RSS
wtorek, 13 stycznia 2009
Demokracja i telewizja

Kilka dni temu drugi kanał francuskiej telewizji publicznej pokazał film wideo ilustrujący wyjątkowo okrutny epizod izraelskiej wojny w Gazie. Komentarz był ze studia w Paryżu: "Arabskie telewizje i internet - mówił dziennikarz - powtarzają te sceny amatorsko filmowane przez telefon. Chodzi tu o rzekome uderzenie izraelskiej rakiety 1 stycznia 2009 r. Bojownicy noszą opaski Hamasu, na ziemi widać zwłoki cywilów".


Tyle komentarza. I wszystko nie tak. Wideo było nakręcone nie 1 stycznia 2009 r., lecz 23 września 2005 r., nie chodziło o ofiary izraelskiej rakiety, a ofiary wybuchu ciężarówki z transportem rakiet dla Hamasu w Gazie.

Błąd został wykryty, francuski kanał przeprosił telewidzów i przyznał, że był to przejaw braku czujności. Co nie przeszkodziło temu, by zmanipulowane wideo nadal krążyło po sieci.

Czujność stała się hasłem dnia w mediach. Izraelska wojna w Gazie wywołała w sieci prawdziwe tsunami nienawiści, obelg, rasizmu i antysemityzmu. Gazety zaczęły się bronić. Lewicowa francuska "Liberation" czy liberalny brukselski "Le Soir" postanowiły odciąć artykuły dotyczące Gazy od internetowych komentarzy, ich internetowych autorów zaproszono do rejestrowania się, a teksty internautów są poddane operacji moderowania niezbędnej choćby z uwagi na konsekwencje prawne "szerzenia propagandy rasizmu i nienawiści".

Obie gazety, jak zresztą wszystkie demokratyczne media, wychodzą z założenia, że jeżeli ich "forum ma być terenem wolnej dyskusji, to nie może dać się wykorzystać jako instrument rasizmu i antysemityzmu".

Propaganda nienawiści jest wszędzie podobna. Nic dziwnego - prowadzona jest głównie przez zblokowane komanda kryjące się za internetowym anonimatem. Zarówno zasób argumentów, jak i bogactwo słownika, a zwłaszcza zbieżność lansowanych zbitek propagandowych takich jak "Gaza - Stalingrad" prowadzą do podwójnego wniosku.

Po pierwsze, wielkość lawiny obelg jest odwrotnie proporcjonalna do jej różnorodności. Epitety pochodzą po prostu z niewielu podobnych źródeł. Po drugie i ważniejsze, wysuwane argumenty mają niewiele albo i nic wspólnego z treścią przywoływanego artykułu, a bardzo wyraźnie sformułowane są pod wpływem obrazu telewizyjnego albo jego fotograficznej wersji gazetowej.

Sprzężenie prasa - telewizja to nie jest kwestia techniczna. To kwestia przyszłości prasy. Na razie poważna prasa drukowana zachowuje ciągle prestiż czcigodnej "starszej damy". Ale to telewizja, główny dostawca informacji, zasadnicze, a w wielu miejscach monopolistyczne źródło wiedzy o świecie i o polityce, wyznacza dziś (a w internecie jutro) rangę informacji w odbiorze społecznym. Sprawozdanie na żywo w realnym czasie stało się wartością bezwzględną.

Skutek jest podwójny. Dobry: każdy z nas wybierał Obamę, każdy może powiedzieć Chińczykom, co myśli o Tybecie. Ale może też być groźny. Ten sam news w różnych ideologicznych manipulowanych opakowaniach okrążający świat w kilka sekund nie łączy, a coraz bardziej dzieli kraje i narody.

Jest także w stanie przekształcić każde, nie tylko prawdziwe i ważne, ale także manipulowane wydarzenie w centralny fakt dnia, wyprowadzić ludzi na ulice. Siła oddziaływania obrazu na żywo zależy bowiem często nie od prawdziwej wagi przekazywanego wydarzenia, ale od siły przekazywanej pod tym pretekstem emocji. A przecież nie wystarczy widzieć, czy czuć, by zrozumieć.

Wniosek: jeżeli poważna codzienna prasa drukowana, jedyna zdolna do rzetelnego odcyfrowania i wytłumaczenia sensu informacji zawartej w obrazie, nie wypełni tej luki, to, mówiąc w brutalnym skrócie, taka będzie demokracja, jaka będzie telewizja. Amen!

15:36, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 stycznia 2009
Imię Rosji
Każda epoka powinna mieć swojego bohatera. Dlatego tygodnik "Time" wymyślił Człowieka Roku. Tygodnik zachował się ostrożnie. Dał swemu bohaterowi krótką, bo roczną tylko, klamrę życia i zostawił otwartą kwestię co do tego, jakie cechy i jakie zasługi lub dokonania ma uwiecznić czy wyrażać postać na okładce "Time'a".
Debata nie jest zamknięta. I słusznie. Przeglądając listę ludzi roku (pierwszym, w 1927 r., był Charles Lindbergh, który mając lat 25, przeleciał Atlantyk, potem było gorzej), łatwo dojść do wniosku, że nic nie może łączyć Martina Luthera Kinga z Adolfem Hitlerem, Gandhiego ze Stalinem czy ajatollahem Chomeinim, Wałęsę z panią Simpson (dla której abdykował król brytyjski) czy wreszcie Putina z Obamą. A przecież wszyscy oni, i inni podobnej kategorii, byli ludźmi roku w "Timie".
Bez próby psychoanalizy anonimowego wyboru dwa czynniki wydają się jednak wspólne. Po pierwsze, rozmiary miejsca, które ludzie różnych lat zajmowali w mediach, wielkość hałasu, jak się dzisiaj mówi, medialnego, jaki swoim działaniem, dobrym lub złym, wywoływali. Po drugie (teza, przyznaję, ryzykowna), że każdy z nas, a ludzie decydujący o okładkach "Time'a" są tacy jak my, widzi w swoim wybrańcu, swoim człowieku roku te cechy, w jakie sami chcielibyśmy być wyposażeni lub które, czasem bezwiednie, nas fascynują siłą i brutalnością działania oraz zasięgiem, dobrego lub tragicznego, wpływu na bieg historii.
Czy można tymi kryteriami uzasadnić, dlaczego to nikt inny, tylko średniowieczny książę Aleksander Newski został w tegorocznym konkursie telewizji rosyjskiej (to taki rodzaj człowieka nie tyle roku, ile tysiąclecia) uznany za najpopularniejszą postać historyczną w dziejach Rosji? Konkurs pod nazwą "Imię Rosji", zorganizowany przez kanał Rossija, trwał przez ponad pół roku, oddano w nim 50 mln głosów, co jak na kraj liczący 143 mln mieszkańców stanowi bardzo przekonującą i wiarygodną próbkę.
Drugie miejsce zajął carski premier z początku XX w., mądry, ale okrutny Piotr Stołypin, trzecie - Józef Stalin. Lenin jest na szóstym miejscu, nieco dalej Iwan Groźny.
Aleksander Newski znany jest ze zwycięstwa nad rycerzami Zakonu Kawalerów Mieczowych w 1242 r. Został ogłoszony świętym przez Cerkiew prawosławną. Stalin i Lenin szczegółów nie wymagają. Czy taka lista o czymś świadczy? Czy rzeczywiście ludzie miecza, samodzierżawia i terroru, a nie ukryci na dalszych miejscach Dostojewski czy Puszkin, zapisali w historii imię Rosji? Jaki Stalin fascynuje Rosjan: szef zwycięskiej Rosji czy satrapa, twórca gułagu, morderca milionów?
Jedno i drugie zapewne. Normalnie. Tak jak na okładkach "Time'a". Z dwoma poprawkami. W "Timie" są tylko żywi, na rosyjskiej liście - tylko martwi (dlatego Putin jest w "Timie", a nie ma go w rosyjskiej hit-paradzie). No i żaden z ludzi roku "Time'a" nie ma swojego ołtarza. A Stalin ma. W cerkiewce na przedmieściu Petersburga spora ikona Stalina mierzy wiernych u boku św. Matrony, która kazała mu w 1941 r. zostać w Moskwie i bronić stolicy przed Hitlerem. W imię Rosji - i nas wszystkich - niech się stamtąd nie rusza.
23:22, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »