RSS
czwartek, 24 lutego 2005
Redaktorzy z Kremla
Kilkanaście razy uśmiercony Szamil Basajew ma się nieźle. Terrorysta numer jeden, najbardziej poszukiwany człowiek w Rosji (za jego głowę dają 10 mln dolarów) odpowiedzialny za zbrodnię na dzieciach w Biesłanie, za kilkudniową niewolę chorych w szpitalu w Budionnowsku, za napad na teatr na Dubrowce w Moskwie, związany niewątpliwie z al Kaidą i jej kasą, nie zmienił swego credo: "Zwycięstwo albo raj".
Będzie w końcu klęska i piekło, ale tu nie chodzi o jego przyszły adres, ale o jego obecny status. Pytanie bowiem brzmi: czy można i należy z takim zbrodniarzem rozmawiać, czy można i należy oddać mu do dyspozycji najszerszą możliwie trybunę, jaką jest TV?
Brytyjski Kanał 4 odpowiedział "tak" i nadał niedawno wywiad z Basajewem nakręcony przez człowieka z jego otoczenia, nagrany po rosyjsku, w jakimś nieokreślonym naturalnie miejscu na Kaukazie. Wideo z wywiadem dotarło do Londynu poprzez "jakiegoś" dziennikarza z Bliskiego Wschodu.
Procedura była ryzykowna i chyba nieopłacalna, bo Basajew nie ma nic nowego do powiedzenia: żałuje dzieci z Biesłanu, ale do masakry doszło nie z jego winy. Przygotowuje nowe napady - wszystko po to, by także Rosjanie poczuli, jak to smakuje, aby pokazać światu, jak mówi, prawdziwe oblicze Rosji (choć pokazuje raczej własne) i przekonać świat, iż w Czeczenii trwa ludobójstwo.
Na to samo pytanie Moskwa udzieliła odpowiedzi dokładnie przeciwnej. Poprzez ambasadę w Londynie Kreml ostro zażądał wstrzymania programu. - Wszelka próba - oznajmiło rosyjskie MSZ - uzasadnienia dopuszczenia terroryzmu do telewizyjnej trybuny z powołaniem się na wolność słowa stanowić będzie objaw co najmniej cynizmu.
Kanał 4 był wyraźnie innego zdania. - Nadanie wywiadu z Basajewem stanowi normalny zabieg dziennikarski - powiedzieli brytyjscy redaktorzy - i nie może w żadnym wypadku oznaczać zgody na zbrodnie lub godne pogardy poglądy Basajewa.
I żeby usunąć wszelkie wątpliwości, Kanał 4 poprzedził wywiad zdjęciami z koszmaru w Biesłanie oraz dodał oświadczenia prezydenta Putina na ten temat. Głos zabrał także brytyjski Foreign Office. Potępił naturalnie Basajewa, ale zmuszony był wyjaśnić rosyjskim kolegom, że decyzja należy wyłącznie do Kanału 4 i że "rząd Jej Królewskiej Mości nie ma z tym nic wspólnego".
Nihil novi, powiedziałem, kiedy czytając tę depeszę, łza mi się zakręciła w oku. Przypomniały mi się - toute proportion gardée - lata 70. w Brukseli. Wtedy także Moskwa poprzez swoją ambasadę, wówczas sowiecką, bardzo ostro potępiała artykuły w wielkim dzienniku "Le Soir", gdzie pewien "renegat" (ulubione słowo komunistycznej propagandy) drukował regularnie analizy wydarzeń w ZSRR i jego imperium. Nie podobały się one w Moskwie i ówczesny ambasador ZSRR nie zawahał się podjąć interwencji w belgijskim MSZ.
Bez powodzenia: rzecznik ministra musiał grzecznie, ale stanowczo pouczyć Jego Sowiecką Ekscelencję, ze rząd Belgii czyta "Le Soir", ale go nie redaguje. I że, tak jak powie rzecznik rządu w Londynie 30 lat później, rząd Jego Królewskiej Mości nie ma żadnego wpływu na treść gazet.
Dławienie telewizji czy rujnowanie gazet jest ciągle specjalnością Kremla, ale na eksport się nie nadaje. Od pewnego czasu nie ma już Związku Sowieckiego, w Moskwie jednak, jak widać, nie wszyscy są o tym przekonani.
12:38, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 lutego 2005
Numery Kimów
Dynastia to, jak wiadomo, seria ponumerowanych nieboszczyków. Dynastia Kimów liczy na razie jednego nieboszczyka, ale ma już dwa numery - jeden martwy, jeden żywy. Kim Ir Sen, założyciel dynastii, skromnie określany jako "słońce XX wieku", namaścił, zanim "słońce" zgasło w 1964 roku, na Kima numer 2 swego syna Kim Dzong Ila. Był to pierwszy, ale nie ostatni dziedziczny transfer władzy w historii reżimu komunistycznego.
Kim numer 2 ma dopiero 63 lata, ale myśli już o spadkobiercy. Kimem numer 3 miałby zostać syn numer 2, Kim Jong Nam, lat 33, ten sam, który został niedawno wydalony z Japonii, albowiem na fałszywym paszporcie chciał odwiedzić Disneyland w Tokio.
To tylko detal. Ważna jest doktryna. Proklamował ją Kim numer 1. "Rewolucja - powiedział - będzie kontynuowana przez mojego syna, a potem wnuka". Numer 2 nas uspokoił. "Uszanuję - oznajmił - wolę mojego ojca". Numer 3 jest gotów.
Może niepotrzebnie. Pierwszy Kim bił się naprawdę z japońskim okupantem. Drugi Kim ma ksywę "geniusz rewolucji", ale nie ma, poza terrorem i paranoją po ojcu, żadnych listów uwierzytelniających. Trzy Kimy po kolei to może być o jeden numer za dużo.
Co grozi dynastii Kimów? I nędza narodu, której żadne bałwochwalstwa nie potrafią ukryć, i zaraźliwy przykład transformacji chińskiej, no i chińskie telefony komórkowe. Jest ich w Korei północnej ok. 20 tys., mają ułatwić wymianę handlową, ale są źródłem informacji o stanie świata i obu Korei.
Jak bronić dynastii? Najlepiej szantażem nuklearnym. Nikt nie zna prawdy. Po kompromitacji amerykańskich Bondów w Iraku hipotezy koreańskie są równie wiarygodne co podejrzane. Kim straszy, że ma bombę, że może ją "wysłać" do Korei Południowej i stacjonujących tam wojsk USA, no i do Japonii. Waszyngton mówi, że to może być prawda, bo jak w ZSRR kosztem zgnojenia narodu koncentracja wszystkich środków na jednym celu daje w końcu wyniki, ale może to być także blef. I na wszelki wypadek zalicza Koreę Kimów już nie do "osi zła", ale do "wysuniętych przyczółków tyranii".
Co robić? Jest kilka sposobów. • Radykalny model izraelski: 16 Fantomów nad Tamuzem w Iraku i bez jednej ofiary cywilnej reaktor atomowy gotowy do produkcji atomowego paliwa w ciągu kilku minut w lipcu 1981 r. przestał istnieć. Model skuteczny, ale dziś nie do zastosowania. • Zakulisowy: presja przede wszystkim Chin, tylko one mają bowiem jakiś wpływ na szaleńca z Phenianu. Pekin ostro krytykuje awanturnictwo Kima, boi się m.in. lawiny uciekinierów koreańskich (już dziś ma ich ponad 300 tys.) i w odpowiednim momencie wejdzie do akcji, ale na razie jaki interes miałyby Chiny, żeby ułatwiać życie Waszyngtonowi?
Pozostaje dyplomacja. Kim nie ma nic do stracenia i blefem lub karetą asów ciągle podnosi stawkę - zrezygnuje z atomowej chmury nad Dalekim Wschodem w zamian za olbrzymią pomoc gospodarczą, no i głównie za legitymizację dynastii oraz uznanie międzynarodowe, przede wszystkim amerykańskie, oraz koniec izolacji jego satrapii.
Inaczej niż wobec Iraku obalenie tyranii w Korei Północnej nie leży w aktualnych zamiarach Waszyngtonu. Pytanie tylko, czy i jak można naprawdę pozbyć się szantażu bomby koreańskiej bez pozbycia się "przyczółka tyranii" i Kima numer 2. Nie mówiąc już o numerze 3
11:20, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 lutego 2005
Jałta umiera ostatecznie
"Riwiera Carów" mówiono o Jałcie. Nie tylko carów, także genseków, no i dziś ukraińskiej politycznej i finansowej "elyty". W 1945 roku wycofujący się Wehrmacht zamienił Jałtę w ruinę, ale na "życzenie" Stalina pałac Liwadia zbudowany dla Mikołaja II został błyskawicznie odnowiony, tak aby Roosevelt i Churchill znaleźli, wraz z gospodarzem, odpowiednie warunki do ustalenia nowego powojennego porządku świata.
Riwiera? Jak dla kogo. Churchill uznał, że "trzeba by przez 10 lat szukać okropniejszego miejsca. To raj tylko dla tyfusu i wszy". A jednak to właśnie tam w lutym 1945, dokładnie 60 lat temu, odbyła się najbardziej dwuznaczna konferencja XX wieku. I w tym gronie najdłuższa. "Pan Bóg, powiedział Churchill, potrzebował siedmiu dni na stworzenie świata. Nam będzie trudno działać szybciej".
Działać? Co zdziałać? Porządek dzienny konferencji był ogromny, nie do poważnego omówienia nawet w czasie równym stworzeniu świata, chociaż w istocie chodziło o to samo. W programie figurowały: szybki koniec wojny, przyszłość Niemiec, Bałkany, Narody Zjednoczone, Daleki Wschód, no i nowa mapa świata, Europy, a przede wszystkim Polski.
Dlaczego Polski? Dziwne, ale prawdziwe: Polska, pierwsza ofiara haniebnego traktatu Hitler-Stalin z 1939 roku, z uwagi na jej ogromny wkład w wysiłek wojenny była wtedy czymś w rodzaju wyrzutu sumienia zachodnich aliantów. Będzie takim "wyrzutem" (bez przesadnych cierpień) przez następnych 45 lat. W Jałcie przywódcy zachodni uzyskali od Stalina obietnicę przeprowadzenia w Polsce "wolnych wyborów", tak uczciwych, domagał się Roosevelt, jak żona Cezara.
Stalin się nawet nie uśmiechnął, żadnej obietnicy ze wszystkich szczodrze rozdawanych w Jałcie nie dotrzymał. Sześć miesięcy później Poczdam postawił kropkę. Stalin miał swoje imperium rozciągające się, jak powiedział, "tak daleko, jak sięgają nasze czołgi", Polska straciła jedną trzecią terytorium, Europa została przecięta linią, którą rok później Churchill określi jako "żelazną kurtynę". Jeszcze później Kundera wprowadzi pojęcie "Europy porwanej" nie do literatury, a do geopolityki.
Dziś ciągle jeszcze jedni ubolewają nad naiwnością Zachodu, a inni nad jego hipokryzją. Niesłusznie. W istocie, w Jałcie zachodni alianci pogodzili się z faktem dokonanym: Armia Czerwona atakowała już Berlin, upadek Reichu i Hitlera były już tylko kwestią tygodni.
Przez całą zimną wojnę Jałta była symbolem podzielonej Europy i triumfu ZSRR. Ale potem umierała kilka razy. I kiedy Gorbaczow odmówił ratowania NRD, i kiedy rozleciało się imperium ZSRR, i kiedy 31 sierpnia 1994 ostatni żołnierz rosyjski opuścił ziemię niemiecką i po raz pierwszy od 1939 roku nie było żadnej jawnej jednostki armii czerwonej na zachód od granic Rosji. A potem jeszcze, kiedy państwa bałtyckie, byłe republiki sowieckie, weszły do NATO. I kiedy Gruzja zapłonęła różą, a Ukraina na żółto wieściła w zasadzie (historia nie ma końca ) kres rosyjskim snom o odtworzeniu imperium.
10 lat temu, w 50. rocznicę, Jałta była już i martwa, i pogrzebana. Ale mszy nie było. Dopiero dziś jest po (ostatniej, miejmy nadzieję) ceremonii pożegnalnej. Przegrani z Jałty, którzy swoim losem w dużym stopniu zapłacili za pokój i dobrobyt Zachodu, są z powrotem w europejskiej rodzinie. 60 lat po Jałcie Europa wyzwolona z porwania odnalazła nareszcie swoje miejsce wśród zwycięzców II wojny światowej.
16:12, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
wtorek, 01 lutego 2005
Putin i Wiesenthal
96 lat życia, 60 lat w akcji, 3 tys. hitlerowskich zbrodniarzy w teczkach, 1 tys. - w więzieniu. "Łowca nazistów" Szymon Wiesenthal nie chodzi już do biura, które ciągle działa, nie przyjmuje gości, nie opuszcza właściwie mieszkania. Szymon Wiesenthal ma prawo być zmęczony. I powiedzieć światu: "Dajcie mi spokój".
Zrobił wyjątek. Po długim wahaniu, z trudem, przerwał milczenie. Dla mogiły pod nazwą Auschwitz, która była jednym z pięciu (ale historycznie najważniejszym) hitlerowskich obozów, przez jakie prowadził jego szlak przez wojnę.
Auschwitz, mówi, to święte, symboliczne miejsce zagłady Żydów. Ale to także symbol losu ludzkiego, to dowód, że ani Zagłada, ani antysemityzm nie powinny stanowić "tematu" wyłącznie żydowskiego. Co będzie dalej? Nazizm i komunizm, konstatuje stary mędrzec, narobiły tyle szkody, że trzeba kilku pokoleń, aby ludzkość dojrzała, potrafiła się pozbyć tej trucizny, uodpornić na tego typu ideologie.
Kiedy Wiesenthal tak lamentował, Putin przyznawał mu rację. Gdyby Wiesenthal słuchał przemówienia prezydenta Rosji w Auschwitz, odnalazłby od razu ślady tej trucizny. Putin dokonał nie lada sztuki. Podwójnej. Przemawiając do całego świata z terenu największego cmentarza żydowskiego, ani razu nie użył słów "Żyd" i "Holocaust". No i dokonał czegoś, na co nikt przed nim się nie zdobył - ani przed, ani w czasie uroczystości w Auschwitz - do żałobnych psalmów wniósł brudną politykę, załatwiał swoje interesy. Porównał nazizm do terroryzmu, nadużył mowy ludzkiej, sfałszował nastrój chwili, sprofanował żałobę.
Terroryzm, jak nazizm, jest oczywiście, tu Putin ma rację, "niebezpieczny i perfidny". Ale terroryzm, co Putin "niebezpiecznie i perfidnie" przemilczał, miał i ma przeciwko sobie wojskową potęgę państwa, ogromny potencjał riposty i poparcie, choć nie zawsze tej samej, opinii publicznej. Wystarczy przykład Amerykanów wyganiających talibów z Afganistanu, Izraelczyków likwidujących szefów Hamasu w Gazie, no i jego Rosjan masakrujących terrorystów, a przy okazji i "zwyczajnych" Czeczenów. Naziści natomiast przy obojętności świata mordowali, gazowali i palili bezbronnych Żydów. Można zrozumieć Putina, którego denerwuje czeczeńska chmura nad Rosją, ale wykorzystywanie ogólnoświatowej żałoby i cmentarnej oprawy do odgrywania politycznych łamańców i usprawiedliwiania haniebnej rozprawy z małym narodem nie jest godne szefa wielkiego państwa. W Czeczenii jest wojna; w Auschwitz była zagłada. To nie jest to samo.
Wiesenthal Putina nie słyszał, ale wniosek sformułował słuszny: ludzkość niczego się nie nauczyła. Auschwitz to memento. Wolność nie jest darem niebios, trzeba ją poprzez kolejne pokolenia ciągle na nowo zdobywać. Tylko niefałszowana i nienadużywana pamięć Auschwitz potrafi uratować ludzkość przed powtórką tragedii. Tylko ona nie pozwoli usnąć naszemu sumieniu; tylko ona sprawi, że żaden zbrodniarz nie będzie mógł spać spokojnie.
Nie wiem, czy Wiesenthal zechce jeszcze światu coś powiedzieć, czy zechce zostawić światu jakiś moralny testament. Ale to, co zmęczonym głosem, ostatnim może słowem, w dniu ceremonii w Auschwitz Wiesenthal powiedział, za testament wystarczy. I w chwili, kiedy płomienie oświetliły tory żydowskiej rampy, Wiesenthal, wyprzedzając wszystkich przemarzniętych VIP-ów, te właśnie słowa złożył zamiast świeczki u stóp pomnika w Auschwitz.
16:30, leopold.unger
Link Komentarze (2) »