RSS
wtorek, 27 lutego 2007
Europa z tarczą czy na tarczy

Wracaj albo jako zwycięzca z tarczą, albo martwy na tarczy. Tak według Plutarcha mówiła spartańska matka, wręczając tarczę synowi idącemu na wojnę. A co mówi matka Europa swoim polskim i czeskim synom, także w sprawie tarczy?

Po pierwsze, nie mówi nic. Amerykańska tarcza, która robi tyle zamieszania w Polsce i w Czechach, ludu Europy nie obchodzi. W kampanii wyborczej we Francji, która gdy popisują się główni kandydaci, ściąga przed telewizję 10 mln widzów, nie padło ani jedno pytanie na temat polityki zagranicznej, z tarczą czy bez tarczy.

Po drugie, znawcy przedmiotu z Europy tarczę, owszem, witają z sympatią. Skromny projekt zainstalowania dziesięciu (może 16) antyrakiet w Polsce i radaru w Czechach mógłby przecież być zaczynem ogólnoeuropejskiego systemu obrony antyrakietowej (Blair już wyraził zainteresowanie). A wszystko, co się może przyczynić do wzmocnienia poczucia bezpieczeństwa - nie tylko, jak brzmi oficjalna teza, ze strony Iranu czy Korei Płn., ale zewsząd - jest przez wszystkie matki, od Sparty po UE, witane z zadowoleniem.

Po trzecie, europejska matka nie podziela nagłego niepokoju matek rosyjskich, i to wcale nie pod wrażeniem lodowatego przemówienia Putina w Monachium. Owszem, powiało chłodem z dawnych czasów, ale przecież Putin nie powiedział tam nic nowego. A rakiety, którymi wymachuje, i tak są, z Kaliningradu czy Białorusi, ciągle wycelowane w Polskę.

Europa jednak uważa, że należy poważnie potraktować zły humor matek w Moskwie. I to mimo że gwałtowna reakcja Kremla na pomysł tarczy jest raczej na pokaz.

W Rosji i w USA idą wybory. W USA nic właściwie nie mają wspólnego z tarczą. W Rosji natomiast tarcza została podniesiona do rangi symbolu, a taka mieszanka w polityce jest zawsze groźna. Putin czuje się zdradzony przez Zachód, to dla niego kwestia dumy i znak porażki: mimo swoich rakiet, zimnowojennej retoryki, miliardów petrodolarów i szantażu wobec zagranicznych konsumentów rosyjskiego gazu nie potrafił ograniczyć samowoli i arogancji USA, powstrzymać marszu NATO ku granicom Rosji. Nie udało mu się, mimo sukcesów na Ukrainie, przywrócić Rosji wpływów w byłym obszarze sowieckim. Putin szokuje decybelami w Monachium, jak Chruszczow pantoflem w ONZ, ale do statutu supermocarstwa współdecydującego o losach świata Rosji daleko.

W istocie Putin wie, że tarcza, nawet europejska, to detal w porównaniu z jego arsenałem. Ale swój naród Putin przekonał, że to ważna sprawa. Inaczej mówiąc, USA popełniły chyba błąd, wdając się nieudolnie (w sensie propagandowym - na pewno) w tarczową awanturę. Putin jednak popełnił nie może, a na pewno błąd polityczny, "dmuchając" w tarczowy balon. Teraz nie wie, jak z tego wybrnąć.

Putin nie będzie prezydentem Rosji, ale szuka takiej czy innej ławki, z której będzie mógł nią nadal rządzić. Waszyngton powinien zrozumieć, że to nie czas na nieostrożne czy nawet lekkomyślne gesty. Putin zaś powinien zrozumieć, że takiej pozycji na świecie, jakiej pragnie dla Rosji, ani krzykiem, ani tym bardziej absurdalną groźbą drugiej zimnej wojny nie zapewni.

14:25, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
środa, 21 lutego 2007
Życie z wyrokiem śmierci

Znam uczucie strachu. Miałem szczęście, bo ominęły mnie i Auschwitz, i gułag, ale potrafię może lepiej niż inni zrozumieć, co to znaczy żyć bez stałego adresu i w niepewności jutra, zostać w ciągu kilku godzin wrzuconym w świat, o którego istnieniu nie miałem pojęcia, w pustkę, w życie, gdzie nie można zaznać spokoju.

Ten epizod nie jest z mojej biografii. To napisał Robert Redeker. Jego byt załamał się długo po tym, gdy dwa XX-wieczne totalitaryzmy wsiąkły w ziemię. Redeker to ofiara trzeciego totalitaryzmu, nowego, z XXI wieku.

Jego życie bez adresu zaczęło się 19 września 2006. Tego dnia Robert Redeker, profesor filozofii, opublikował w "Le Figaro" artykuł pod tytułem "Jakie stanowisko powinien zająć wolny świat w obliczu islamskiego zagrożenia". Redeker pisał, co myślał, i mówi, co pisał. M.in. o Koranie, że to "księga, przeniknięta nienawiścią i gwałtem", o Mahomecie, że to "bezlitosny watażka, rozbójnik, poligamista i morderca Żydów ".

Nazajutrz Redeker został potępiony w arabskiej telewizji al Dżazira, gdzie jakiś mułła od ben Ladena nazwał go bluźniercą, muzułmański internet wezwał do zabójstwa, a groźby wykonania wyroku nie schodziły z ekranu jego komputera. Tak otworzyło się piekło Redekera i jego rodziny. Policja francuska potraktowała groźby poważnie, zmusiła Redekera do opuszczenia domu i częstej zmiany adresu, izolowała go od rodziców, przyjaciół i znajomych, szkoła zawiesiła wykłady.

Redeker postanowił to piekło opisać. Książeczka, niewielka - 120 stron, kronika dni od 17 września do 6 grudnia, nosi tytuł "Trzeba próbować żyć". Jest to dziennik skazanego na śmierć, gehenna zakładników terroryzmu.

"Na ekranie komputera widzę wezwanie do mordu na mnie Nachodzą mnie porażające obrazy zachodnich zakładników o odrąbanych głowach. Czy taki będzie mój los?

W istocie losy Salmana Rushdiego po fatwie Chomeiniego tak bardzo się od wyroku na Redekera nie różniły. Z jednym wyjątkiem - historia Rushdiego to epopeja obrony i jego, i wolności słowa przed fanatyzmem przez właściwie cały świat niemuzułmański. Dziennik Redekera to w mniejszym stopniu obrona wolności słowa, choć był to przecież temat artykułu, od którego się jego męka zaczęła, a przejmujący akt oskarżenia hipokryzji i zdrady klerków w jego własnym środowisku.

Redeker cytuje odważne gesty nielicznych intelektualistów, którzy stanęli u jego boku, ale z tym większą goryczą mówi o hańbie swoich nieobecnych kolegów, a także dwóch ministrów (szkolnictwa i kultury). To przecież oni pierwsi powinni byli stanąć w obronie wolności słowa, ale sparaliżowani strachem okazali się bezradni wobec terrorystów skazujących na milczenie uczonego, który zwyczajnie korzystał z prawa do własnego sądu w kraju, w którym bluźnierstwo od wieków nie stanowi przestępstwa.

Policja uprzedziła Redekera - do końca jego dni będzie musiał żyć z wyrokiem śmierci wydanym przez fanatyków. Samotnie. We Francji. W XXI wieku.

18:12, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
środa, 14 lutego 2007
Proces z innych czasów

"Oskarżony, proszę wstać ". Wstał tłum. Razem z Philippem Valem, redaktorem naczelnym francuskiego pisma satyrycznego "Charlie Hebdo", jedynym obecnym na ławie oskarżonych w paryskim sądzie pod zarzutem rasizmu wysuniętym przez organizacje muzułmańskie po przedrukowaniu rok temu duńskich karykatur Mahometa. Wstało ponad 150 naczelnych rozmaitych pism z ponad 60 krajów, winnych tego samego "przestępstwa".

Wstali słusznie, bowiem w Paryżu w ubiegłym tygodniu nie toczył się proces jednego francuskiego tygodnika i nie o karykatury Mahometa chodziło, ale całej demokratycznej prasy i granice jej wolności.

Pozew od początku nie miał żadnych szans. W kraju Woltera i Diderota, w którym niedawno obchodzono 100-lecie ustawy o rozdziale Kościoła i państwa, gdzie 200 lat temu satyrycy swobodnie drukowali karykatury tak antyreligijne, że dziś wywołałyby one zamieszki i pożary ambasad, o skazaniu za satyrę, także antyreligijną, naturalnie nie mogło być mowy. W demokratycznym państwie świeckim każda religia jest traktowana jak wszystkie inne ideologie i podlega takiej samej analizie, krytyce i satyrze.

Inaczej mówiąc, w procesie paryskim nie chodziło o "rasizm" (zarzut śmieszny w odniesieniu do "Charlie Hebdo", najbardziej w tej akurat sprawie bezkompromisowego pisma we Francji), lecz o próbę narzucenia prasie i nauce cenzury religijnej. Tak jak to było np. z fatwą na Salmana Rushdiego czy na Roberta Redekera, francuskiego profesora filozofii, który źle się wyraził o Koranie.

Co łączy brytyjskiego pisarza Hindusa Rushdiego, francuskiego filozofa Redekera, pisarkę z Bangladeszu Tasrine Nasreen, Włoszkę Orianę Fallaci, dyrektora opery w Berlinie, który wycofał Mozarta ze strachu przed islamistami, i papieża Benedykta XVI? Każdy był w ten spór - w innym naturalnie kontekście - uwikłany, każdy zachował się na swój sposób (papież np. przeprosił), ale wszyscy spotkali się na froncie zagrożenia wolności słowa.

Niektórzy widzą w tym sporze epizod szoku cywilizacji (w czym, jak odważam się niemodnie sądzić, jest sporo prawdy), ale przede wszystkim jest to epizod w starciu wolnej prasy z każdą dyktaturą, także teokratyczną. W obliczu próby narzucenia wolnej prasie zakazu publikacji wizerunku Mahometa (lub innego proroka), a o to chodziło w Paryżu, już samo domniemanie, że drukując karykatury, "Charlie Hebdo" mógł naruszyć granicę wolności prasy, byłoby początkiem kapitulacji wobec jej wrogów i szantażu cenzury, także religijnej.

W państwie demokratycznym jest się najpierw obywatelem, a dopiero potem wierzącym albo niewierzącym. Oczywiście linia między wolnością prasy a jej nadużyciem jest kręta i cienka, może dochodzić - i dochodzi - do czasem wulgarnych poślizgów. Ale zasada, że krytyka religii nie oznacza obrażania wiernych, że granice wolności ustala konstytucja uchwalona demokratycznie przez naród lub jego parlament, a nie jakakolwiek grupa religijna czy niereligijna, jest niepodważalna.

Dlatego do tego procesu nie powinno było w ogóle dojść, a dyskusja, jak się przy tej okazji rozpętała, powinna się toczyć w auli uniwersytetu i na łamach prasy, a nie na sali sądowej.

To był proces z innych czasów. Rodem ze średniowiecza. Dziś jest zbędny i błędny. Dziś już wiadomo, że ludzie nie giną od rysunków ani od nawet najbardziej bolesnych karykatur. Dziś już wiadomo, że ludzie giną od prawdziwych bomb, a nie papierowych.

09:22, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
wtorek, 06 lutego 2007
Dlaczego trzeba być w Davos

Nostalgia, jak głosi tytuł słynnej ongiś książki, już nie taka jak kiedyś. Forum w Davos także nie. "New York Times" w tym roku jest rozczarowany. Kiedyś rozmowy toczyły się za zamkniętymi drzwiami, załatwiano nieraz naprawdę ważne sprawy - tutaj np. grupa oligarchów (Bierezowski i spółka) ukuła w 1996 roku plan ratowania Rosji przed powrotem komunistów. Dziś Davos wydaje się dryfować w stronę targowiska próżności i towarzyskiego show.

Nie przesadzajmy. Zmiana w makijażu Forum nie znaczy, że nieobecni mają rację. Nie mają. W Davos bowiem ciągle chodzi o ważne sprawy i szkoda, że z Polski nikogo ważnego nie było. Pani Anna Fotyga powiedziała, że prezydent chciał przyjechać, ale organizatorzy "nie byli w stanie zorganizować tej wizyty". Dziwne, bo przecież wizytę ponad 2 tys. też ważnych gości z całego świata jakoś zorganizować byli w stanie.

Szkoda, albowiem pozycję międzynarodową wypracowuje się latami, traci się ją zaś bardzo łatwo, jak słusznie powiedział Aleksander Kwaśniewski, który o tę pozycję skutecznie się w Davos starał. Ale Warszawa być może doszła do wniosku, że Davos nie Paryż i nie jest wart mszy. Tylko że skarżyć się na nudę w Davos może "New York Times", Polska takiej okazji lekceważyć nie powinna.

Moskwa np. nie lekceważy. Odwrotnie. Organizatorzy "byli w stanie" i ponad 50-osobowa drużyna pod dowództwem dwóch Medwiediewów - Dymitra, wicepremiera (i domniemanego spadkobiercy Putina), i Aleksandra, wiceszefa Gazpromu - szturmem wzięła Alpy w bardzo konkretnym celu: naprawić nadwątlony na Zachodzie image Rosji i jej prezydenta.

Moskwa ma konto naprawdę obciążone. W rachunku wiarygodności jako partner w interesach właściwie nie ma "ma", a ma tylko "winien". Szantaż gazowy wobec Ukrainy, Białorusi czy Gruzji z rykoszetem na dostawy dla Europy; przykryty uśmiechem niewinności pomysł Putina utworzenia gazowego OPEC-u (z Iranem, Algerią, Katarem etc), gangsterskie metody przejmowania swoich (Chodorkowski) i zachodnich (Shell czy BP) udziałów w inwestycjach energetycznych w samej Rosji.

Jest co odrabiać. Operacja potrwa, ale pierwsze wyniki widoczne były od razu na miejscu. Prezes Coca-Coli np. westchnął, że "świat nie rozumie, jak bardzo Rosja się zmieniła i jak bardzo warto jej pomóc pójść w prawidłowym kierunku".

Putinowi o taki efekt właśnie chodzi. To on przecież jest autorem strategii ofensywnego PR w skali globu. Kilka zachodnich biur reklamy już nad tym pracuje. Za nowym wizerunkiem czai się czek na 50 mld dol. do wstrzyknięcia w ewentualne rosyjskie inwestycje na Zachodzie.

Nawet jeżeli poszukiwanie nowego dziewictwa poprzez szwajcarskie egzorcyzmy nie usunęło na razie większych zmarszczek z obrazu Rosji, to sama operacja jest godna oklasków. Putin ujawnił właśnie, gdzie szuka natchnienia: w lekturze Omara Kayyana, poety perskiego z XI wieku, i u Koni, słynnego już prezydenckiego psa rasy labrador. Dlaczego Kayyan - nie wiem. Dlaczego Koni - wiem: bo to rasa inteligentna i posłuszna. Nie jest to wyznanie wyjątkowo pochlebne dla ludzkich doradców Putina. Ale wydaje się skuteczne. Warto się zastanowić: zwierzęta, nie tylko psy, nieraz już wpisywały się w historię.

15:48, leopold.unger
Link Komentarze (4) »