RSS
wtorek, 30 listopada 2004
Nadzieja przez duże N
Jest spisek. Zdemaskowany tradycyjnie w Rosji. Car i jego Ochrana, matka KGB, odkryli sto lat temu spisek żydowski - "Protokoły mędrców Syjonu" i diabelski plan zniszczenia cywilizacji, z rosyjsko-prawosławną na czele. Stalin ujawnił "spisek trucicieli w białych kitlach" (lekarzy, którzy zamierzali wymordować lokatorów Kremla). Teraz - znowu w Rosji - ujawniony został inny spisek, w innej skali, już nie żydowski ani rosyjski, ale polski.
Zdemaskował go rosyjski politolog Siergiej Markow. Ceniony fachowiec, politolog Markow był głównym rosyjskim socjotechnikiem wysłanym na Ukrainę z odsieczą dla kandydata Janukowycza.
Ceniony niesłusznie, jako że uparcie głosił, iż jego klient ma zwycięstwo w kieszeni. Kiedy kieszeń okazała się częściowo pusta i do tego fałszywa, odkrył, że to spisek i wymysł polskich propagandzistów i że kampania wyborcza Juszczenki "została opracowana przez polską diasporę, a jej ojcem ideologicznym jest Zbigniew Brzeziński i jego dwaj synowie", którzy ściągnęli na Ukrainę i Wałęsę, i Kwaśniewskiego.
Skromną, ograniczoną tylko do Polski spiskową hipotezę Markowa rozwinął doradca prezydenta Rosji w zakresie stosunków z Unią Europejską Siergiej Jastrzembski. Doradca, też ceniony, o manipulowanie ukraińską opinią publiczną oskarżył już nie jedną dynastię, ale gremialnie "pewne siły na Zachodzie". Jakie to siły, nie precyzuje, ale jego fachowa analiza podobieństw między wydarzeniami na Ukrainie a rolą "Solidarności" w Polsce oraz aluzja do tych samych "marionetek i podobnych scenariuszy", wskazuje wyraźnie na polskie jądro spisku.
Dyskretny brak precyzji doradcy nadrobił gość Putina - prezydent Wenezueli Hugo Chavez, znany demokrata i przyjaciel Fidela Castro. Chavez poszedł dalej, rozszerzył spisek. - Nie ma - mówił - cienia wątpliwości, że wydarzenia na Ukrainie to ingerencja USA, które, wiadomo, ingerowałyby, "nawet gdyby wybory odbywały się na Marsie lub Księżycu".
Brawo. W kosmos nawet macki mędrców Syjonu nie sięgały. Ten kosmiczny spisek ma jednak pewne luki. Żaden z wymienionych demaskatorów nie wziął mianowicie pod uwagę potrójnego faktu.
Że, po pierwsze, tak jak w Polsce w 1980 r. (pod tym względem analogia jest prawidłowa) na Ukrainie narodził się spontaniczny ruch masowy, że gwałtownie (ale bez gwałtu) obudził się głód wolności, niepodległości i poczucia godności narodowej, że jest mobilizacja dużego narodu albo wielkiej jego części przeciw oszukującej, skorumpowanej i pogardzanej władzy, że chodzi o nadzieję przez duże N.
Że, po drugie, taki ruch może, i słusznie, szukać otuchy w wizji zachodniej wolności i prosperity lub w wydarzeniach, które przyniosły przełom np. w sąsiedniej Polsce, dla której Ukraina, tak jak dla Rosji, stanowi bliską zagranicę i która w sojuszu z Ukrainą chce znowu tak jak Rosja umocnić swoje miejsce na świecie.
I, po trzecie, że bez Ukraińców żadna ingerencja z zewnątrz - z Polski, Ameryki czy z Księżyca - nie potrafiłaby zamienić mroźnych i zaśnieżonych ulic Kijowa w morze nocą i dniem falującego entuzjastycznego tłumu.
Ale uwaga, do ingerencji z zewnątrz w podobnych sytuacjach - czasem gwałtem i krwią, czasem różnego typu szantażem - już dochodziło. Nigdy one w historycznej skali się nie opłaciły. W historii Rosji nie brak przykładów takich ingerencji. Może wystarczy?
12:54, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 29 listopada 2004
Trzecie wybory Putina
"Najjaśniejszy Panie, to nie bunt - to rewolucja", tak książę de Rochefoucauld wyjaśnił Ludwikowi XVI, o co chodziło Francuzom szturmującym Bastylię. Nie wiem, kto odegrał rolę Rochefoucaulda przy Putinie, ale ktoś musiał, bo prezydent Rosji do dziś nie rozumiał, o co Ukraińcom chodzi.
Putin startował już w trzech wyborach prezydenckich. Dwa razy w Rosji, raz na Ukrainie. W Rosji niczego fałszować nie musiał; na Ukrainie swoim nazwiskiem firmował zwyczajne draństwo.
Stawka, to prawda, była ogromna. Dla Kuczmy zwycięstwo Juszczenki oznacza śledztwo w sprawie korupcji, eliminacji przeciwników, fiaska reform. Putin też nie chciał przegrać. Bez Ukrainy jego projekt strefy gospodarczej zamiast umierającej Wspólnoty Niepodległych Państw legalizującej dominację Rosji jako mocarstwa regionalnego między Europą i Azją nie miałby ani szans, ani sensu.
Rosja ma na Ukrainie zrozumiałe interesy. Ale Putin przesadził. Przyzwyczajony do rosyjskiej apatii nie docenił siły i skali przywiązania Ukraińców do ich młodej demokracji i do odzyskanej godności narodowej. Putin jawi się teraz Ukraińcom jako obcy polityk, który pomógł uzurpatorowi ukraść ich zwycięstwo, który "sponsorował" największe od końca komunizmu szalbierstwo wyborcze w Europie, który potraktował Ukraińców jak wasali, a Ukrainę jak rosyjską prowincję. Praktykując kleptomanię wyborczą zamiast dyplomacji, Putin stracił możliwość wiarygodnego oddziaływania na myślenie i działanie Ukraińców.
Z punktu widzenia Zachodu jest równie źle albo gorzej. Putin niebezpiecznie zbliżył Ukrainę do modelu Gruzji Szewardnadzego, z tą różnicą, że tam nie było państwa, a na Ukrainie jest i dysponuje ono wojskiem i policją. Przyczynił się w ten sposób do wytworzenia na Ukrainie, na bardzo wrażliwym styku Europy i Rosji, stanu wysokiego napięcia, grożącego wybuchem, którego drgania zawrócą nas (do czasu, no bo w końcu wygra Realpolitik do nastrojów duchem z zimnej wojny.
Jakkolwiek się potoczą wydarzenia, impas i ukraiński cień nad Europą w ogóle, a konieczność wstydliwego wycofania się z "przedwczesnych" gratulacji dla Janukowycza w szczególności (Putin "znał" wyniki) oznaczają osobistą prestiżową klęskę prezydenta Rosji. A jego zaskakująco fatalne odczytanie stosunku sił i nastrojów na Ukrainie - poważny uszczerbek na jego politycznym autorytecie. Nie tylko na Ukrainie.
15:43, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
Plotka o otruciu Arafata zatruwa przyszłość Izraela i Palestyny
Plotka to najstarszy i najszybszy sposób przekazywania informacji. Posługiwały się nią wszystkie ustroje i wszystkie systemy propagandy. Do jej antologii można dziś dodać "otrucie Arafata".
Plotka? To zależy dla kogo. Wystarczy jeden przykład. Pani Lejla Szahid, "ambasador" Palestyny w Paryżu, od razu wskazała na Izrael. "Jest wysoce prawdopodobne, powiedziała, że prezydent Arafat został otruty. To głębokie i logiczne przekonanie, które pozostanie na zawsze związane z legendą Arafata".
No i plotka poszła w świat arabski. Ta sama ulica muzułmańska, która była i jest przeświadczona, że atak na Manhattan był dziełem Mossadu, teraz przestała mieć jakiekolwiek wątpliwości, jeżeli założyć, że przedtem miała, co do śmierci Arafata.
Komu jest potrzebna ta ewidentna polityczna manipulacja, skoro, jak już wszyscy rozsądni analitycy napisali, Izrael nie miał najmniejszego interesu, aby się Arafata teraz akurat, i to gwałtem pozbywać?
Plotka możliwa była z dwóch powodów. Po pierwsze, dlatego że, od czasów rzymskich, poprzez zwłaszcza renesans, trucizna była bardzo popularnym sposobem pozbywania się wrogów czy rywali nawet, a może przede wszystkim, w wysokich, królewskich czy papieskich (Borgia) rodzinach. Przetrwała do naszych czasów, jest w arsenale rozmaitych służb specjalnych (także izraelskich), wystarczy przypomnieć (nieudane) otrucie przez Mossad jednego z przywódców Hamasu w Jordanii czy osławiony "parasol bułgarski", od którego zginął emigracyjny dziennikarz w Londynie.
Ale przede wszystkim chodzi o, jak to nazwała pani Szahid, "legendę Arafata". Jasne. Bohater rewolucji palestyńskiej Jaser Arafat nie mógł jak zwyczajny śmiertelnik umrzeć w łóżku. Musiał umrzeć w boju, w tym wypadku paść z zatrutej ręki izraelskiego skrytobójcy. Inaczej przecież byłoby dużo nekrologów, ale mało legendy.
A ponadto Arafat otruty przez Mossad to skuteczny i trwały sposób storpedowania ewentualnej próby podjęcia przez nowe kierownictwo Palestyny prawdziwych rozmów o dalekim, acz nieuniknionym kiedyś pokoju z Izraelem. Z trucicielami wszak rozmawiać nie należy. Do trucicieli, nieprawdaż, należy strzelać.
Plotka o truciźnie jest więc wrogiem pokoju, diabolizuje (na ile jeszcze to jest możliwe) Izrael, sieje zamieszanie wśród Palestyńczyków, zatruwa dialog na Bliskim Wschodzie, prowokuje konflikty między muzułmanami a Żydami, także w diasporze.
No to co robić? Jak to co? Powiedzieć prawdę! Pani Suha (wdowa) Arafat weszła już w posiadanie diagnozy. Ale, sądząc z jej "mataczenia" w czasie agonii męża, na nią liczyć nie należy. Bratanek Arafata też zna "teczkę" i twierdzi, że nie ma diagnozy i trucizny wykluczyć nie można. Dlatego do akcji powinien wkroczyć rząd francuski. Tylko on, ogłaszając prawdę o przyczynach śmierci Arafata, może zdusić plotkę u jej źródła i zneutralizować, na ile to jeszcze możliwe, jej fatalne skutki.
Milczenie rządu francuskiego spowodowane jest ustawodawstwem o tajemnicy lekarskiej dostępnej tylko rodzinie. Paryż w zasadzie ma rację. Ale tylko w zasadzie. Kiedy bowiem zasada i legalizm biorą w niewolę przyszłość dwóch co najmniej narodów i pokój w ważnym regionie świata, wtedy stają się hipokryzją i tracą rację bytu.
Plotka o otruciu Napoleona przez Brytyjczyków żyje już prawie 200 lat. Ta o otruciu Arafata może mieć równie długie życie. I znacznie gorsze skutki.
11:52, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
piątek, 19 listopada 2004
Choroby stanu - od Lenina i Stalina poprzez Franco do Arafata
Kiedyś, dawno temu, po kilku kolejnych zgonach lokatorów Kremla na skutek "lekkiego przeziębienia", brukselski "Le Soir" sformułował prawo, zgodnie z którym "przywódcy sowieccy mogą pokazywać się albo w pełnym zdrowiu, albo całkiem martwi, ale nigdy w stanie przejściowym". Tragifarsa, na którą złożyły się komunikaty z okresu agonii Arafata, potwierdziła ten aksjomat.
Jasne, ustroje demokratyczne mają także swoje "kłamstwa lekarskie". Ronald Reagan cierpiał na alzheimera na długo przed końcem drugiego mandatu. Georges Pompidou ukrywał oficjalnie białaczkę aż do śmierci, a François Mitterrand nie mówił o raku prostaty przez 11 lat sprawowania władzy. No, ale wiadomo, w demokracji choroba przywódcy może, ale nie musi być tajemnicą stanu, jest raczej kwestią moralną, procedura sukcesji "w razie czego" jest konstytucyjnie uregulowana, nie ma ryzyka groźnej próżni politycznej.
Dyktatury to coś zupełnie innego. Wyłączając specjalny przypadek Watykanu, Papież wszak nie może ustąpić, to Związek Sowiecki był w tej dziedzinie niedoścignionym wzorem. Tam "kłamstwo lekarskie" było, nawet za cenę śmieszności, absolutną regułą. Lenin, przez lata sparaliżowany, odcięty od świata, formalnie jednak pozostawał u władzy (z czego skorzystał Stalin, przechwytując tzw. testament Lenina, mający zagrodzić Gruzinowi drogę na Kreml). Stalin, Andropow, Breżniew oficjalnie umierali jeszcze jakiś czas po swej śmierci. Portugalski dyktator Salazar był utrzymywany w agonii przez dwa lata. Generał Franco podobnie jak Tito stał się ofiarą niesłychanego zupełnie "uporu" lekarsko-politycznego - codziennie amputowano mu jakąś część ciała.
Jaser Arafat poddany był podobnej "procedurze". Trwał w stanie zawieszenia między życiem a śmiercią przez dwa tygodnie, na temat przyczyn jego choroby krążyły tylko pogłoski, a pacjent bywał uznany za zmarłego, po czym nieboszczyk wychodził z białaczki, wpadał w stan śpiączki, głębokiej, ale odwracalnej, albo nieodwracalnej śmierci klinicznej.
Wyjście z dyktatury jest zawsze skomplikowane. Można naturalnie, jak w Syrii czy Azerbejdżanie, namaścić syna zmarłego, czy - uprzedzając wypadki, jak na Kubie - własnego brata. Na ogół jednak próżnia po dyktatorze niesie ryzyko chaosu i napięcia, konfliktu klanowych interesów. Dlatego, przy akompaniamencie żałobnej hipokryzji świata, który udaje, że nie wie, o co chodzi, każdy "dwór" gra w takim wypadku na czas. Nic dziwnego, to znak roztropności. Trzeba oddać śmierć w służbę polityki, trzeba, dopóki się da, uniknąć wojny o władzę, doprowadzić do prowizorycznych z reguły kompromisów: ustalić skład nowego kierownictwa, podział kompetencji, kontrolę "organów", wojska, policji, służb specjalnych, no i - jak w przypadku Arafata (i jego żony) - przede wszystkim uregulować kwestię dostępu do kasy. Chodzi tu o ogromne sumy (mówi się o ponad miliardzie dolarów) pozostające praktycznie w wyłącznej gestii Arafata, pochodzące ze źródeł zagranicznych, głównie z UE, źle albo wcale niepoddane jakiejkolwiek buchalterii czy kontroli.
Okoliczności zejścia Arafata nie wniosły do tej problematyki niczego nowego. Pytanie pozostaje: zdrowie i śmierć "chorych, którzy nami rządzą", to kwestia publiczna czy tajemnica państwowa? Ważny polityk ma czy nie ma prawa do prywatnego życia i prywatnej śmierci? Czy też, w imię racji stanu, musi zawsze umierać po "nadzwyczajnie udanej rekonwalescencji"?
17:09, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
środa, 10 listopada 2004
Pewniaki i pomniki
Rocznice są pożyteczne tylko o tyle, o ile służą budowaniu mostów w przyszłość. Siergiej Chruszczow, syn Nikity, szefa kompartii w latach 1953-64 i prawdziwego budowniczego muru berlińskiego, z tym się zgadza - właśnie pomaga w mobilizacji funduszów na budowę pomnika (będą to fragmenty oryginalnego muru oraz 1065 drewnianych krzyży) ku czci Niemców, którzy zginęli podczas prób ucieczki z NRD na Zachód.
Paradoks, czy prawidłowość historii - jeden Chruszczow zbudował mur, a drugi bierze udział w odsłonięciu pomnika jego ofiar. 69-letni Siergiej, obywatel USA, profesor uniwersytetu w Providence, uważa, że jest do tego "zobowiązany": - Tak jak Statua Wolności w USA, tak ten pomnik jest symbolem, o którym ludzkość nie powinna zapomnieć.
Dwie daty przyznały mu rację. Od końca II wojny światowej Europa żyła w oparciu o kilka pewników: wieczność systemu komunistycznego, trwałość podziału Berlina i Niemiec, stały konflikt między światem komunistycznym a światem wolnym, sojusz atlantycki i superpotęgę amerykańską - jedyną siłę zdolną obronić Zachód przed ekspansją komunistyczną.
Pierwsza data to 9 listopada 1989, dzień przedziurawienia muru berlińskiego. Kilka pewników legło w gruzy razem z murem - wiara w trwałość imperium sowieckiego (przeżyje tylko jeszcze dwa lata) i nieuchronność jego interwencji typu "w razie co" typu Węgry '56 czy Praga '68. Koniec muru zwiastował śmierć komunistycznej utopii. Podział na "Wschód" i "Zachód" wyszedł z użycia. Szedł nowy świat, wolny, demokratyczny i pokojowy.
Błąd. Nie szedł. Druga data, 11 września 2001, dzień ataku terrorystycznego na USA, położył kres tej nowej utopii, rozwiał nadzieje, jakie zrodziła euforia berlińska, ujawnił nowe linie rozdarcia, jakie powstały po śmierci świata dwubiegunowego i narodzinach hegemonii jednej superpotęgi. Od tego dnia widmo nowego globalnego zagrożenia (ciągle niedocenianego przez licznych Europejczyków) zaczęło krążyć nad światem. Między byłymi przeciwnikami i rywalami zrodziły się sojusze bez względu na stare czy nowe rozłamy regionalne i ideologiczne, natomiast głębokie podziały powstały między sojusznikami.
Co widać na ruinach dawnego świata? Upadek muru i atak "9-11" to dwa etapy prologu nowego porządku czy też raczej chaosu światowego - zagrożenie terrorystyczne zastąpiło groźbę sowiecką, wojna religii czy cywilizacji - zimną wojnę. Tak jak przed pół wiekiem ekstremiści ideologiczni przecięli Europę żelazną kurtyną, tak dziś fanatycy z Dżihadu chcą zbudować "żelazną kurtynę teologiczną". Tylko razem Zachód potrafi się tej groźbie przeciwstawić. Tylko że Zachód nie wie jak, no i nie jest razem.
Kissinger, człowiek wykształcony, przypomniał właśnie to, co ponad 200 lat temu na ten temat powiedział Emmanuel Kant. Otóż filozof z Królewca uznał, że świat jest skazany na wieczny pokój. Ale że nadejdzie on albo poprzez i dzięki ludzkiej zdolności przewidywania, albo poprzez serię katastrof, które nie pozostawią nam żadnego innego wyboru.
Morał: przez prawie 30 lat tysiące zajęcy biegały wzdłuż muru berlińskiego. Ulubionym zajęciem wschodnioniemieckich pograniczniaków było wtedy zapalanie benzyny uprzednio w tym celu rozlanej wzdłuż muru. W ten sposób nocą można było czasem oglądać z Berlina Zachodniego małe kulki ognia migające zygzakiem na tle ciemnego betonu.
Począwszy od 9 listopada 1989, zające już nie są palone w Berlinie. Ale ogień tli się gdzie indziej. Bez zajęcy. Z ludźmi.
17:48, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 listopada 2004
Kogo woli Putin
Poza starymi porachunkami mam jeszcze coś wspólnego z Fidelem Castro. W przeddzień każdych wyborów amerykańskich on (choć aktualnie w nie najlepszym stanie) oblicza, ilu prezydentów USA już przeżył (Bush jest chyba dziewiąty); ja sprawdzam, ilu prezydentów USA wypada na jednego lokatora Kremla. Castro oświadcza, że jemu jest wszystko jedno, że każdy z kandydatów to imperialista i że niczego dobrego nie należy się po nim spodziewać; ja piszę mój komentarz, dlaczego Kremlowi nie jest wszystko jedno, dlaczego szefowie ZSRR i Rosji głosowaliby raczej, gdyby mogli, na kandydata republikańskiego.
Wszyscy prezydenci USA odpowiadali (albo nie) na sowieckie wyzwania. Demokraci: Truman uruchomił most powietrzny i uratował zachodni Berlin od komunistycznej okupacji, Kennedy zmusił Chruszczowa do kapitulacji na Kubie i pierwszy wysłał człowieka na Księżyc. Republikanie: Reagan zneutralizował imperium zła, a Bush-senior błogosławił destrukcji muru i zjednoczeniu Niemiec. Z drugiej strony to republikanin Eisenhower pozwolił na masakrę Węgrów w 1956 r. i to demokrata Johnson nie przeszkodził Kremlowi w uduszeniu Praskiej Wiosny w 1968 r.
Dlaczego więc Putin tak ostentacyjnie woli Busha? Dlaczego w swoim poparciu dla republikańskiego kandydata w USA idzie dalej niż jakikolwiek jego poprzednik? Dlaczego w tym celu nie waha się wymyślać bredni - tej na przykład, że celem terrorystów w Iraku jest przeszkodzić w wyborze Busha?
Po pierwsze, bo taka jest imperialna natura Putina. W poparciu dla kliki Leonida Kuczmy wyruszył w bardzo grubych butach na wyprawę na Kijów. O Białorusi lepiej nie wspominać. W Polsce Gazprom się kłania.
Po drugie, bo sądzi, że taki jest jego interes: Bush się godzi na wpisanie masakry Czeczenów w ramy międzynarodowej wojny z terroryzmem, nie przeszkadza Moskwie w ingerowaniu w sprawy sąsiadów i nie widzi niczego niedemokratycznego w zaciskaniu w Rosji autorytarnej KGB-owskiej śruby.
Po trzecie, bo zna Busha. Uważa go za polityka wiarygodnego, ze strony którego nic nieprzewidzianego nie powinno Moskwy zaskoczyć. Obaj panowie utrzymują przyjacielskie stosunki oparte być może o fakt, że Bush ma dobry charakter, a obaj są przejęci ich głęboką wiarą religijną.
Ale jest i ukryte po czwarte. Chodzi o selekcję ludzi prezydenta. Demokraci mają mianowicie dziwną tendencję do dobierania sobie w charakterze najbliższego doradcy osób genetycznie antyrosyjskich, to znaczy emigrantów ze Wschodu: Polaka Zbigniewa Brzezińskiego u Cartera lub Czeszki Madeleine Albright u Clintona (Kissinger, Niemiec Nixona, nie był ze Wschodu). To tym właśnie pochodzeniem doradców Moskwa tłumaczyła zarówno niezdrowe, według niej, zainteresowanie Waszyngtonu takimi epizodami jak "Solidarność" w Polsce, jak i żenujące dla Rosji powoływanie się USA na układ z Helsinek i na prawa człowieka.
W tym kontekście John F. Kerry nie miałby najmniejszej szansy w Moskwie. Ulica moskiewska jest jakoby za Kerrym, ale Putin nie zapomniał ani o wspólnocie interesów, ani o tym, że kandydat demokratyczny nazwał plac Łubianki placem Treblinki, przy czym Moskwa nie jest pewna, czy to był tylko niezamierzony błąd. No i liczy się naturalnie również syndrom etniczny. Kerry wszak ma także, i to stosunkowo świeże, korzenie we wschodniej Europie. Świeże i podejrzane.
11:57, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »