RSS
wtorek, 24 lutego 2009
Topór Einsteina
"Postęp techniczny to topór w ręku psychopaty". To powiedział fachowiec. Nazywał się Albert Einstein. Przesada? Wcale nie, Einstein był naprawdę zaniepokojony. Mamy taką planetę, jaką mamy, niewielką, ale innej na razie nie będzie. Jest pełna zagrożeń, ze wszystkich stron. I na to też nie mamy rady.

Postęp techniczny sprawił, że życie na naszej planecie staje się łatwiejsze, ale i bardziej ryzykowne. Toporu zatrzymać się nie da. A ponieważ ryzyko zero, jak wiadomo, nie istnieje, to warto spytać, jakie istnieje. Pytanie tak ważne, że trzeba było powołać nową gałąź nauki.

Nazywa się ta gałąź dziwnie - kindyka. To termin, który pochodzi od starogreckiego "kindunos" (niebezpieczeństwo). Wymyślili go Francuzi na Sorbonie w 1987 r., lansując w ten sposób naukę o zagrożeniu, czyli badanie ryzyka.

Dwa wyjątkowo ryzykowne rendez-vous skłoniły mnie do szukania odsieczy w "kindunos". Pierwsze to zderzenie dwóch satelitów telekomunikacyjnych na orbicie okołoziemskiej. Był to od początku ery kosmicznej najpoważniejszy tego rodzaju przypadek. Do zderzenia doszło nad Syberią, na wysokości 805 km. Spotkały się, nieco brutalnie, bo nic z nich nie zostało, amerykański komercyjny satelita Iridium wystrzelony w 1997 r. i rosyjski satelita wprowadzony na orbitę cztery lata wcześniej. Iridium ważył 560 kg, a rosyjski satelita prawie tonę. Drobiazg, można powiedzieć.

Co na to "kindunos"? Bada. Z tej randki na wysokiej półce powstały bowiem dwie duże chmury odłamków, nie wiadomo jednak, jak licznych i jak wielkich. Eksperci nie wiedzą jeszcze, co z tego dla nas wynika. Czy tak miałby wyglądać "topór Einsteina"? I co by z tego wyszło u szczytu zimnej wojny

Przypadek, ten niezawodny kumpel dziennikarzy, sprawił, że do drugiego "oko w oko" doszło wprost przeciwnie niż w kosmosie, bo pod wodą. Prasa mianowicie ujawniła, że na początku lutego na Atlantyku zderzyły się nie satelity, ale okręty podwodne Wlk. Brytanii i Francji, oba o napędzie atomowym - HMS "Vanguard" i "Le Triomphant".

Obie jednostki o tak dumnych nazwach zostały uszkodzone w trakcie kolizji, ale odpukać, nie doszło do awarii reaktorów ani, znowu odpukać, do wycieku paliwa jądrowego. Oba mastodonty to jednostki najnowszej generacji wyposażone we wszystko, co technologia wymyśliła. Poza, jak widać, antidotum na ich ślepotę, w tym wypadku głuchotę. Zderzenie pod wodą zostało określone jako "krótki kontakt". Topór krótki, ale nuklearny.

Co na to kindyka? Przypomina, że "Challenger" i "Columbia", concorde i "Kursk" to były katastrofy i że najnowsze dwie przygody, w kosmosie i pod wodą, katastrofą na szczęście nie są, ale mogły być. I że są przestrogą.

Że żyjąc, podejmujemy ryzyko codziennie. I że ludzkość nie powinna bać się postępu nauki, bać się powinna ludzkich błędów, lekkomyślności i braku poczucia odpowiedzialności za użytek, jaki z niej robi. Wiadomo przecież, że technika i nauka mogą służyć i dobru, i złu i że bywają sytuacje, kiedy nie podejmując ryzyka, ryzykujemy znacznie więcej.

Chiński filozof Lao Tse żył i nauczał między rokiem 570 i 490 p.n.e. Jego formuła pasuje do naszych czasów. - Ten, kto wynalazł okręt - powiedział Lao - wynalazł także rozbitków.
19:14, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 09 lutego 2009
Ratując niemiecką duszę
 Obaj Niemcy mają już swoje miejsce w historii. Ale obaj także właśnie teraz, choć tak różni, równocześnie wrócili do aktualności. Stauffenberg - na ekrany kinowe. Hosenfeld - na mur w Yad Vashem w Jerozolimie.
"Kiedy za długo słucham Wagnera, nabieram ochoty, by napaść na Polskę". To powiedzenie należy do Woody'ego Allena, ale dzięki niemu można lepiej zrozumieć dlaczego film o nieudanym zamachu na Hitlera nosi tytuł "Walkiria".
Pióra samego Wagnera, tytułowe "Walkirie" z jego poematów opartych na mitologii nordyckiej, to zbrojne dziewice zwiastujące śmierć bojownikom i odprowadzające poległych bohaterów do Walhalli.
"Walkiria" to nie pierwszy film o zamachu na Hitlera. Nic dziwnego, trudno o bardziej epicki epizod niemieckiej II wojny światowej. Ciężko ranny w Afryce płk Claus Schenk von Stauffenberg wraca do Rzeszy i kieruje spiskiem, przygotowuje "Operację Walkiria" i przekonany o beznadziejnej sytuacji Rzeszy dokonuje zamachu, by wstrzymać niepotrzebny już przelew krwi.
Zamach się nie uda i zamiast Hitlera Walkirie zaprowadzą do Walhalli Stauffenberga i spiskowców. Kino lubi takie historie, wkracza więc Hollywood i dobry thriller z Tomem Cruise'em pokazuje inne Niemcy niż Hitlera. I posłuszny Wehrmacht, gotowy likwidować SS i obalić nazizm.
Przypadek, który, jak wiadomo, tylko czeka na okazję, przypomniał prawie w tym samym momencie los innego niemieckiego oficera z tego samego Wehrmachtu. Nie pułkownik, lecz kapitan, nie szlachcic, ale syn nauczyciela Wilm Hosenfeld w Polsce i na świecie znany jest z biografii polskiego muzyka Władysława Szpilmana, a jeszcze lepiej z oskarowego filmu "Pianista". Hosenfeld odkrył Szpilmana ukrywającego się w ruinach spalonej Warszawy i uratował mu życie.
Obaj Niemcy mają już swoje miejsce w historii. Ale obaj także właśnie teraz, choć tak różni, równocześnie wrócili do aktualności. Stauffenberg - na ekrany kinowe. Hosenfeld - na mur w Yad Vashem w Jerozolimie, który, z ociąganiem i opóźnieniem (m.in. pod wpływem zastrzeżeń polskiej prawicy), wniósł jednak jego nazwisko na listę Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.
Jeżeli się nie mylę, to Hosenfeld jest jednym z dwóch tylko (wraz majorem Karlem Plaggem, który ratował Żydów na Litwie) oficerów Wehrmachtu wśród 25 tys. nazwisk na liście Yad Vashem.
Dwóch oficerów niemieckich, dwóch niewątpliwych niemieckich bohaterów, choć każdy w innym rejestrze i w innej skali, obaj uprowadzeni do Walhalli nie przez Walkirię, tylko przez największych europejskich zbrodniarzy. Stauffenberg rozstrzelany przez Hitlera, Hosenfeld zamęczony przez Stalina w gułagu.
Jedna wielka rzecz ich różni. Motywacja. Stauffenberg wierzył w wyższość rasy germańskiej, chciał Rzeszy z Austrią i Sudetami, nie oburzał go los Żydów, choć był przeciwny ich fizycznemu niszczeniu, a, jak informuje "Le Monde", o Polakach mówił, że "dobrze się czują tylko pod knutem".
Czyli, jak mówi Hannah Arendt, nie działał pod wpływem moralnego oburzenia, lecz chciał w ostatniej chwili ratować przed całkowitym zniszczeniem resztki niemieckiej armii i ojczyzny. Hosenfeld natomiast pomógł polskiemu Żydowi, albowiem w równie beznadziejnej sytuacji wojska i Rzeszy nie ratował nazistowskiej Walhalli, lecz już tylko resztki niemieckiej duszy.
21:15, leopold.unger
Link Komentarze (1) »