RSS
środa, 27 lutego 2008
Mój Fidel

Breżniew był akurat w Bonn. Niemcy wiedzieli, że lubi samochody, i ofiarowali mu mercedesa. Na krótko, bo zniedołężniały gensek natychmiast go rozbił.

Widok szefa wielkiego mocarstwa niezdolnego do samodzielnego powstania z fotela skłonił mnie wtedy do sformułowania "paradygmatu Ungera": przywódcy polityczni powinni pokazywać się narodowi albo w pełnej formie, albo w trumnie, ale nigdy w stanie przejściowym.

Od prawie dwóch lat oglądamy Fidela Castro w stanie przejściowym. To wielka krzywda i niesprawiedliwość. Zamiast człowieka, który przeżył, jak obliczył, 637 zamachów na swoje życie, który był natchnieniem i złudzeniem wszystkich wyklętych ludów ziemi, zamiast trybuna, który prawiąc płaskie banały, potrafił godzinami w tropikalnym słońcu utrzymać w napięciu setki tysięcy ludzi, oglądamy budzącego litość starca z trudem poruszającego się w okropnym sportowym dresie. Słuchamy ledwo zrozumiałych słów z trudem wychodzących z ust nieuleczalnie chorego człowieka.

Dosyć. Nie ma zgody na to przedstawienie. Jestem jednym z niewielu już (to przywilej wieku) dziennikarzy, którzy na własne oczy widzieli i pamiętają Fidela w jego najbardziej dramatycznej roli. Był październik 1962 roku. Był kryzys rakietowy sowiecko-amerykański, kulminacyjny punkt zimnej wojny.

I był moment, kiedy cały świat dowiedział się, że Chruszczow skapitulował wobec ultimatum Kennedy'go, nie uprzedzając Fidela, przywódcy państwa, który instalując na Kubie sowieckie rakiety sięgające USA, podjął w imię solidarności z ZSRR ryzyko, w razie ewentualnej riposty amerykańskiej, zagłady swego kraju i narodu.

Znałem Fidela. Pełen fantazji i humoru, silny, potężny, zaskakujący, nawiedzający czasem o świcie mieszkania korespondentów zagranicznych, bywalec barów, miłośnik cygar, rumu i kobiet, a także spontaniczny, gwałtowny, czasem wulgarny, bezwzględny polityk, bezlitosny nawet dla swych najbliższych przyjaciół, nieodpowiedzialny wizjoner, awanturnik żonglujący bez wahania losem ludzi i kraju.

To ten Fidel mówił w ów feralny wieczór październikowy o zdradzie ZSRR i o Chruszczowie: - Ten sk..., bękart, dziura w d...! Ten zbuntowany Fidel był także wielki na przyjęciu w ambasadzie ZSRR, kiedy wstał i z kielichem w ręku wzniósł toast za odjeżdżających wojskowych sowieckich, którzy "wraz z nami gotowi byli poświęcić życie w obronie Kuby".

Wtedy poznałem nowego Fidela. Zdradzony kochanek, złamany marzyciel, rewolucjonista gotów poświęcić siebie i swój kraj, który nagle zrozumiał, że nikt, a na pewno nie Związek Sowiecki, nie był gotów umierać za Kubę.

Że jego kraj był marionetką w cynicznej grze Moskwy. I że musiał się zgodzić na status satelity, bo Kuba nie miała innego sponsora niż Moskwa, jako jedyna gotowa pokryć koszty kryzysu.

Widziałem Fidela pijącego kielich goryczy. Ale nawet w klęsce i upokorzeniu ten drugi Fidel był na swój sposób wielki. Był jak ciężko ranny lew. I było coś patetycznego w widoku tego utopisty nagle wrzuconego w świat real-polityki, złamanego, kapitulującego wobec racji stanu, bezradnego proroka.

- Historia mnie usprawiedliwi! - wołał Fidel na swoim procesie po buncie przeciw dyktaturze Batisty. Ale historia z niego zakpiła. Od 1962 r. Fidel był już tylko upartym tyranem rujnującym kraj i jego mieszkańców, więźniów absurdalnej ideologii. Nie był legendą, był anachronizmem.
14:26, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 lutego 2008
Do kogo ma dzwonić Kissinger?

Dawno temu, kiedy nad zagraniczną polityką USA panował Henry Kissinger, bezskutecznie pytał, pod jaki numer ma zatelefonować, aby móc porozumieć się z kimś, kto mógłby, tak jak on w imieniu Ameryki, podejmować zobowiązania w imieniu Europy. Dziś Kissinger rządzi już tylko swoim biurem, prowadząc najdroższe na świecie porady konsultingowe, ale ciągle nie miałby właściwie do kogo dzwonić. Europejskiego Kissingera ciągle nie ma...

Ale może będzie, i to jeszcze w tym roku. Nowy traktat europejski ma po ratyfikacji przez 27 państw członkowskich powołać do życia urząd Prezydenta Unii Europejskiej. To brzmi poważnie, to nie byle przewodniczący Rady Europejskiej spadający z fotela co sześć miesięcy, to szef zespołu prawie 500 mln obywateli i konsumentów, czyli więcej niż w USA, z mandatem na 2,5 roku, odnawialnym, czyli praktycznie na lat pięć. I z telefonem, pod który Kissinger mógłby dzwonić, gdyby uzyskał właściwy numer.

Powinien to więc być polityk z charyzmą, o dużym doświadczeniu i wysokich kwalifikacjach, moralnie niepodejrzany, najlepiej rodzinny z legalnymi dziećmi, ze znajomością języków, oraz - to nie szkodzi - sympatyczny i przystojny.

Miałem dwóch kandydatów. Pierwszy odpadł od razu - za stary. Drugi, Tony Blair, wydał mi się nie do pobicia. Odpowiada wszak rysopisowi idealnego szefa Europy. No i się pomyliłem. Pospolite ruszenie antyblairowskie sprawiło, że z mojej listy pro-Blair zostały strzępy.

Nie będzie, powiada litania, perfidny Albion pluł nam w twarz. Jak mógłby prezydent Unii Europejskiej pochodzić z państwa, które późno i z trudem włączyło się w Europę (a de Gaulle nas przestrzegał), gardzi naszym euro, odmówiło wejścia do strefy Schengen, wyłączyło się (tak jak Polska) ze zobowiązań Karty Praw Podstawowych, jest koniem trojańskim (też jak Polska, ale większym) Stanów Zjednoczonych na Starym Kontynencie, jest głównym, a właściwie jedynym, liczącym się sojusznikiem USA w wojnie w Iraku, której Europejczycy bardzo nie lubią.

On sam ponadto niczym się nie wykazał jako specjalny przedstawiciel do spraw Bliskiego Wschodu. No i jest z jednego z tych wielkich krajów Unii, które stale dążą do hegemonii i dominacji nad małymi i średnimi. Blair jak Churchill zawsze wybierze przestwór oceanu ze szkodą dla kontynentu. Taki ktoś nie gwarantuje skutecznej obrony naszych interesów. Howgh, jak mawiał Winnetou.

Litania brzmi poważnie. Jeżeli jednak ja także już jestem przeciw Blairowi, to z zupełnie innego powodu. Czytam depeszę BBC: "Były premier Tony Blair będzie zarabiać 5 mln dolarów rocznie jako doradca banku JP Morgan do spraw globalizacji".

Jeżeli ktoś obarczony liczną rodziną rezygnuje z 5 mln dolarów rocznie po to, by dyrygować ogromną, nawet w skali kontynentu, maszyną biurokratyczną, to albo-albo.

Albo uważa, że 5 mln dolarów to mało, i jest przekonany, że prezydentura Europy, opłacana z moich podatków, przyniesie mu więcej.

Albo jest tak zaślepiony żądzą władzy, że miliony Morgana nie są w stanie go zatrzymać. W obu hipotezach na prezydenta Europy się nie nadaje. Ekspert BBC pokreśla, że 5 mln dolarów to wcale nie jest dużo dla kogoś, kto może nawet w nocy zatelefonować do każdego z możnych tego świata. Do Kissingera także, choć już może nie warto.
13:27, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 lutego 2008
Olimpijski knebel

Bez wielkiego szumu brukselski dziennik "Le Soir" doniósł, że nie dla wszystkich i nie wszędzie olimpijski znicz to tylko sztuczny, zimny ogień. Okazuje się, że Belgijski Komitet Olimpijski potraktował poważnie ideę sportu i dał prawo swoim reprezentantom na olimpiadę w Pekinie do wypowiedzi na każdy temat, w tym także na bardzo przez gospodarzy nielubiany temat, najogólniej biorąc, praw człowieka.

Oczywiście pod określonymi warunkami. Wymagany jest pełny szacunek - to wymóg nałożony przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski, którego prezesem jest Belg Jacques Rogge - dla zasady apolityczności igrzysk. Wypowiedzi na tematy ze sportem wprost niezwiązane formułowane mogą być tylko we własnym imieniu i poza terenem igrzysk.

Tematów nie trzeba długo szukać. Wystarczy zapytać o dysydentów. Wielu będzie oglądać igrzyska zza krat więziennych. Np. pan Hu Zia, lat 34, który posługiwał się internetem, by informować o gwałceniu przez władze chińskie wolnego słowa. 27 grudnia Hu został aresztowany, a jego żona i córeczka znalazły się w areszcie domowym. Bez internetu.

Dziecko ma dwa miesiące i jest na pewno najmłodszym więźniem politycznym w Chinach. Blok, w którym mieszka pan Hu, nazywa się Bo Bo Miasto Wolności.

Albo motto igrzysk - "Jeden świat, jedno marzenie". Bardzo ładne, ale nietrafne, cały świat nie marzy bowiem o tym samym. Część świata marzy o tym, aby Pekin, który kupuje od Sudanu dwie trzecie naftowej produkcji, przestał z wdzięczności uzbrajać rząd w Chartumie i islamskie milicje, morderców blisko pół miliona bezbronnych w Darfurze, przestał blokować wszelką próbę nałożenia sankcji na to państwo gangsterów, przestał finansować pierwsze ludobójstwo XXI wieku.

Mało kto rzuca nierealne hasło bojkotu olimpiady, ale Chiny z Sudanem w tle narzuciły wizję igrzysk nowego typu. Miała być olimpiada sukcesu, zwiastująca wyjście Państwa Środka z biedy i upokorzenia, a kursuje hasło olimpiady ludobójstwa.

To tylko dwa (są setki), ale ważne przykłady tego, o czym belgijscy sportowcy będą mogli rozmawiać w Pekinie, jeżeli zechcą z danej im szansy wolnego słowa w sercu dyktatury skorzystać. Jeżeli zechcą i jeżeli będą mogli.

Z jednej bowiem strony belgijska decyzja odkneblowania sportowców stanowi precedens, na który sportowe i polityczne potęgi, np. Wielka Brytania, się nie zdobyły. Wprost przeciwnie, należy liczyć się z naciskami, by Belgowie nie zawracali głowy i nie psuli nam święta.

Z drugiej strony decyzja belgijskiego Komitetu Olimpijskiego jest godna podziwu, ale policja chińska podziwiać jej nie będzie. Tak jak Pekin nie przestał, wbrew przedolimpijskim obietnicom, prześladować dysydentów, tak uczyni wszystko, by zakneblować belgijskich sportowców, a może i ich kolegów, gdyby pod innymi sztandarami znaleźli się równie odważni ich naśladowcy.

Tylko z językiem nie powinno być kłopotów. Chińczycy związani z organizacją igrzysk zostali zmuszeni specjalnym ukazem do nauki podstaw angielskiego. Pomysł dobry, ale ryzykowny. Amerykański reporter znalazł w hotelu wywieszkę: "Please take advantage of the chambermaids", co może znaczyć: "Skorzystaj z pokojówki". Co z kneblem nie ma nic wspólnego.
12:18, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »