RSS
wtorek, 21 lutego 2006
Tytuł "Pierwszy krąg" to naturalnie metafora. Sołżenicyn nawiązał do Dantego. To autor "Piekła" wymyślił specjalne miejsce dla filozofów, którzy nieochrzczeni nie mogli pójść do nieba, ale też nie zasługiwali na wieczność w czeluściach zła.
"Pierwszy krąg" nie Dantego, lecz Sołżenicyna to opis czterech grudniowych dni 1949 r. w życiu zeka w podmoskiewskiej szaraszcze, wyjątkowej wyspie archipelagu Gułag, gdzie naukowcy musieli w niewoli pracować dla państwa, które ich tam zesłało w apogeum stalinowskiej paranoi. Jest to, w skrócie, historia Gleba Nierżyna, który miał pracować nad wokoderem, aparatem umożliwiającym rozpoznanie po głosie osobnika podejrzanego o brak entuzjazmu dla Stalina. Wybór był prosty: wynaleźć wokoder, wyjść na wolność i dostać mieszkanie w Moskwie albo hamować, nie pomagać tyranii i zejść poza "pierwszy krąg" - do łagru, do piekła.
"Pierwszy krąg" powinien być w Polsce dobrze znany, także dlatego, że jego pierwszy przekład na język obcy wyszedł spod polskiego, znakomitego pióra Jerzego Pomianowskiego i w polskim wydawnictwie - paryskiej Kulturze.
Otóż "Pierwszy krąg" właśnie idzie w rosyjskiej telewizji. Wiadomość nie wzbudziła na Zachodzie większego zainteresowania. Niesłusznie. Jeżeli bowiem rzeczywiście "nikt nie może wiedzieć, jaka będzie jego przyszłość bez spojrzenia we własną przeszłość" (Joyce Carol Oates), to wydaje mi się, że pokazanie "Kręgu" w 10 odcinkach w rosyjskiej telewizji publicznej stanowi wydarzenie - nie tylko telewizyjne czy kulturalne, ale przede wszystkim polityczne.
"Pierwszy krąg" w TV to bowiem nie rozrywka, lecz - być może - ważny epizod w trudnym poszukiwaniu nowej tożsamości rosyjskiej, w tak pokręconym, ale tak ważnym wnoszeniu "spojrzenia w przeszłość" w budowę rosyjskiej przyszłości.
Dylemat to nienowy, obecny w całym dziele Sołżenicyna. No ale co z tego, skoro Rosjanie, zwłaszcza młodzi, już zapomnieli o starym nudziarzu. Szkoda. Przecież "Pierwszy krąg" powieść - a może i film - to fascynujący epizod "Ruskiego nieszczęścia" (tytuł książki Carrere d'Encausse), tej przeszłości, której Rosjanie byli pierwszymi ofiarami, a którą mało albo której zupełnie nie znają. I którą, jeżeli w ogóle, udostępnia im się często w zmanipulowanej wersji (np. pakt Ribbentrop-Mołotow), zależnej od politycznej koniunktury.
Jasne, że "Pierwszy krąg" nieprzypadkowo został dopuszczony do ekranizacji, to bowiem tego nieszczęścia epizod najłagodniejszy ("Archipelag Gułag" ciągle czeka na reżysera). Ale, po pierwsze, to jednak w miarę prawdziwy kawałek przeszłości, który dzięki telewizji puka do rosyjskiej duszy i sumienia. A telewizja to w Rosji jedyny sposób dotarcia do obywateli.
I po drugie, to nadzieja, że "Pierwszy krąg" na ekranie otworzy i utrwali miejsce dla prawdy historycznej w TV. Że uda mu się, choćby częściowo, zapoczątkować proces, który przy wszystkich różnicach i z zachowaniem wszystkich proporcji uruchomił serial "Holocaust" w Niemczech: wnieść prawdę o przeszłości do zbiorowej pamięci Rosjan. Z korzyścią dla Rosjan. I dla nas wszystkich.
PS Mea culpa. Czytelnik znalazł błąd w moim felietonie z 14 lutego. Prezydent Putin nie powiedział, że należy „zabijać Czeczenów jak szczury”, tylko powiedział, że należy „zabijać terrorystów jak szczury”. Zgadza się. Pełen skruchy chciałbym jednak dodać, że:

a) cytat pochodzi z przemówienia, jakie prezydent Putin wygłosił na konferencji FSB (dawne KGB), które, jak wiadomo morduje przeważnie właśnie Czeczenów, czasem terrorystów, a czasem nieterrorystów. Nie wiadomo zresztą, jakich innych terrorystów prezydent traktuje jak szczury. Przecież nie Hamas, którego przedstawicieli zaprosił właśnie na Kreml.

b) Prezydent wzywał FSB do zabijania "szczurów" w kontekście "sytuacji na północnym Kaukazie", gdzie leżą właśnie resztki Czeczenii. Zresztą w tym samym kontekście prezydent Putin użył już kiedyś podobnej metafory, obiecując, że ścigać będzie "aż do latryn" terrorystów właśnie czeczeńskich.

Tak więc coś w rodzaju odruchu Pawłowa sprawiło, że zamiast "terrorystów" napisałem "Czeczenów". Błąd. Z tym że nikogo nie należy "zabijać jak szczury", ani w latrynie, ani gdzie indziej. Nawet jeżeli w istocie właśnie o to prezydentowi chodziło.
14:34, leopold.unger
Link Komentarze (4) »
wtorek, 14 lutego 2006
Po co Rosji Hamas w Moskwie?
Gość w dom, Bóg w dom. Prezydent Putin ma prawo zapraszać do siebie, kogo chce. Także gościa - a z nim Boga - muzułmańskiego. Bez ryzyka wejścia w karykatury. A jednak, parafrazując Churchilla, rzadko kiedy zaproszenie na spotkanie dwóch osób spowodowało większe poruszenie wśród tak licznych obserwatorów w tylu równocześnie miejscach na świecie.
Zaproszenie Hamasu na Kreml ''w trosce o rozwiązanie konfliktu izraelsko-palestyńskiego'', wywołało najrozmaitsze reakcje. Od ''to jest nóż w nasze plecy'' w Izraelu aż po całkowite (!?) zaskoczenie USA, poprzez, co nie jest niespodzianką, dwuznaczną życzliwość Paryża.
Nieufność Zachodu jest zrozumiała. Inicjatywa Putina łamie wspólne stanowisko kwartetu (UE, ONZ, USA i Rosja), który zaledwie kilka dni przedtem wezwał Hamas (ciągle figurujący na europejskiej liście organizacji terrorystycznych) do uznania Izraela i rezygnacji z gwałtu, nie wspominając nawet o żadnym spotkaniu, nieaktualnym bez uwzględnienia tych warunków wstępnych.
Rosji jednak także nie brak argumentów. Z sobie tylko wiadomych powodów Kreml nie uważa Hamasu za organizację terrorystyczną. Podkreśla, że Hamas doszedł do władzy drogą jak najbardziej demokratyczną i że, do czego, jak wiadomo, Kreml jest bardzo przywiązany, ''należy uszanować wolę narodu palestyńskiego''.
W istocie troska Putina o interes Palestyny jest wtórna wobec troski Putina o interesy Rosji. Interes potrójny. Po pierwsze, Putin chce skończyć z nieobecnością Rosji na Bliskim Wschodzie. Wyrzucił ją stamtąd rozpad ZSRR, głównego sponsora i protektora antyizraelskich i antyamerykańskich terrorystów w regionie. Hamas miałby otworzyć przed Moskwą drogę powrotu w te wrażliwe strategicznie okolice.
A nawet znacznie dalej. Po drugie bowiem, sezam petrodolarowy, quasi-monopol gazowy budzą sen o potędze, prowadzą do marzeń o neoimperium. Manewr z Hamasem ma sygnalizować wolę powrotu Rosji do mocarstwowej roli na świecie. Jej poparcie nie ogranicza się tylko do organizacji nawet tak jawnie zbrodniczych jak Hamas, ale rozciąga się na kraje, które Amerykanie chcieliby postawić pod pręgierzem świata. Tak jak w przypadku Uzbekistanu, dokąd Moskwa wróciła zaraz po usunięciu USA z powodu ich protestu po masakrze w Andiżanie, jak w Syrii, która oskarżona o serię morderstw w Libanie uniknęła sankcji dzięki interwencji Rosji, czy w Iranie, który wie, że Rosja gra podwójną grę i że nie pozwoli Radzie Bezpieczeństwa ONZ wyrządzić atomowym ajatollahom z Teheranu najmniejszej krzywdy.
No i, ''last but not least'', chodzi o Czeczenię. Prawdziwy majstersztyk. No bo jeżeli Hamas zjawi się na Kremlu i nie upomni się (a wszak nie po to przyjeżdża) o masakrowanych Czeczenów, swych braci w Koranie, to jakim prawem o Czeczenów upominają się niewierni z Zachodu?! Nie bądźcie bardziej islamistyczni niż islamiści, powie teraz Putin. I będzie miał Czeczenię definitywnie z głowy (o sumieniu nie wspomniawszy).
Dziennik ''Izwestia'' uznał, że prezydent Putin ''gra obecnie rolę głównego gołąbka pokoju na Bliskim Wschodzie". Wzruszające. Warto tylko Hamasowi przypomnieć, że ten "gołąbek'' kilka dni temu rozkazał swoim wojakom ''zabijać Czeczenów jak szczury''. I warto pomyśleć, jak zareagowałby ten ''gołąbek'', gdyby rząd izraelski zaprosił delegację ''szczurów'' do Jerozolimy. W trosce naturalnie o "rozwiązanie konfliktu na rosyjskim Kaukazie"...
10:50, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
środa, 08 lutego 2006
Jak umarła idea olimpijska
Przypadek, powiadają, to cień Boga. Tak daleko nie sięgam, ale coś jest w zbiegu okoliczności, który sprawił, że film Stevena Spielberga "Monachium" o ataku palestyńskich terrorystów na izraelskich sportowców w czasie Igrzysk 1972 roku trafił na ekrany zaledwie kilka dni przed otwarciem zimowej olimpiady 2006.
O filmie Spielberga ciągle jest głośno. Mnie film zupełnie nie przekonał, nie mam ochoty mieszać się do dyskusji, jaka rozdarła świat krytyków na tych, którzy uznali "Monachium" za dobre kino sensacyjne i tych, którzy dojrzeli w nim elementy poważnego przesłania politycznego i humanitarnego. Uważam, że obie strony się mylą, ważniejsze jednak, że "Monachium" to nie całe Monachium.
Podczas bowiem kiedy o filmie napisano tomy we wszystkich językach i wspomina się już o Oscarze, to o monachijskiej olimpiadzie, od której wszak wszystko, łącznie z dziełem Spielberga, się zaczęło, nie mówi się nigdzie, ani w filmie, ani w dyskusji o nim.
A przecież na sprawę zwaną "Monachium" składa się, naturalnie, masakra izraelskich sportowcow, ale olimpiada przecież także. A o niej cisza. Freud się kłania? Możliwe. Albowiem w 1972 roku w Monachium zamordowani zostali nie tylko izraelscy atleci, ale zamordowana została także święta idea olimpijska.
Napisałem to od razu, w 1972 roku, w "Kulturze". Nie ograniczyłem się jednak do nekrologu. Byłem wtedy i jestem dziś, po 35 prawie latach, ciągle przekonany, że zamordowaną w Monachium ideę olimpijską można było, także w Monachium, obronić i uratować. I to dwa razy.
Pierwszy raz, gdyby zaraz po wtargnięciu arabskiego komanda i po wzięciu zakładników cała wioska, wszyscy zawodnicy z arabskimi w pierwszym rzędzie, bez broni, w dresach, z medalami w ręku, otoczyli budynek zajęty przez terrorystów. Napastnicy chyba nie wytrzymaliby presji i za cenę glejtu na wolność oddaliby zakładników żywych. Taki ludzki mur dałby dowód, że idea olimpijska żyje, bo są ludzie gotowi jej bronić. Ale tych ludzi zabrakło. A zabrakło, bo idea była już martwa.
I drugi raz, kiedy Międzynarodowy Komitet Olimpijski mógł, ale nie chciał, natychmiast po masakrze, zamknąć Igrzyska. Tymczasem, jeszcze zanim wyschła żydowska krew, na stadion, gdzie niewiele godzin przedtem odbyła się uroczystość żałobna, wbiegły drużyny Polski i ZSRR, aby rozegrać mecz piłki nożnej (1:0 dla Polski). The show - powiedzieli olimpijscy dygnitarze - must go on.
Wiadomo - od Berlina 1936 (Hitler), poprzez Moskwę 1980 (Afganistan), po Turyn 2006 (ile wojen jest w toku?), Igrzyska nigdy nie potrafiły narzucić światu tego, co się w ich pełnym hipokryzji żargonie określa jako "ideę olimpijską" lub, jeszcze gorzej, jako "pokój olimpijski".
Pod tym względem Monachium stanowi jednak przypadek specjalny. Nigdzie bowiem tak jak w Monachium idea olimpijska nie została tak definitywnie zamordowana i nigdzie nie mogła zostać także tak definitywnie, bo przez samych sportowców, uratowana.
Taki był schyłek pięknej idei. Flaga olimpijska ciągle powiewa, ale kółka na niej są już tylko czerwone. Znicz się pali, ale ogień jest sztuczny. To byłby dobry film. Czeka na swojego Spielberga.
14:33, leopold.unger
Link Komentarze (5) »
środa, 01 lutego 2006
James Bond umiera ze śmiechu
Sprawa czterech brytyjskich dyplomato-szpiegów, którzy jak byle amatorzy dali się złapać przy manipulowaniu aparatem do podsłuchu elektronicznego ukrytym w sztucznym kamieniu gdzieś w parku moskiewskim, byłaby scenariuszem... komedii filmowej, gdyby nie kilka jej możliwych poważnych skutków.
Całość bowiem została - wcale nie po amatorsku - sfilmowana przez FSB i rozpowszechniona nie mniej fachowo przez rosyjską telewizję. Pokazała nie tylko romantyczną scenę w zimowym pejzażu, lecz ujawniła także nazwiska "szpionów", w tym sekretarza ambasady Marka Doe, który starał się zabrać kamień. Aparat bowiem przestał - i to dla Bonda już nie śmiech, ale wstyd! - po prostu funkcjonować.
Z punktu widzenia zawodowego wpadka jest tak ewidentna, a sprawa tak komiczna, że Władimir Putin, były fachowiec średniego szczebla z KGB, uznał, iż należy ją zlekceważyć, a fuszerów potraktować z pogardą. Prezydent Rosji, który tak tęskni do dawnych, dobrych czasów, tym razem odstąpił od tradycji. "Szpiegów chyba nie wyrzucimy, powiedział, bo na ich miejsce przyślą może lepszych" i interes się nie opłaci.
Farsa to jednak tylko jedna strona medalu. Druga jest poważna, daleko od śmiechu. Dżentelmen o nazwisku Marc Doe manipulował bowiem nie tylko zepsutą elektroniką, lecz także, jak twierdzi Putin i jego telewizja, funduszami przeznaczonymi dla rosyjskich organizacji pozarządowych (NGO) takich jak np. Grupa Helsińska. Inaczej mówiąc, FSB i Kreml, które od dawna oskarżają rosyjskie NGO o wrogie knowania finansowane przez służby zagraniczne i przekazywane drogą szpiegowską, to znaczy o działalność na szkodę państwa, teraz przez lekkomyślność agentów Jej Królewskiej Mości otrzymały być może tak upragniony tego dowód.
Likwidacja lub co najmniej poddanie rosyjskich ONG kontroli FSB to dawny i nieukrywany cel manipulacji Kremla. Kreml i jego czekiści są przekonani (ich podejrzliwość jest na granicy paranoi), że to właśnie rozmaite NGO finansowane z zagranicy są u źródła "kolorowych rewolucji" w Gruzji i na Ukrainie, u granic Rosji. Każdy sposób jest więc dobry, aby skompromitować i zdyskredytować w opinii publicznej niezależne organizacje pozarządowe bijące się o poszanowanie praw człowieka w Rosji i stanowiące podstawowy instrument budowy społeczeństwa obywatelskiego, bez której nie będzie prawdziwej demokracji w tym kraju.
W tym kontekście, jeżeli wersja FSB jest prawdziwa, moskiewski skandal stanowiłby ze strony Londynu bardzo szkodliwy błąd. Rządy demokratyczne od dawna pomagają ruchom obrony praw człowieka w krajach, które są całkowicie lub częściowo ich pozbawione. Nie było i nie ma tu żadnej tajemnicy. Pełna jawność pomocy dla NGO, kiedy tylko to jest możliwe, a tak przecież dziś w Rosji jest (polska "Solidarność", coś o tym wiemy, była w innej sytuacji), jest warunkiem ich także jawnej działalności.
Świat demokratyczny nie szczędzi starań ani pieniędzy, aby pomóc organizacjom pozarządowym w zdobywaniu zaufania i wpływu w społeczeństwie w Rosji i nie tylko tam. Jeżeli, powtarzam, scena z parku jest z życia, a nie z filmu, to wsypa angielskich "bondów dla ubogich" te starania co najmniej podważyła, a czekistom ofiarowała łatwy triumf. Elektronika nawet w kamieniu rozumu nie zastąpi.
Kiedy, jak powiadają, dureń wrzuci kamień do studni, to tysiąc uczonych nie potrafi go wyciągnąć. Nawet kamień z Moskwy.
11:11, leopold.unger
Link Komentarze (1) »