RSS
wtorek, 29 listopada 2005
Irackie kłamstwo
Miał rację Racine, gdy mówił, że "nie ma takich sekretów, których by czas nie ujawnił...". Nie da się na zawsze ukryć tajemnic przeszłości.
Na przykład Frans Cornelius Adrianus van Anraat. Prasa holenderska określa go jako "komiwojażera śmierci" albo jako "Fransa-chemika" zaś sąd w Hadze oskarża go o udział w ludobójstwie i zbrodniach wojennych. Dlaczego? Ano dlatego, że van Anraat pomógł w latach 80. w dostarczeniu Irakowi 800 ton substancji chemicznych, którymi Saddam Husajn wytruł potem m.in. kilka tysięcy Kurdów u siebie i w Iranie.
To nie żaden sekret. Sekretem jest natomiast, jak i dlaczego Fransowi udało się przeżyć tyle dostatnich lat, chociaż toczyło się przeciw niemu śledztwo w Europie i w USA? Kto tak długo zapewniał mu bezkarność. I dla kogo właściwie pracował?
Najpierw - to także nie sekret - dla siebie i dla Saddama. Ale rzekomo także dla kilku wywiadów równocześnie, którym rzekomo miał dostarczać informacji o stanie uzbrojenia Iraku. Można mu było wierzyć, bo część tego uzbrojenia sam przecież dostarczył. Tylko że to byłby indywidualny, niepełny aspekt sprawy. Szerzej rzecz ujmując, "komiwojażer Frans" mógłby stać się jednym z argumentów w sporze wokół posiadania przez Saddama broni masowego rażenia. A to nie jest już sprawa jednego zbrodniarza wojennego, ale okropnej wojny. Uwikłanych w niej jest kilka ważnych państw właśnie pod pretekstem posiadania przez Saddama takiej broni, jakiej mu dostarczał m.in. Frans.
Jak wiadomo, Saddam broni masowego rażenia nie miał. Czy więc cały pogrzeb, czyli cała wojna, na nic? Czy trzeba i warto było poświęcać w niej życie 2 tys. młodych Amerykanów, Brytyjczyków, Polaków i innych? Kompromitować takie wielkie i ważne dla USA postacie jak Colin Powell, którego świat ciągle pamięta wymachującego w Radzie Bezpieczeństwa fiolką z trującą substancją chemiczną, może od Fransa? A może tak naprawdę były inne niż te "fransowate" przyczyny tej wojny? Pytanie, jakie? Może ropa? Może strategia na długą metę: obecność Ameryki u źródeł ideologicznych terroryzmu? Czy na jeszcze dalszą: demokracja "na siłę"w krajach arabskich?
To nie są wątpliwości zidiociałych antyamerykańskich lewaków. To jest właśnie ta "tajemnica", z której tłumaczyć się dziś musi wiceprezydent Cheney, broniąc swego szefa oskarżonego przez 53 proc. społeczeństwa o świadome kłamstwo w argumentacji na rzecz interwencji w Iraku. Cheney oskarża swoich krytyków w Kongresie o "tchórzostwo, o najbardziej nieuczciwe i cyniczne argumenty, jakie kiedykolwiek zostały sformułowane w Waszyngtonie".
Powoli. Inwektywy nie zastąpią argumentów. Wołanie o wyjście z Iraku słychać dziś w narodzie, kongresie i w prasie amerykańskiej. Byłem za obaleniem Saddama, jestem za pozostaniem USA w Iraku. Nie sądzę, aby mimo straty 2 tys. żołnierzy (w Wietnamie poległo ich 50 tys.), USA mogły - i to w skali nawet kilku lat - wycofać się z Iraku. Byłaby to i zdrada Iraku, i koszta znacznie większe. Pozostaje kłamstwo. To w USA zarzut najcięższy. A tutaj ktoś kłamie Kto? Tajemnica. Na jak długo?
19:19, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 listopada 2005
60 lat temu w Norymberdze
Oskarżeni, proszę wstać! Nie wszyscy wstali. Hitler był już w piekle. Tak jak Goering oraz Goebbels z żoną i sześciorgiem ich dzieci. Himmler sczezł samootruty, Eichmann odnaleziony w 1960 roku zawiśnie na szubienicy w Izraelu.
Dwudziestu dwóch żywych jeszcze panów Tysiącletniego Reichu (zabraknie mu 990 lat) stanęło przed sądem 60 lat temu, 20 listopada 1945 roku. Stalin nie chciał ceregieli: 50 000 oficerów niemieckich wystrzelać od razu, a szefów sądzić po sowiecku, pokazowo, ostro i tylko w Berlinie. Przeważyła teza zachodniej trójki zwycięzców: najpierw sądzić, potem strzelać (a raczej wieszać), a proces będzie w Norymberdze, mieście triumfu Hitlera, gnieździe rasistowskich ustaw i paranoi antysemityzmu, wśród ruin, gdzie przetrwały właściwie tylko gmach sądu i więzienie.
Takiego procesu jeszcze nie było. Nigdy jeszcze (słynne procesy moskiewskie sądziły i skazywały niewinnych) tak wielu nie odpowiadało tak długo za tak ogromne zbrodnie przed tak specjalnym trybunałem i poniosło tak ostre kary: zapadnie 12 wyroków śmierci i trzy dożywocia. Proces potrwa 218 dni, wystąpi 1000 prokuratorów i 100 obrońców, sąd obejrzy siedem kilometrów taśmy filmowej, w tym dokumenty z Majdanka i Auschwitz, zbada 250 świadków i 300 tys. zarejestrowanych zeznań. Razem 20 ton papieru i 14 mln słów. A wśród 350 dziennikarzy i sprawozdawców byli m.in. Steinbeck, Hemingway i Willy Brandt.
Przede wszystkim jednak w Norymberdze po raz pierwszy w historii przywódcy suwerennego państwa odpowiadali za swe czyny przed międzynarodowym sądem. Precz poszły subtelne rozważania na temat podejrzanej o zemstę „sprawiedliwości zwycięzców". Sąd w Norymberdze wprowadził do międzynarodowej teorii i praktyki sądowej takie pojęcia jak zbrodnia przeciwko ludzkości i pokojowi, zbrodnia wojenna i ludobójstwo (Zagłada pochłonęła 5-6 mln Żydów - oceni świadek general SS Oswald Pohl).
Proces trwał długo: wyrok zapadnie 1 października 1946 r. Ostatni spór między sędziami dotyczy "procedury" : 16 października skazani zginą na szubienicy, a nie przed plutonem egzekucyjnym. Ich rozsypane prochy spłyną z wodą rzeki.
Pozostał precedens. Proces norymberski zburzył kilka tabu, przede wszystkim bezkarność przywódców politycznych chronionych dotąd dogmatem suwerenności państwowej. Zasady wykute w Norymberdze wejdą w grudniu roku 1946 r. do kanonu prawa międzynarodowego. Proces norymberski jest więc ojcem chrzestnym pojęcia międzynarodowej sprawiedliwości, akuszerem wszystkich innych trybunałów międzynarodowych: w Hadze i Aruszy oraz Międzynarodowego Trybunału Karnego (MTK), który po ratyfikacji przez sto państw już jest w akcji (Darfur, Somalia etc).
W świecie globalnych wyzwań globalny, międzynarodowy system wymiaru sprawiedliwości może, rzecz jasna, budzić kontrowersje, obawę przed ryzykiem polityzacji i manipulacji. Jest jednak paradoksem, że USA, które były siłą sprawczą procesu w Norymberdze, są 60 lat później, chociaż dominują nad światem, przeciwne powstaniu MTK, który jest przecież tejże Norymbergi potomkiem.
To przecież głównie dzięki Ameryce w Norymberdze pierwszy raz ludzkość przyznała sobie prawo i rolę strony cywilnej, zabrała głos przed światem, przed sądem ludzi, a nie historii. To Robert Jackson, sędzia amerykański w Norymberdze, powiedział wtedy: - W tym procesie stroną oskarżycielską jest cywilizacja. Jest ciągle. I powinna zostać.
17:18, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 listopada 2005
Bułgarski interes Kaddafiego
Rozpoczęty przez Stalina w 1953 r. proces "białych fartuchów" trwa. W swej współczesnej wersji toczy się jednak nie w ZSRR, a w Libii. Dotyczy pielęgniarek, a nie lekarzy. Chodzi o Bułgarów, a nie o Żydów. Ofiarami miały być dzieci z Bengazi, a nie starcy z Kremla. Stalin nie zdążył swoich spiskowców rozstrzelać. Dziś chodzi o to, aby Kaddafi nie zdążył rozstrzelać swoich spiskowców też skazanych na śmierć.
Tak jak jego stalinowski prawzór, proces w reżyserii Kaddafiego także jest jak z prozy Franza Kafki. W lecie 1998 r. szpital al Fatih w Bengazi notuje wypadki zarażenia noworodków wirusem HIV. Epidemia się szerzy, lud się burzy, władze szukają winnych i znajdują... kozła ofiarnego. Część personelu, lekarze i pielęgniarki, głównie Bułgarzy, oskarżeni zostają o zarażenie wirusem HIV 426-ciu dzieci libijskich.
Absurd? Naturalnie. Bułgarzy są na saksach, bo chcą zaokrąglić naftodolarami marne uposażenia krajowe. Skandal? Naturalnie. Wezwani na odsiecz najwybitniejsi specjaliści, m.in. odkrywca wirusa dr Luc Montagnier, stwierdzają, że przyczyna zakażeń leży w fatalnych warunkach sanitarnych szpitala (wielokrotnie używane strzykawki etc.) i że dochodziło do nich, zanim w ogóle Bułgarzy się w Libii pokazali.
Czy Kaddafi może uznać, że jego reżim się pomylił? Nie może. Bułgarzy są pod ręką. Jest proces, są też tak jak w Moskwie wydobyte za pomocą tortur zeznania i przyznanie się do winy. I jest wyrok z maja zeszłego roku. Właściwie pięć wyroków śmierci przez rozstrzelanie.
Dziś, we wtorek, libijski sąd najwyższy ma rozpatrzyć apelację piątki spod szafotu. Do egzekucji na pewno nie dojdzie. Interes Kaddafiego tego nie wymaga. Wprost przeciwnie. Można bowiem pokazać światu, że oto jest "nowy Kaddafi". Ten, który zapłacił po 10 mln dol. za każdego pasażera samolotu PanAmu strąconego po eksplozji libijskiej bomby w 1988 r. nad Szkocją. Jest też Kaddafi, który po interwencji USA w Afganistanie i w Iraku oraz po pojmaniu przez Amerykanów Saddama zrozumiał, że musi zrezygnować z terroryzmu i paranoicznych ambicji nuklearnych.
Kaddafi swoim zwyczajem proponuje interes, czyli użycie pielęgniarek jako monety wymiennej. Domaga się 10 mln euro za każde zarażone (rzekomo przez Bułgarów) libijskie dziecko, co dziwnym trafem odpowiada mniej więcej, nawet uwzględniając wahania giełdowe, odszkodowaniu, jakie wódz rewolucji musiał zapłacić rodzinom amerykańskich ofiar libijskiego terroryzmu.
Bułgarskie "białe fartuchy" są bezbronne. Rząd w Sofii nie dysponuje bronią atomową, nawet gdyby miał te miliony, nie może zapłacić, bo to oznaczałoby uznanie winy niewinnych pielęgniarek. Ratunek leży więc w reakcji świata. Sprawa PanAmu pokazała, że libijski przywódca się z nią liczy. Tyle tylko, że dzisiejszy Kaddafi to inny Kaddafi: dostawca nafty, ale i sojusznik USA w wojnie z terroryzmem. Kiedy Kaddafi przekazał Waszyngtonowi pełną (jak twierdzi) dokumentację zakazanej broni, z której musiał zrezygnować, prezydent Bush stwierdził, że "Libia wraca do międzynarodowej wspólnoty". Bush powinien był ten "powrót" nieco zrelatywizować. I poczekać. Co najmniej do powrotu pielęgniarek z tropikalnego gułagu do domu. Całych i zdrowych.
11:50, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 listopada 2005
Koniec France-Soir
Wyrok jest z zawieszeniem. Dziennik "France-Soir" ma sześć miesięcy na spłatę długu 8 mln euro i znalezienie środków na dalszą działalność. Alternatywa : śmierć gazety.
Nie byle jakiej gazety. Nekrolog będzie długi. "France-Soir" narodził się na fali historii. Tak jak "Gazeta Wyborcza" wyrosła z agonii komunizmu, tak "France-Soir" wyrósł z wyzwolenia Francji. Sukces był natychmiastowy. Pierwszy numer ukazał się 8 listopada 1944, na przełomie lat 60. i 70. nakład bywał zawrotny, w gorących momentach - śmierć Kennedy'ego czy de Gaulle'a - przekraczał milion.
Ważny był news, budżet nie grał roli : pensje były wysokie, wydatki praktycznie nieograniczone, luksusowe hotele, kosztowne reportaże, najlepsze pióra. Aż się, gdzieś około roku 1970, coś zaczęło psuć. Gazeta zmieniała właścicieli, nakład spadał, wpływy także. Zaczął się rozwód gazety z czytelnikiem. W roku 2005, "France-Soir" drukuje poniżej 50 tys. egzemplarzy i co miesiąc traci 700 tys. euro.
"France-Soir" to zarówno historia jednego człowieka jak i całej epoki. Człowiek nazywał się Pierre Lazareff i był geniuszem intuicji, akuszerem talentów, ojcem i tyranem dziennikarzy, katem leniuchów, prawdziwym pracoholikiem, pilnującym każdej fazy (siedem wydań dziennie) powstawania gazety. Sam nadzorował tytuł czołówki, był twórcą sukcesu gazety niezdolnym do powstrzymania jej upadku.
Epoka go wyprzedziła. Nastąpił najpierw zmierzch, a potem koniec jego modelu prasy i dziennikarstwa. W istocie zaczął się ów zmierzch znacznie wcześniej, wraz z inwazją radia w latach dwudziestych XX w., ale chmura zwiastująca kryzys pojawiła się wraz z telewizją, a potem, tego już Lazareff nie dożył, z agresją internetu, blogów i konkurencją coraz bardziej branżowych periodyków.
No to co będzie z prasą? Czy i jaki jest ratunek? Lazareff nie zdążył, umarł w 1972 roku, dopasować "France-Soir" do czytelnika, który słucha radia, błądzi po ekranie telewizji i żegluje po webie. Jego następcy w londyńskim "Independent", paryskim "Figaro", czy "Le Monde" zmieniają formaty gazety, dodają kolorów, modernizują oblicze pisma. Wystarczy? Nie, nie wystarczy.
Kryzys prasy jest światowy, każdy szuka drukowanej riposty na zjawisko elektronicznej nadinformacji, która, twierdzą niektórzy, bywa często dezinformacją, a czasem dezorientacją obywatela. Żeby kryzysowi sprostać, trzeba zrozumieć, że ratunek i misja prasy drukowanej leży nie w wyścigu z radiem, telewizją czy internetem, a w powadze i wiarygodności informacji, mądrości aktualnego komentarza i jakości kontekstu, czyli umiejscowienia newsa we właściwej hierarchii rozumu, czasu i przestrzeni. W przekazaniu czytelnikowi elementów niezbędnych nie do obejrzenia, a do zrozumienia otaczających go zjawisk, tak na przedmieściu Paryża, co w Iraku, w udostępnieniu mu klucza do rzeczywistości, instrumentu niezbędnego dla sprostania wyzwaniom jego czasów.
Mówiąc w skrócie: ratunek leży w prestiżu gazety, w magii firmy, w odwadze i poczuciu odpowiedzialności dziennikarzy. Szkoda "France-Soiru". Ale jego los - z telewizyjną łuną francuskiej intifady w tle - pozwala to zrozumieć.
14:27, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 listopada 2005
Prezydent Iranu i wykładnia al Kaidy
15 czerwca 1981 r. między godziną 18.30 a 18.32, osiem izraelskich Fantomów zniszczyło "Ozirak", czyli budowany przez Francuzów w miejscowości Tamuz w Iraku reaktor gotowy do produkcji paliwa dla broni nuklearnej. Szaty się rozdarły, cały glob potępił Izrael. Oficjalnie. W rzeczywistości, choć dyskretnie, wszyscy odetchnęli z ulgą. Izrael zrobił za nich ryzykowną mokrą robotę. Wyzwolił cywilizowany świat z pierwszej prawdziwej próby międzynarodowego szantażu i terroryzmu atomowego. W ciągu tych dwóch minut w gruzach mianowicie legły pogróżki Saddama wykończenia Izraela przy użyciu "arabskiej" bomby atomowej.
25 lat po tych wydarzeniach Iran oznajmił, że teraz on się tym zajmie, i zagroził Izraelowi apokalipsą. W trakcie konferencji o wymownej nazwie "Świat bez syjonizmu" Mahmud Ahmadineżad, prezydent Iranu, państwa, którego wyścig do atomowej "bomby islamskiej" nie jest dla nikogo tajemnicą, wezwał do "wymazania Izraela z mapy". Co więcej, dodał, że świat muzułmański "nie pozwoli swemu historycznemu wrogowi żyć w samym sercu jego ziemi", a rządy arabskie, które uznają Izrael, "szczezną w ogniu piekielnym".
Ładnie powiedziane. Taka jest oficjalna doktryna islamskiej republiki irańskiej. Sądziliśmy, że wszystko, co najgorsze. o Izraelu zostało już powiedziane. Błąd. Prezydent Iranu przelicytował najbardziej skrajnych islamistów. Wynik niezły, ale można by go wpisać w obłąkaną retorykę mułłów, gdyby nie to, że za tym słownikiem ścieli się chmura atomowa, straszą atomowe ambicje Iranu. I gdyby nie to, że w żądzy przejęcia przywództwa nad najbardziej skrajnym odłamem islamu szef państwa irańskiego zalegalizował terroryzm i ludobójstwo. Podpisał się pod pełną wykładnią ideologii al Kaidy.
Szaty się znowu rozdarły. Świat potępił już nie Izrael, ale Iran. Wszyscy się zgodzili, że nie można tolerować faktu, iż przywódca jednego państwa członkowskiego ONZ nawołuje do "starcia z mapy" innego państwa członkowskiego ONZ, nawet jeżeli ma powody, aby go bardzo nie lubić. I na tym na razie się skończyło. No bo co może świat zrobić? Nie ma zbyt dużego wyboru. Mógłby - jak Izrael w roku 1981 - nagłym atakiem zniszczyć irański reaktor. Mógłby, ale kto miałby i chciałby się tego podjąć? Izrael już raz swoje zrobił i tego nie powtórzy. Innych kandydatów nie widać. Nie te czasy.
Świat mógłby perswazją i presją spróbować przekonać Iran, że nie tędy droga. Tylko jaki świat? Kto? Ameryka zajęta jest w Iraku. Europa ledwo dyszy, Rosja i Chiny nigdy, jak wiadomo, nie ingerują w cudze sprawy. Odważnych nie ma. Nie te czasy.
Świat mógłby wreszcie wezwać do wykluczenia Iranu z ONZ. Tak zapewne by zareagowano, gdyby np. Korea Północna wezwała do starcia Japonii z mapy świata. Usunięcie Iranu wymagałoby rekomendacji Rady Bezpieczeństwa i większości dwóch trzecich głosów w Zgromadzeniu Ogólnym, co jest całkowicie nierealne.
Dwadzieścia kilka wieków temu perski prorok Zaratustra zastanawiał się nad walką dobra ze złem. Ahmadineżad, także Pers, nie musi się zastanawiać. On ma innych proroków i już ten problem rozstrzygnął.
13:35, leopold.unger
Link Komentarze (3) »