Europy. Nikt tu nie chce przyjąć do wiadomości, że to "Schengen rozdzieliło Polskę i Ukrainę". Że, jak zadekretował mój przyjaciel Bogdan Osadczuk w "Rzeczpospolitej", mogą być tacy, którzy widzą "dzieło Schengen jako dar Opatrzności", i tacy, to znaczy Ukraińcy, dla których "Schengen to dopust Boży".

Otóż Schengen to ani dar, ani dopust, a dziura w Luksemburgu, punkt spotkania Niemiec, Francji i Beneluksu, gdzie podpisany został układ o znoszeniu wewnętrznych granic w Unii Europejskiej i o nowej polityce wizowej. Dziś podpisów jest już 24, a z bezwizowego ruchu korzystać już może 400 mln obywateli.

Historia sprawiła, że Polska jest w Schengen, a Ukraina nie. Ale historia nie przeniosła Ukrainy pod Chabarowsk, tylko utrzymała ją wzdłuż wschodniej granicy Polski, czyli Unii, czyli Schengen. I na ruch graniczny między Ukrainą a Polską nałożyła, niezależnie od skutków nagłego strajku polskich celników, nowe, znacznie dla Ukraińców ostrzejsze i nierzadko rujnujące rygory.

Do czasu wejścia w życie nowego traktatu europejskiego sprawy efektywnej kontroli na zewnętrznych granicach Unii są w gestii poszczególnych państw. Ale w Brukseli, która nie chce, aby umowa z Schengen miała przejść do historii jako akt odpowiedzialny za budowę na polsko-ukraińskiej granicy nowego muru berlińskiego, ta sprawa budzi wątpliwości i rodzi pytania.

Po pierwsze, to, że rygory wejdą w życie 21 grudnia 2007 r., wiadomo było od dawna, a plan ich działania znany był od 2001 r. Inaczej mówiąc - nie może być mowy o zaskoczeniu. Dlaczego więc, skoro było tyle czasu, nie przygotowano granicy tak, by nie trzeba na Schengen i na opatrzność zrzucać odpowiedzialności za totalną nieudolność sprostania sytuacji przewidywalnej od kilku lat?

Nawet uwzględniając i ukraiński galimatias, i polską niesprawność w aplikowaniu reguł europejskich, Bruksela pyta, jak w dowcipie: bałagan, tak, ale żeby aż do tego stopnia?

Po drugie, dlaczego od dawna przygotowywana i nieunikniona umowa o małym ruchu przygranicznym Polski z Ukrainą ciągle jest niepodpisana i data jej zawarcia ciągle pozostaje nieznana? I czy na pewno jest to kwestia tylko formalna, czy też także polityczna, podobnie jak np. wątpliwości i zwłoka w podróży polskiego premiera do Kijowa?

Z Warszawy dochodzą pogłoski, że odpowiedź na te wątpliwości mieści się w konsyderacjach taktyczno-politycznych, że nie wszystko naraz, że na razie idzie bitwa o Moskwę, pod hasłem "Russia first".

Możliwe; wiadomo, że Putin nie lubi polskiej obecności w Kijowie. Ale jak zareagowałaby albo jak już reaguje Polska, kiedy hipotezę "Russia first" stosują inne państwa, np. Niemcy? I to byłoby ostatnie pytanie. Na razie.
14:38, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 stycznia 2008
Antyciała British Council

Władimir Putin nie jest poliglotą, ale z czasow służby w NRD zna niemiecki. Wiadomo jak bardzo w stosunkach z Berlinem przydało mu się to już jako prezydentowi. Putin nie ukrywa też, że uczy się angielskiego, aby móc czasem bez tłumaczy prowadzić polityczne lub prywatne rozmowy z wielkimi tego świata.

Przykład idzie z góry. Pytanie więc dlaczego to, co jako prezydent uważa za pożyteczne dla samego siebie, Putin uniemożliwia swoim poddanym? Dlaczego kazał zamknąć oddziały British Council w Petersburgu i Jekaterynburgu, gdzie, za jego przykładem, Rosjanie uczyli się właśnie angielskiego? I dlaczego uruchomił cyniczną kampanię zastraszania rosyjskiego personelu tych placówek?

Władze brytyjskie określiły te działania jako "naganne i niegodne wielkiego państwa" oraz gwałcące prawo międzynarodowe. Tłumaczą je odwetem Moskwy za awanturę, jaką Londyn wywołał po zamordowaniu w centrum brytyjskiej stolicy emigranta Aleksandra Litwinienki przez - zdaniem Scotland Yardu - rosyjskiego agenta.

To tylko część prawdy. W dobie internetu wszelka próba przymusowego odcięcia części obywateli od jakiegokolwiek źródła wiedzy to idiotyzm. Dlatego, nawet jeżeli stosunki na linii Londyn - Moskwa ostatnio gwałtownie się pogorszyły, to nie o truciznę płynącą z British Council Moskwie chodziło. Ani o odwet na perfidnym Albionie, z którym handel ostro rośnie, a na ulubionej przez Moskwę londyńskiej giełdzie ulokowany już jest kapitał rosyjski wart 300 mld funtów.

Tu chodzi raczej o brytyjski epizod w kampanii antyzachodniej, której ofiarą padło już w Rosji kilkaset najrozmaitszych organizacji pozarządowych, czystkę, jaką Kreml najwyraźniej uznał za ważny czynnik w mobilizacji entuzjazmu ludu rosyjskiego w okresie brutalnie jasnej karuzeli na najwyższych stołkach w Moskwie.

Wiadomo, na razie, tylko jedno: prezydentem Rosji będzie Dmitrij Miedwiediew. Czy premierem będzie Putin, ile władzy odbierze on przyszłemu prezydentowi, to już jest mniej jasne. A ilu z członków dworu ta karuzela wyniesie, wymieni czy w ogóle wyrzuci, to póki co wielka niewiadoma.

Putin ma obecnie w ręku wszystko: prezydenturę, rząd, wojsko, policję, służby specjalne, kontroluje więc całe funkcjonowanie państwa. Kontroluje gospodarkę, Gazpromem rządzi ciągle Miedwiediew. Poparcie w sondażach: 80 proc.

Po cholerę potrzebne mu więc było wdeptanie w ziemię bezsilnej demokratycznej opozycji, zagrabienie telewizji, po co bezsensowne tępienie Garriego Kasparowa, co tak bardzo popsuło mu jego demokratyczny wizerunek na świecie?

Chyba... Chyba że mimo całej swej potęgi Putin jednak się boi. Boi, że te wysepki wolności rozsiane w bezmiarze kontynentu rosyjskiego, działające w zasadzie poza zasięgiem organów, to niebezpieczny mechanizm siania bakcyla społeczności obywatelskiej, przekonania, że w tle legitymizacji tej władzy i jej porządku tkwi ogromna korupcja i klanowa grabież państwa.

Że fałsz i farsa "karuzeli" dotrze w końcu do świadomości obywateli zatrutych nauką języków obcych i zacznie gdzieś w mordobijskim powiecie na stacji Chandra Unińska tworzyć antyciała.

Lekko trawestując Epikura, można powiedzieć, że kto sieje strach, sam w strachu żyje. Epikur powiedział to po grecku. No, ale wtedy British Council jeszcze nie było.
17:55, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 stycznia 2008
A co to była ta "Kultura"?

"Gdyby prasa miała funkcjonować w warunkach czystego kapitalizmu, to dzienniki [we Francji] w ogóle nie mogłyby się ukazywać". Taka ocena znalazła się w wywiadzie, jakiego na temat sytuacji prasy we Francji udzielił dziennikowi "Le Monde" odchodzący właśnie słynny publicysta Jean-François Kahn.

Nie wiem, czy taka była intencja Kahna, ale jego pogląd pasuje głównie właśnie do samego "Le Monde".

"Le Monde" to we francuskiej prasie wzór niezależności i wolności codziennej opiniotwórczej gazety, odpowiednik "New York Timesa" i chyba, ale z daleka dobrze nie widać, "Gazety Wyborczej".

"Le Monde", jak każda gazeta, ma kłopoty. Już drugi raz w ciągu ostatnich miesięcy do dymisji podało się kierownictwo, w tym świeżo mianowany dyrektor generalny Pierre Jeantait. U źródła konfliktu tkwi jak zwykle kwestia "pieniądz a władza".

Mniejsza o szczegóły, tutaj stawką jest jedyny we Francji przypadek, kiedy gazeta jest własnością jej dziennikarzy. Należy do nich ponad 40 proc. akcji, co daje im, i właśnie dało, możliwość blokowania strategicznych decyzji dyrekcji.

Zbieżność w czasie kryzysu w "Le Monde" i wywiadu Kahna to zbieg okoliczności, ale jego uwagi sformułowane w ostrym i polemicznym tonie odnoszą się zarówno do "Le Monde", jak i do prasy codziennej w ogóle. Spróbujmy w arbitralny naturalnie sposób wyłuskać najważniejsze punkty.

Kahn zaczyna od krytyki rosnącej zależności prasy od wpływów z reklam (do 80 proc.), skąd przechodzi do gratisów. Gdyby, powiada, jakiś piekarz rozdawał za darmo bagietki, to jego korporacja rzuciłaby mu się od razu do gardła.

My spokojnie patrzymy, jak gazety zamieniają się w ulotki. Musi, ciągnie Kahn, ulec naturalnie zmianie treść gazet, z których miałki - jakby powiedział Giedroyc - konsensus eliminuje spory i polemiki wokół najważniejszych kwestii.

Do rewolucji dojść musi w sposobie i stylu pisania. Jest nowy czytelnik. Nastąpił koniec kwiecistego stylu, długich barokowych zdań, trzeba pisać krótko i żywo. Jeżeli, powiada ten najbardziej impertynencki francuski publicysta, w pierwszych słowach nic się nie dzieje, to czytelnik przewraca stronę.

Szkodliwa jest także zbyt wąska specjalizacja dziennikarzy: eksperci często nie wiedzą, co się dzieje na ulicy obok. Skończyły się też czasy, kiedy odpowiedzialnością za wszystkie nieszczęścia gazety można było obciążyć wydawców. Dzisiaj, powiada Kahn, bez żadnej pozornie aluzji do sytuacji w "Le Monde", odpowiadają za to także zespoły dziennikarzy.

No i na koniec świadomość niewiedzy czytelnika. Kahn opowiada, że kiedy użył w artykule aluzji do Jałty, bo to przecież pozornie zrozumiały skrót, dostał listy z pytaniem, o co mu chodzi.

Ten właśnie punkt, nieprzypadkowo, a z rozmysłem, wybrałem na zakończenie, bo o roli i odpowiedzialności prasy w koniecznym pokonywaniu ignorancji czytelnika, zwłaszcza młodego, w zakresie historii najnowszej nie przestaję wołać od czasu paryskiej "Kultury" po dzisiejszą warszawską "Gazetę".

Nie zdziwię się więc, jeżeli teraz jakiś czytelnik mnie spyta: a co to była paryska "Kultura"?
18:37, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 stycznia 2008
Kultura i polityka

Europa i Rosja nie mają do siebie szczęścia. Europa jest (czasem) zdania, że jak u Dumasa wszyscy za jednego, jeden za wszystkich. Rosja ciągle się jeszcze do tego nie przyzwyczaiła. Dlatego ważna dla obu stron umowa o współpracy czeka ciągle na podpis.

Jedna bariera właśnie padła. Rosja zezwoliła na import polskiego mięsa, a Polska zapewne wycofa weto wobec rozpoczęcia rozmów o wspomnianej umowy. Ale pojawiła się inna. Zza kanału. Brytyjczycy zaczęli dyskretnie wywoływać widmo nowego weta. Chodzi mianowicie o szantaż rosyjski wobec British Council, która miałaby w odwet za skandal pod nazwą Litwinienko zamknąć dwa pozamoskiewskie oddziały.

Humor Albionu dodatkowo się popsuł, kiedy Moskwa zagroziła, że nie pokaże w Londynie obrazów z rosyjskich muzeów. Nie była mianowicie pewna, czy brytyjskie prawo dostatecznie chroni jej dzieła sztuki, m.in. Matisse'a (w tym słynny "Taniec"), van Gogha czy Kandinsky'ego, które rzadko kiedy opuszczały Rosję. I słusznie. 120 eksponatów przeznaczonych na londyńską wystawę zostało po 1917 roku skonfiskowane przez bolszewików i mogłoby bowiem podlegać roszczeniom spadkobierców przedrewolucyjnych właścicieli.


Sprawa jest szersza, kultura, najogólniej mówiąc, staje się ważnym i często spornym składnikiem stosunków międzynarodowych. Dlatego w sporze Moskwa - Londyn nie chodzi o jedną wystawę, lecz o precedens w skali świata. Rosja już to przechodziła w 2005 r., kiedy szwajcarska firma Noga zablokowała na poczet długu - na dzień tylko, ale udowodniła, że można - 82 obrazy z petersburskiego Ermitażu. A amerykańskim spadkobiercom austriackich Żydów udało się zatrzymać do wyjaśnienia dwa obrazy Egona Schiele ze zbiorów fundacji z Wiednia.

Inaczej mówiąc, chodzi o los dzieł zrabowanych głównie przez Niemcy i Rosję albo niesionych wichrem historii tak jak zbiór Biblioteki Pruskiej (rękopisy m.in. Bacha, Mozarta i Goethego), który odnalazł się po wojnie na terytorium Polski.

60 lat po wojnie liczne skarby kultury stanowią ciągle przedmiot międzynarodowych sporów, prawnych, politycznych, i - co najtrudniejsze do leczenia - historyczno-sentymentalnych. Dla Niemców ich utracone dzieła to ostatni niemieccy jeńcy wojenni. Polacy o swoich skarbach mogą myśleć podobnie.

Mocno powiedziane. Ale czy jeszcze ostrzejsze słowa nie padały, kiedy okazało się, że skarb Priama, obrazy Cranacha, dwie biblie Gutenberga, cała biblioteka z Gothy i miliony starodruków nagle, na fali pozimnowojennej odwilży, odnalazły się w piwnicach muzeów rosyjskich? Kiedy toutes proportions gardées "Berlinka" odnalazła się w Krakowie. Ukradzione przez Hitlera obrazy Klimta wisiały spokojnie w muzeum w Wiedniu, niezliczone, głównie pożydowskie, ale nie tylko, arcydzieła cieszyły oko w muzeach francuskich, a brudne złoto z Holocaustu procentowało i wzbogacało banki szwajcarskie?

Naturalnie, roszczenia bywają słuszne, choć rzadko są sprawiedliwie osądzane. Ale nie tylko o własność chodzi. Chodzi także o historię. Bowiem dopóki takie spory nie zostaną definitywnie rozstrzygnięte, ten typ roszczeń będzie zawsze produkować, po obu stronach, własną, wzajemnie sprzeczną prawdę historyczną i, co gorsza, sprzeczne polityki historyczne. Co rykoszetem uniemożliwia porozumienie się w innych, znacznie ważniejszych sprawach. Ars longa
15:09, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 07 stycznia 2008
Człowiek Roku

"Time" ma rację. I nie rozumiem, dlaczego niektórzy mają pretensje do amerykańskiego tygodnika, który mianował Władimira Putina Człowiekiem Roku 2007. "Time" przecież wyraźnie zastrzegł: Człowiek Roku to nie żaden honor ani oznaka szacunku (na okładce "Time" byli już i Hitler, i Stalin, i Mao), a tylko wyraz przekonania, że primadonna tego jednego numeru dokonała rzeczy, które świat powinien poznać i zrozumieć. Jakie to rzeczy? W skrócie chodzi o "wyjątkowe osiągnięcia przywódcze: przejęcie kraju pogrążonego w chaosie i doprowadzenie go do stabilizacji".

Rzeczywiście warto, by świat to docenił. Jasne, zabójstwa Politkowskiej, Chlebnikowa czy Litwinienki, gułag Chodorkowskiego i innych, likwidacja opozycji, zawłaszczenie wielkich mediów sprawiają, że putinowski model wychodzenia z chaosu i dochodzenia do stabilizacji mógłby nawet w redakcji "Time" nasunąć pewne zastrzeżenia. Szkoda, że nie nasunął. Putin bowiem mógłby i tak znaleźć się na ołtarzu "Time", ale ze względu na inne, autentyczne, wyjątkowe osiągnięcie przywódcze.

Pamiętam wszystkie kolejne sukcesje na Kremlu od śmierci Stalina i z nią włącznie. Ta postalinowska była wyjątkowo krwawa, trup czekistów, od Berii począwszy, ścielił się gęsto, ale wszystkie następne przeszły spokojnie. Nawet usunięcie Chruszczowa, który nagle zachorował, choć jako emeryt żył potem długo i szczęśliwie, nawet eksmisja Gorbaczowa, który stracił posadę razem z państwem, nie wywołały większych emocji.

Inne były po prostu nudne. Breżniew, Andropow, Czernienko panowali dożywotnio, naród szybko ocierał łzy, główny żałobnik, czyli przewodniczący komisji pogrzebowej, automatycznie wstępował na Kreml

Nudno już nie jest. Putin znalazł sposób. On też będzie szefem dożywotnio, ale inaczej. Barwnie i muzycznie, a nawet tanecznie zgodnie z precyzyjną choreografią. I to taniec właśnie, a nie stabilizacja po chaosie predestynuje go do miana Człowieka Roku.

Zaczął, bądźmy uczciwi, Borys Jelcyn. Chory, zatroskany o złotą emeryturę jego samego i familii, szukał, aż znalazł młodego, skromnego i inteligentnego oficera KGB. Zrobił go, na zasadzie dokładnie zredagowanej intercyzy, najpierw premierem, a potem prezydentem.

Teraz Putin ciągle jest młody, ale nie jest już skromny. Wymyślił "stabilizację", która tak olśniła "Time", ale przede wszystkim opracował mechanizm jej trwałego zabezpieczenia. Sięgnął mianowicie po sposób na krzesło. Dobrał sobie partnera i zaadaptował, w interesie stabilizacji Rosji, starą, dworską grę francuską muzycznych krzeseł. Z gry, w której zawsze jest więcej osób niż krzeseł, odpada ten, kto na odpowiedni znak muzyczny nie zdąży zająć wolnego krzesła.

Otóż to Putin udoskonalił: w jego wersji graczy jest tylko dwóch, czyli tylu, ile jest krzeseł, co oznacza, że krzesło dla niego zawsze będzie wolne (krzesło Miedwiediewa będzie wolne na zawołanie). I że on zawsze zdąży. Muzyka zagra, a on z prezydenckiego krzesła przeskoczy na premierowskie, a jak orkiestra da znowu znak, to po czterech czy ośmiu latach przesiądzie się z powrotem.

I tak będą się bawić, aż pewnego dnia ktoś mu krzesło w ostatniej chwili spod siedzenia usunie. I wtedy ten ktoś zostanie na pewno Człowiekiem Roku tygodnika "Time". Za zasługi dla stabilizacji.
16:17, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
Jak "Kultura" wykuwała Schengen

Wtedy, w roku 1970, oskarżony Maciek Kozłowski nie wiedział, co to jest Schengen. Nikt wtedy nie wiedział, że w tym punkcie na styku Niemiec, Francji i Beneluksu podpisany zostanie w czerwcu 1985 r. układ o zniesieniu granic w Europie. Jeżeli jednak nieznajomość istnienia Schengen nie miała przed tą datą żadnego wpływu na losy świata, to Maciek Kozłowski, Jakub Karpiński, Maria Tworkowska i inni drogo zapłacili za decyzję wprowadzenia w życie swojej buntowniczej, odważnej, antypeerelowskiej wersji Schengen.

"Proces taterników" posłał grupę młodych ludzi na lata do więzienia za to, że przedzierając się przez Tatry, wnosili w plecakach do Polski egzemplarze miesięcznika "Kultura" wydawanego w Paryżu. Komunistyczna Polska uznała "Kulturę" za najbardziej niebezpieczne źródło zarazy ideologicznej, policja tropiła jej najdrobniejsze ślady. Nie tylko kolportaż, ale też samo posiadanie "Kultury" stanowiło coś w rodzaju zbrodni stanu, a ponieważ miesięcznik i książki były poza ich zasięgiem, to posłuszne sądy karały młodych Polaków, którzy wolne słowo czytać chcieli.

Tatry to była najbardziej kosztowna droga "Kultury" do Polski. Jerzy Giedroyc jednak sączył truciznę rozmaitymi kanałami. Wiedział, że "Kultura" będzie konfiskowana na granicy, wiedział, że Komitet Centralny zadbał o siebie i abonował 50 egzemplarzy i że aparat (ten lepszy) dostawał "Kulturę" w pigułce, w postaci "Biuletynu specjalnego" opartego o cytaty z oryginału. Wysyłał więc Giedroyc bakcyla na niepodejrzane adresy, np. do "Trybuny Ludu", do bibliotek czy związków zwanych "twórczymi" na i tak skompromitowane nazwiska, np. Kisiela.

Poszczególne egzemplarze wwozili co odważniejsi turyści, sportowcy czy naukowcy, nawet zaprzyjaźnieni dyplomaci. W każdym razie kto chciał, miał co brać i wozić. Chciało stosunkowo niewielu, więc dywersanci z Maisons-Laffitte pomagali im, wysyłając do Polski Miłosza w okładce z Rokossowskim albo Dżilasa w miniaturkach (nakład sięgał 2 tys. sztuk) wielkości pudełka od zapałek. Ale na ogół czytelnych.

W sumie - choć nie wiem, jak to udowodnić - szacuje się, że ok. 3 tys. egzemplarzy jakoś do Polski docierało. No a miliony odbierały posłanie Giedroycia, łamiąc barierę dźwięku poprzez Radio Wolna Europa. Bo dla RWE i "Kultury" Schengen bez granic już wtedy było.

Nikt dokładnie nie wie, ile osób naprawdę za to przedwczesne wykuwanie Schengen ucierpiało. Nie wiadomo też, jaki naprawdę, choć coraz więcej osób przyznaje, że się na "Kulturze" wychowało, miała ona wpływ na Polaków myślenie. Ani co z tego naprawdę jeszcze zostało.

Ta epopeja czeka bowiem ciągle na swojego Homera, tak samo zresztą jak saga "Kultury" w ogóle. Ale kiedy dziś w błyskach fajerwerków padają ostatnie szlabany między Polską a Europą, a niektóre pokomunistyczne rządy czy politycy sobie przypisują Schengen, to większości Polaków, dla których brak granicy jest tak normalny, jak dla nas było jej istnienie, trzeba powiedzieć: To właśnie "Kultura" szlabany obalać zaczęła. I że także w ten sposób Polakom drogę do wolności cierpliwie i mądrze torowała, a Polaków wolności i poczucia odpowiedzialności za nią uczyła. To bowiem z Tatr, a nie z Krakowskiego Przedmieścia Polacy do Schengen iść zaczęli.
16:16, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
120 lat "Le Soir"

Belgia nie ma rządu już od 180 dni, ale na szczęście ma prasę, w tym jedną gazetę od 120 lat. "Le Soir", największa, najbardziej opiniotwórcza, multimedialna francuska gazeta w dwujęzycznej Belgii, obchodziła w poniedziałek swoją imponującą jak na prasę rocznicę narodzin. Zafundowała sobie z tej okazji specjalny numer i 12 naczelnych redaktorów: szefów wszystkich demokratycznych partii politycznych, filozofa, sportowca, artystę, przemysłowca, z których każdy miał do dyspozycji jedną stronę gazety i dziennikarzy odpowiednich działów. I dodała, oddzielnie i odpłatnie, 200-stronicowa analizę ostatnich 120 lat Belgii i "świata, który ją otacza".

Razem wygląda to imponująco, ale ważniejsze jest jej credo. Nie zmieniło się od dnia narodzin gratisowej gazetki utrzymującej się wyłącznie z reklam aż po dzisiejszy multimedialny (i multimilionowy) koncern Rossela (ta sama rodzina od początku), którego "Le Soir" jest lokomotywą. " Le Soir", pisze jego naczelna Beatrice Delvaux, ma być dostępny dla jak najszerszej grupy czytelników i absolutnie niezależny od jakichkolwiek grup nacisku. Ma być współczesny, postępowy, impertynencki, bronić wartości: praw człowieka, godności ludzkiej, laickości państwa, wolności słowa, tolerancji. Ma krzewić idee, urabiać opinie, wyjaśniać sens polityki i wymiar wyzwań współczesności. Ma być na poziomie wymagań czytelników i ich gniewu. Redakcja bardzo się stara - na ogół z powodzeniem - aby tak było. Co w Belgii, kraju dwóch (co najmniej) języków, o najbardziej niezrozumiałej strukturze politycznej na świecie, gdzie mało kto wie, do czego powinno służyć państwo, nie było i nie jest wcale łatwe.

"Gazetę Wyborczą" łączy z "Le Soir" kilka wspólnych (ostatnio np. przed wyborami w Polsce) spisków i pasjonujących przygód. Obie redakcje potrafiły nawiązać zaufane i pożyteczne stosunki partnerskie nie tylko w sferze zawodowej, ale i osobistej przyjaźni. Warto je nadal rozwijać.

Jefferson mawiał, że gdyby miał wybierać między rządem a niezależną prasą, to zawsze wybrałby prasę. Belgia i Polska nie mają Jeffersona, ale mają niezależną prasę. To bardzo wielka szansa.



Przyjaciołom z "Le Soir" życzenia kolejnych setek lat w służbie wolnego słowa w zjednoczonej Belgii - przyjaciele z "Gazety Wyborczej".
16:15, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
Pożegnanie Kasparowa

"Żeby wygrać (w szachy), trzeba nienawidzić przeciwnika". Copyright na tę formułę zachowuje Bobby Fischer, były Mozart szachownicy, ale mógłby się z nią zgodzić także Beethoven szachownicy, czyli Garry Kasparow.Z małą różnicą - Fischer myślał o szachach, a Kasparow o polityce. Gdyby Kasparow tak jak Fischer miał po drugiej stronie szachownicy nawet genialnego gracza, miałby co najmniej 50 proc. szans na zwycięstwo. W grze z Kremlem nie miał żadnej.

Naiwnie albo - wprost przeciwnie - z pełną świadomością Kasparow podjął próbę zmobilizowania liberalnej i demokratycznej części rosyjskiej społeczności do walki, jak mówił, z dyktaturą Putina. "Lew z Baku" przekonywał, organizował, szukał sojuszników, czekał - daremnie - na światło z Zachodu, był zawsze na pierwszej linii manifestacji, na które komandosi Putina napadali tak brutalnie, jakby Wszechrosja była w niebezpieczeństwie.

Gdybym nie był taki skromny, to przypomniałbym: - A nie mówiłem, że tak będzie?! Tylko że chwila nie pasuje do tanich satysfakcji. Dziś, kiedy Kasparow "żegna się z bronią", dziś jest chwila hołdu dla wielkiego obywatela i wielkiego mistrza.

Powodów porażki jest wiele, od niedojrzałości i ambicjonalnego przewrażliwienia rosyjskich demokratów po autentyczną popularność Putina. Kasparow, wiadomo, bogaty, sławny, w stałym kontakcie z prasą zagraniczną, mający do dyspozycji najlepszych adwokatów, był do pewnego stopnia chroniony przed pełnym okrucieństwem władzy. Ale wniosek jest jeden - trzeba było ogromnej odwagi, sensu powinności moralnej, poczucia odpowiedzialności za swój kraj, by rzucić wyzwanie potędze Kremla.

Wzajemne stosunki i sprzężenia między sportem a polityką są równie podejrzane co skomplikowane. Neutralność sportu to naturalnie mit. Czysty sport w służbie pokoju i przyjaźni należy włożyć między bajki.

Sport zawsze był i jest dzisiaj podporządkowany polityce. Pogląd, że sport i polityka nie przenikają się wzajemnie, to tylko hipokryzja i nadużycie intelektualne. Olimpiada w Pekinie mówi sama za siebie.

Normalnie jednak - a było to skandalicznie widoczne w okresie zimnej wojny, wystarczy przypomnieć zimny wychów mistrzów w ZSRR czy NRD, a dziś w Chinach i na Kubie - osiągnięcia i rekordy sportowe były i są wykorzystywane przez poszczególne państwa jako instrument propagandy, stwarzają okazję do podgrzewania nacjonalizmów czy ksenofobii, stanowią często substytut nieistniejącej albo niechcianej wspólnoty, są także częścią ogromnego biznesu, stanowią element stosunków międzynarodowych, wpisane są w fundamenty strategii polityki wielkich i małych państw.

Futbolowy ONZ, FIFA, ma chyba więcej i na pewno bardziej namiętnych i rozpolitykowanych członków niż drapacz chmur z Nowego Jorku.

Kasparow - wprost przeciwnie. Chciał oddać swoją sławę i osiągnięcia w służbę społeczeństwu. No i przegrał. Nie dlatego, że źle grał. Dlatego, że za przeciwnika miał nie pojedynczego gracza szanującego reguły gry, ale cały system zbudowany przez i wokół Władimira Putina. Miał przeciwko sobie zwarty, sekciarski i cyniczny klan, miał graczy zdecydowanych każdym kosztem nie dopuścić do najmniejszego uszczerbku w ich stanie posiadania, nie dopuścić nikogo do podziału łupów z odzyskanej Rosji.

Panowie, czapki z głów przed Kasparowem!
16:13, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »