RSS
wtorek, 28 listopada 2006
Uwaga, zdrajcy, znajdziemy was wszędzie

Skąd ja to znam? Nie chodzi o żałobę po śmierci Litwinienki, choć, jak usłyszałem z Moskwy, "śmierć człowieka to zawsze tragedia", lecz o jej okoliczności. Po prostu, żyję długo i dużo pamiętam.

Pierwsza klisza: otrucie Litwinienki łudząco przypomina "parasolkę" (sfabrykowaną przez KGB), która w 1978 roku otruła, też w Londynie, dziennikarza bułgarskiego Georgi Markowa. Też ostrego krytyka Moskwy, i także użyto trucizny przywiezionej do Wielkiej Brytanii w poczcie dyplomatycznej (dlatego jej nie wykryli ani celnicy, ani policja). Różnica: Markow zginął od rycyny, Litwinienko od polonu. Postępu, wiadomo, zatrzymać się nie da...

Dziennikarka Anna Politkowska w październiku od kul "nieznanego pochodzenia". Tak jak w 1998 roku zginęła Galina Starowojtowa, wielka dama demokracji rosyjskiej. Obie miały nieprzejednanie krytyczny stosunek do rosyjskiej wojny w Czeczenii. Różnica: Galina zginęła w Petersburgu; Anna - w Moskwie . Tak jak Paweł Klebnikow, redaktor czasopisma "Forbes", Amerykanin rosyjskiego pochodzenia, który także w Czeczenii szukał śladów niektórych zbrodni i grabieży.

Jasne, zbrodnie popełniane są wszędzie i od zawsze. Ta piątka (wszystkich podobnych wymienić się nie da) ma jednak niektóre cechy szczególne. Tę np., że sprawcami byli zawodowcy, wszyscy do dzisiaj nieznani; tę również, że nieznani pozostają także ci, którzy "zamawiali" i za cudzą krew płacili. Wniosek także jest podobny: zleceniodawcom chodziło nie tylko o wyeliminowanie kilku niewygodnych krytyków, ale przede wszystkim o wysłanie ostrzeżenia do kandydatów na ich następców. Uwaga, zdrajcy, powiadają mordercy, znajdziemy was wszędzie.

Wszystkie ślady w logiczny sposób prowadzą do Moskwy. Czy jednak Putin ponosi, jak twierdzą niektórzy, choćby z uwagi na jego KGB-owską przeszłość, jakąś bezpośrednią odpowiedzialność za zbrodnię na Litwinience? Nie sądzę. Zabójstwo Litwinienki, fachowa robota, nie leżało, zwłaszcza w chwili otwarcia szczytu z Unią, w interesie Kremla.

Stwierdzić jednak trzeba, iż podobnie jak za Jelcyna, kiedy wydawało się, że Rosją rządzić się nie da, kiedy politycy i dziennikarze gęsto padali od kul zawodowców, a bandyci i ich sponsorzy pozostawali - i pozostają - na wolności, orszak ofiar nadal towarzyszy Rosji teraz już Putina, którą, rzekomo, rządzić już można. Że w tej nowej Rosji ciągle giną ludzie, którzy szukają prawdy, krytykują samowolę służb specjalnych, marginalizację parlamentu, dławienie resztki wolnych mediów, likwidację suwerenności wymiaru sprawiedliwości. Którzy piętnują gangsterskie metody w Czeczenii, upatrując tam źródeł moralnej degrengolady wojska i brutalizacji społeczeństwa. No i hipokryzję Putina, który, monopolizując władzę przy pomocy nielicznej grupy ludzi wokół siebie na Kremlu, potrafił przekonać niektórych polityków na Zachodzie, np. Schrödera czy Chiraca, o jego głęboko demokratycznych przekonaniach.

W londyńskim "Timesie" Robert Skidelski, dziennikarz rosyjskich "Wiedomosti", tłumaczy, że Rosją rządzi "książę", który choć wszechwładny na samej górze, nie jest w stanie kontrolować swojego dworu. W tej hipotezie zbrodnia na Litwinience byłaby dziełem osobników działających na niższych szczeblach struktury władzy w Rosji, przekonanych jednak o tym, że nikt nie będzie miał do nich o to pretensji. Być może. Pytanie tylko, kto to jest ten "nikt".

14:53, leopold.unger
Link Komentarze (6) »
wtorek, 21 listopada 2006
W antyżydowskie groźby Iranu lepiej wierzyć

Porównanie, powiadają Francuzi, to nie dowód. Słusznie. Izraelski premier Ehud Olmert porównał groźby Iranu wobec Izraela do polityki hitlerowskich Niemiec. Nie jest to trudno udowodnić, wystarczy zacytować choćby jeden z pomysłów prezydenta Iranu Mahmuda Ahmadineżada - ten na przykład, że państwo żydowskie "trzeba zetrzeć z mapy świata". Drobiazg: pierwszy raz od Holocaustu przywódca państwa, członka ONZ, publicznie przyznaje, że zamierza zniszczyć inny kraj członkowski ONZ, co, logicznie biorąc, tak jak za Hitlera nie mogłoby się obejść bez ludobójstwa. Żydów naturalnie.

Czy jednak porównując Iran do Trzeciej Rzeszy, Olmert ma rację? Ma i nie ma, a raczej nie ma i ma.

Nie ma, albowiem Iran to nie Trzecia Rzesza. Ahmadineżad wydaje się rzeczywiście czerpać wprost z hitlerowskiego słownika, ale Iran, choć ma ogromną zdolność szkodzenia i dysponuje niebezpiecznym arsenałem (rakiety, szantaż uzbrojenia się w broń atomową, Hezbollah i w ogóle fanatyczne szyickie komanda, np. w Iraku), nie posiada ani możliwości, ani siły rażenia armii nazistowskiej. No i nie ma poparcia Związku Sowieckiego, który uzbrajał wszystkie zamachy na demokrację na świecie, a i dzisiejsza, pragmatyczna Rosja nie byłaby skłonna uczestniczyć w nieodpowiedzialnym awanturnictwie. Nie należy też łudzić się co do siły ewentualnej riposty Izraela i USA.

Ale Olmert ma także rację. Nie kiedy niesłusznie zestawia Iran i Trzecią Rzeszę, lecz kiedy słusznie porównuje lekceważenie retoryki Hitlera przez polityków przed II wojną światową z ukrywaną za parawanem pustosłowia zachodnią tolerancją wobec retoryki Ahmadineżada. Otóż nawet jeżeli skala zagrożenia idącego za retoryką Teheranu jest inna od tej, jaką zapowiadał - i zrealizował - Hitler, to faktyczna obojętność świata wobec możliwych skutków jawnych planów Teheranu byłaby powtórzeniem błędów, mówiąc w skrócie, "monachijskich" i osławionego po zdradzie Czechosłowacji w 1938 roku westchnienia "tchórzliwej ulgi".

Tego błędu powtarzać nie wolno. Świat, nie tylko Żydzi, zapłacił koszmarną cenę za lekceważenie "programu", jaki Hitler sformułował w "Mein Kampf". Tu analogia się narzuca. Hitler, tak jak teraz Ahmadineżad, posługiwał się najwulgarniejszym populizmem, ale masy Niemców (i nie tylko) poszły za nim aż na dno nieszczęścia. Swojego i cudzego. "Mein Kampf", ten dokument zbrodni i hańby, do dziś kursuje w świecie muzułmańskim, głównie w krajach i społecznościach arabskich, i podobnie jak "Protokoły Mędrców Syjonu", które dostarczyły materiału na scenariusz do egipskiego serialu telewizyjnego, stanowi coś w rodzaju powszechnie akceptowanej antyżydowskiej biblii. I "ideologicznej" bazy poglądów Ahmadineżada. W tych warunkach nie można wykluczyć, że masy muzułmanów puszczające z dymem zachodnie ambasady z powodu karykatur Mahometa, których nigdy nie widziały, albo ścigające Salmana Rushdiego, którego nigdy nie czytały, mogą na nazistowskiej zasadzie kuszenia zawiścią i populizmem pójść także za Ahmadineżadem w sprawie Izraela. I także na dno nieszczęścia. Cudzego i swojego.

Takiej ewentualności lekceważyć nie wolno. Niektórzy skłonni są takie zapowiedzi traktować jako dywagacje na użytek wewnętrzny, jako że Izrael to kozioł ofiarny niezawodny w rozbrajaniu niezadowolenia, jakie wywołują 20-letnie już rządy ajatollahów. Hitlerowi świat nie uwierzył. Wiemy, jak się to skończyło. Ahmadineżadowi wierzyć należy. Rozumowanie per analogiam to znakomity instrument poznania. Warto z niego we właściwy sposób korzystać.

12:13, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 20 listopada 2006
Spowiedź doktora Maksa Aue

Miałem dużo szczęścia. Udało mi się NIE spotkać podczas II wojny światowej dr. Maksa Aue, Sturmbannführera SS.

Herr dr Aue jest mianowicie głównym bohaterem napisanej w pierwszej osobie po francusku, ale przez Amerykanina, porażającej, przez wszystkie 900 stronic, książki Jonathana Littella. Nosi ona tytuł "Les Bienveillantes", po polsku chyba "Dobroczynne", w aluzji do ironicznego pseudonimu Erynii, boginek kary i pomsty za zbrodnie - w tej powieści, a nie tylko w mitologii, absolutnie w swojej roli.

A przecież los mógł zrządzić inaczej. Ja, polski Żyd, i dr. Aue, niemiecki esesman, mogliśmy się spotkać, chodzić tymi samymi ulicami i nawet trafić do tej samej synagogi. Pierwszym bowiem na szlaku dr. Aue miastem zajętym przez Hitlera po najeździe na ZSRR był Lemberg, czyli mój rodzinny Lwów. Obaj mogliśmy być obecni przy opisanym przez dr. Aue publicznym wieszaniu dwóch lwowskich Żydów. Z tą różnicą, że dr. Aue oglądałby to w grupie katów, a ja bym wisiał wysoko na szubienicy.

W odróżnieniu od licznych i różnych rozmówców dr. Aue, narratora "Dobroczynnych", nie miałem okazji dyskusji z tym fenomenalnie wykształconym esesmanem, intelektualistą, amatorem muzyki klasycznej, znawcą wina, kazirodcą, homoseksualistą, mordercą własnej matki na temat rozmaitych kwestii, m.in. zagłady Żydów, której dr Aue był absolutnie beznamiętnym uczestnikiem, krytycznym analitykiem i dokładnym kronikarzem.

"Les Bienveillantes" to nie tylko objętościowo wielka, wyjątkowa książka. Jej lektura wciąga, ale i obezwładnia. W przestrzeni literackiej odpowiada chyba temu, czym jest "Szoah" Lanzmanna w dokumencie filmowym. Nie wiem, jaki będzie polski tytuł (książka Littella powinna zostać przetłumaczona), ale wiem, że "Les Bienveillantes" podziała, zaciąży na nas tak jak kiedyś "Gułag" Sołżenicyna. Tak jak Sołżenicyn relacjonuje sowietyzm, tak Littell opowiada nazizm, jego okrucieństwa, mechanizm, jego ofiary i jego katów.

Nawet jeżeli, tak jak to było z "Gułagiem", liczba prawdziwych czytelników opowieści o piekle w wykonaniu dr. Aue będzie niższa niż liczba sprzedanych egzemplarzy, to szok medialny, jaki już jej towarzyszy, będzie może mieć, zwłaszcza u młodych, podobny oddźwięk moralny i skutek poznawczy.

Pod jednym tylko warunkiem: książka musi być czytana, oceniana i traktowana jak powieść. Choć bowiem jest zdumiewająco dokładna w opisie miejsc czy tras podróży, kolejności bitew, nazwisk i charakterystyki ludzi (Aue "rozmawiał" z Hitlerem, Himmlerem, Eichmannem i innymi), "Les Bienveillantes" to powieść, a Littel to powieściopisarz.

I to jest właśnie mój problem. Bo dla mnie ta książka może być wszystkim, tylko właśnie nie powieścią. Przez swą precyzję i zakorzenienie w historii, przez swe prawdopodobieństwo, każdy epizod, a priori przecież fikcyjny, przywołuje natychmiast prawdziwy fakt, wspomnienie i doświadczenie osobiste czy rodzinne, budzi niepokój, pewność déja vu, pewność czegoś widzianego, ale także czegoś przeżytego. Przeżytego nie przeze mnie samego, ale przez moich mniej lub bardziej bliskich, tych wszystkich, którym nie udało się NIE spotkać dr. Aue. Którzy, jak mówi sam dr. Aue, "nie pozostawili nikogo, kto by nosił po nich żałobę". I którzy wobec tego nie mogą czytać spowiedzi dr. Maksa Aue...

13:00, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 listopada 2006
Saddama lepiej uwięzić niż zabić
Saddama, jak zawsze w historii, sądzili zwycięzcy. Proces był więc także polityczny, odbył się w warunkach okupacji wojskowej, wojny domowej i religijnej, destabilizacji państwa i rozsypki jego aparatu. Nie mógł więc toczyć się jak w Londynie, ale był jawny i uszanował np. prawa obrony. To ważne, bo za rządów Saddama było to niemożliwe. Dzieje się tak pierwszy raz w historii Iraku.
Skutki wyroku będą mniejsze niż się sądzi. Prawdziwy szok wywołał nie sam nieudolnie toczący się proces, a fakt aresztowania Saddama i słynny okrzyk ówczesnego namiestnika amerykańskiego ambasadora Brennera "Mamy go". Przy czym, z uwagi na wymiar zbrodni o jakie Saddama oskarżono i jego szeroko znany "bilans" ogólny, innego wyroku w kraju, gdzie kara śmierci nie została obalona, nie należało się spodziewać. Co nie znaczy, że wyrok będzie od razu czy kiedyś w ogóle wykonany.
Proces i wyrok rodzą bowiem więcej pytań niż odpowiedzi. Zastrzeżenia budzi kara śmierci, ostro oprotestowana zwłaszcza w Europie.
Nie chodzi zresztą o względy wyłącznie humanitarne. Proces nie przyniósł rewelacji, Saddam niczego ważnego nie ujawnił. Miał do tego prawo. Tylko że wykonanie wyroku pozbawiłoby świat najważniejszego i najlepiej poinformowanego świadka, znającego kulisy bardzo istotnych politycznych (i naftowych) procesów na Środkowym Wschodzie. I ich skutków na Zachodzie.
Natomiast perspektywa nawet długoletniego więzienia, czyli stałej możliwości negocjacji wokół ewentualnej ulgi w odsiadce, mogłoby przy umiejętnej perswazji wpłynąć na stopień szczerości i ochotę do zwierzeń Saddama.
Apelacja potrwa, Saddam był i pozostał przekupny. Gdyby żył i zaczął mówić, mógłby dać początek budowie prawdziwej historii Iraku, narodzinom kolektywnej pamięci jego mieszkańców. Ta stawka jest ważniejsza od stryczka.
Nie sądzę, odmiennie niż zalana łzami hipokryzji Moskwa (znana z szacunku dla niezależnej Temidy), aby wyrok mógł w jakiś poważniejszy sposób wpłynąć na sytuację wojskową czy cywilną w samym Iraku czy w bliskiej okolicy. Nie będzie ani żałoby narodowej, ani przełomu w impasie irackim. Należy liczyć się ze wzmożeniem na krótką metę zamachów ze strony szukających zemsty sunnitów związanych np. z al Kaidą. Lecz biorąc pod uwagę obecne nasilenie gwałtów, różnica nie może być wstrząsająca.
Pozostaje pytanie najważniejsze także dla Polski z uwagi na jej obecność na miejscu. Czy i w jaki sposób proces Saddama wpłynie na losy konfliktu i postęp w realizacji planów koalicji - to znaczy stabilizacji kraju i przekazaniu władzom Iraku odpowiedzialności za bezpieczeństwo i los państwa? Czy proces i wyrok mogą - i jeżeli tak, to w jakim stopniu - przyczynić się do wypracowania zarysu choćby wiarygodnej strategii zakończenia konfliktu i wyjścia wojsk koalicji z demokratycznego już wtedy i prozachodniego Iraku?
Odpowiedź jest jasna i pesymistyczna: w minimalnym tylko stopniu. "If any "
Proces Saddama miał być jednym z założycielskich aktów demokratycznego Iraku. Nie będzie. Miał się przyczynić do pojednania mieszkańców Iraku. Nie przyczyni się. Szkoda. Ale sprawiedliwość jest ślepa, a na razie i na długo jeszcze w Iraku oczy trzeba będzie mieć bardzo szeroko otwarte.
12:31, leopold.unger
Link Komentarze (1) »