RSS
czwartek, 29 listopada 2007
Ukraina i Gruzja potrzebują solidarności

Czy kolor może być silniejszy od słowa? Może. Tak przecież było, kiedy Ukraina na pomarańczowo i Gruzja na różano po 75 latach sowietyzmu wyzwoliły się spod kurateli Moskwy i wybiły na suwerenność. Oba te kraje obrały zdecydowanie prozachodni kurs, z nadzieją dotarcia kiedyś do Unii Europejskiej i NATO.

Na tej drodze oba te kraje miały sympatię i pomoc Zachodu, z Polską w pierwszej linii - zwłaszcza w czasie gorączki na Ukrainie czy teraz w Gruzji. Kolorowi przywódcy - Juszczenko i Saakaszwili - byli jako pionierzy wolności za wschodnią granicą Unii przyjmowani na największych salonach świata. Uzasadniali osławioną tezę o "końcu historii" i ostatecznym zwycięstwie demokracji i liberalizmu.

Że osiągnąć te cele nie będzie łatwo, nikt nie miał wątpliwości. Ale że będzie tak trudno, też nikt się nie spodziewał. Mniejsza o detale. Ważne, że w obu krajach nadspodziewanie szybko "kolorowa" klasa polityczna traci albo już straciła autorytet i zaufanie, którymi wyborcy z takim entuzjazmem niedawno ją obdarowali. W obu krajach małe albo i duże porachunki, niektóre o charakterze mafijnym, zastepują debatę polityczną.

Gdzie się podziały ich i nasze nadzieje? Nigdzie - są i trwają. Nie jest wesoło, kolory bledną i płowieją. Nikt, to jasne, za Ukraińców czy Gruzinów demokracji w ich krajach zbudować nie potrafi. To ich sprawa. Jednak nasza, w dużym stopniu, także.

Oba kraje przechodzą ciężką lekcję demokracji. Lekcja się toczy w cieniu gróźb rosyjskich, wymachiwania przez Kreml bronią gazu i zapowiedzi Putina otwarcia "polowania na wrogów", czyli na opozycję "finansowaną przez zagranicę" oraz na tych - to stała nuta żalu - "którzy swoją polityką przygotowali rozpad ZSRR".

Fakt, że na miesiąc przed datą zamknięcia listy nie jest znane ani jedno nazwisko kandydata na prezydenta, oznacza, że wokół Kremla toczy się ostry bój o dziedzictwo i prawo do ogromnej schedy we władzy i kasie. Z tym że - i jest to okoliczność wyjątkowo wybuchowa - tak jak w wojnie o podział rodzinnego spadku, wszystkie frakcje wywodzą się z tego samego czekistowskiego pnia.

Putin jest w drodze do jakiejś podejrzanej formuły autorytarnej władzy i postanowił tak straszyć i bić, aby nikt co do tego nie miał wątpliwości. No a skoro tak traktuje własny naród, to dlaczego miałby się inaczej zachować wobec zagranicy, zwłaszcza tej "bliskiej".

W takiej sytuacji wszystko staje się możliwe. I to właśnie w takich warunkach oba kolorowe kraje zdają decydujący egzamin z przełamywania ultraciężkiej hipoteki sowieckiej. Oba potrzebują naszej, zachodniej, pomocy, sympatii i nadziei. Mimo grymasów Moskwy powinny być przekonane o tym, że ciągle mogą na nie liczyć. I że choć niespójny, zajęty czym innym i gdzie indziej, Zachód w tej chwili słabo słychać, ale w momencie próby go nie zabraknie.

I Juszczenko, i Saakaszwili poszli do boju o demokrację przekonani o słuszności ich sprawy, ale i o trwałości zachodniej solidarności. Ta solidarność nie może być funkcją ceny rosyjskiego gazu.
12:01, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
wtorek, 20 listopada 2007
Koniec dyplomacji z Rosją

No i obejdzie się. Rosja pozbyła się wyspecjalizowanych świadków wyborów do Dumy. Oficjalnie, mówi Bruksela, z powodu bezprecedensowych przeszkód natury biurokratycznej po stronie rosyjskiego ODIHR, czyli Biura Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka OBWE, nie będzie w stanie monitorować grudniowych wyborów do Dumy.

Zawracanie głowy. Nie chodzi o wybory. Chodzi o przepisywanie historii. Władimir Putin naprawia błędy swoich poprzedników, tutaj Leonida Breżniewa, który lekkomyślnie podpisał 1 sierpnia 1975 r. tzw. akt końcowy w Helsinkach, powołujący OBWE.

To nowa premiera w reżyserii prezydenta Rosji. Nigdy dotąd państwo członkowskie OBWE nie odważyło się zagrodzić drogi inspektorom jej biura sprawującego nadzór nad wyborami. Rosja potrafiła.

Pozornie to absurd. Kłody pod nogami inspektorów rzucają przecież cień podejrzenia na czystość wyborów. Czyżby było coś do ukrycia? Cóż za paradoks! Przecież te wybory będą jak żona Cezara (to był ulubiony argument Stalina), totalnie niesfałszowane, można powiedzieć, absolutnie demokratyczne.

To będzie prawdziwy plebiscyt na rzecz partii Jedna Rosja, z listy której na pierwszym miejscu startuje sam prezydent i która, jeżeli się obecna bałwochwalcza tendencja utrzyma, wypełni prawie wszystkie miejsca w Dumie.

Po cóż więc ta maskarada? Po co ten łokieć pod adresem OBWE, organizacji w warunkach kolosalnej Rosji mało skutecznej, gest, który może tylko pogorszyć i tak nieładny obraz Rosji na Zachodzie? Odpowiedź: nie chodzi o z góry wygrane wybory, chodzi o przyszłą politykę.

W pierwszym czytaniu to gest propagandowy na użytek wewnętrzny. Wybory, powiada Kreml, to nasza sprawa, nie każdy, kto chce, będzie nas kontrolować. Kontrolerów wybierać będziemy my.

W istocie Kreml uznał, że nadeszła chwila porachunków z zatrutym spadkiem po Helsinkach. Tzw. trzeci koszyk aktu końcowego z 1975 r. dotyczy praw człowieka i do dziś prześladuje Rosję i inne państwa o rosyjskopochodnej demokracji.

Moskwa za późno zrozumiała, jaka jest siła rażenia tego koszyka, który kiedyś mobilizował dysydentów w ZSRR, a teraz opozycję w Rosji, no i odegrał sporą rolę w dojrzewaniu kolorowych rewolucji na Ukrainie i w Gruzji. W tym sensie gest Moskwy ma stworzyć precedens, także na użytek licznych postsowieckich państw, które pewnych kolorów wydają się nie lubić.

Wreszcie ten łokieć, tak jak równoczesny szantaż nierespektowania przez Rosję ustaleń o ograniczeniu sił konwencjonalnych w Europie, wpisany jest w coraz bardziej lodowaty klimat w stosunkach z Zachodem. Arogancja Kremla rośnie, to nie tajemnica, wraz ze stopniem zależności Zachodu od dostaw rosyjskiego gazu.

Wniosek: normalną dyplomację należy - mam nadzieję, że prowizorycznie - po prostu zawiesić. Na tym tle polskie mięso to złośliwy, ale naprawdę detal. Prawdziwy powód rosyjskiego zdenerwowania to przedwyborcze napięcia i przepychanki niewidoczne gołym okiem, ale realne w łonie kamaryli kremlowskiej.

Jeżeli dodać brak wspólnej strategii UE i różnice w podejściu do polityki wobec Rosji między nową i starą Europą, to należy uznać, że dziś na jakiekolwiek porozumienie się w naprawdę ważnych sprawach z Rosją nie należy liczyć.
14:04, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 listopada 2007
Pamiętajmy mur

Mam znakomitą pamięć, wszystko zapominam - powiada humorysta Alais. A ja, wprost przeciwnie - mam fatalną pamięć, wszystko pamiętam.

Przez kilkadziesiąt lat patrzyłem na mur w Berlinie, kolejno ze Wschodu, a potem z Zachodu. Od 20 lat mur istnieje już tylko w mojej fatalnej pamięci, ale dokładnie pamiętam, jak przyklejony do radia śledziłem jego budowę 13 sierpnia 1961 r., no i kiedy 9 listopada 1989 r. mur na naszych oczach - bo była już telewizja - się rozlatywał.

Byłem niedawno w Berlinie, mur stanął mi w oczach. Wyruszyłem śladem historii, statystycznie, nic nowego. Ten koszmarny symbol czasów pogardy wiązał były Berlin Zachodni betonowym pancerzem długości 155 km, zniewolił 20 mln osób i zabił 130 uciekinierów.

Dziś ostatnie jego trzy kilometry są jeszcze na swoim miejscu. I jest East Side Gallery - segment, 1,3 km muru udekorowany, na gorąco w 1990 roku przez ponad 100 artystów, a dziś zżerany spalinami, właściwie porzucony. Freski są ledwo widoczne, pokryte zresztą graffiti turystów. Galeria, pamięć muru i jego czasów, uznana za zabytek historyczny, powoli niszczeje. Deszcze i zima dopełniają reszty.

Zdania są podzielone. 18 lat po zburzeniu muru jest rzekomo w Berlinie właściwie tylu obrońców utrwalenia jego pamięci, co i zwolenników starcia resztek jego śladów. Artyści wołają o pomoc, kasa pusta, na odnowienie fresków potrzeba 2 mln euro.

Artyści założyli więc stowarzyszenie: te nasze 2 miliony to przecież nic, powiadają, w porównaniu np. z kosztem odnowienia dawnego pruskiego pałacu królewskiego Hohenzollernów za cenę prawie 500 mln euro.

Naiwni. Nie wiedzą, że nie wszyscy chcą pamiętać to samo. Jelcyn odnowił Kreml, a Putin pałac w Petersburgu za znacznie większe pieniądze, niż będzie kosztować pałac Hohenzollernów, gdy w ruinie w Rosji leżą i daremnie czekają na jakiegoś mecenasa obiekty znacznie ważniejsze dla ludzi niż kilometr starego muru. Proste, decydenci w Moskwie i - toute proportion gardée - w Berlinie mają inne priorytety.

Historia chodzi zygzakami, pytanie, jakie symbole i w jakiej formie odchodzące pokolenie powinno przekazać pamięci i mądrości następcom, nigdy nie zniknie z naszych zmartwień. Debata, jaka i czyja pamięć, kiedy i o czym pamiętać, czy i jaki pomnik postawić, gdzie i kiedy, ciągle nęka historyków i polityków.

Zapewne niedługo, w nowych warunkach, ta debata wróci do polskich gazet, wokół choćby postaci, posłania i pomnika Dmowskiego. Tak jak nie da się w polityce zagranicznej uniknąć nieporozumień między Polską a Niemcami wokół sprawy Centrum Wypędzonych albo różnic w polskiej i rosyjskiej percepcji i pamięci o Katyniu.

Niemcy mają prawdziwy głód pamięci. W samym centrum Berlina jest ponad 20 wielkich obiektów wspominających historię ofiar nazizmu czy dyktatury komunistycznej, inne są w budowie, powstają nowe centra dokumentacji (np. gestapo). Tym mniej mogę zrozumieć, dlaczego Galeria rdzewieje, freski marnieją i dlaczego w miejscu, gdzie dokładnie 18 lat temu wyrąbany został pierwszy segment muru, dziś tylko z trudem odnaleźć można tablicę z napisem, że tu właśnie "Berlińczycy odnaleźli się pierwszy raz od 1961 roku".

Historia, powiadają, jest pamięcią świata. Bez pamięci muru historia pozostanie kaleka. A świat bez tego epizodu swojej historii łatwiejszy do zamurowania.
12:50, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
Pora na Lenina

Sic transit Przez dziesięciolecia w moich gazetach obchodziłem, na swój sposób, ale regularnie, 7 listopada - rocznicę puczu bolszewickiego w 1917 r.

Mało, a może wcale, jest w historii tak drugorzędnych epizodów równie zakłamanych, które jednak, wyolbrzymione przez polityków, miały tak ogromny wpływ na ludzi. Do Gorbaczowa rytm pisania był, w zasadzie, doroczny. Potem wzdychałem już tylko co dziesięć lat: na 70- i 80-lecie.

Dziś z żalem muszę zawiadomić, że jutro, w 90-lecie rewolucji, nie wspomnę ani o salwie "Aurory" (oddanej kilka godzin po zdobyciu, właściwie bez walki, Pałacu Zimowego), ani o Trockim, który kazał wtedy burżujom udać się bez paniki na śmietnik historii.

Ale ta właśnie historia postanowiła, jak wiemy, inaczej. I to tak bardzo, że dziś już nie tylko dziennikarze, ale nawet przywódcy Rosji nie bardzo wiedzą, jakie wydarzenia czy jaki dzień mają zaproponować obywatelom w charakterze pomników narodowej chwały.

Przedtem było łatwo. Do kresu ZSRR 7 listopada był obowiązkowy. Jelcyn chciał się pozbyć tego żenującego spadku i zamienił "rewolucję" na "pojednanie". Putin poszedł dalej. Dwa lata temu odebrał narodowi 7, a dał 4 listopada jako "dzień jedności narodowej".

W życiu narodów święto państwowe to zarówno symbol, jak i punkt odniesienia. W tym sensie ta zmiana ma wymiar historyczny. Pozbywając się daty gloryfikującej komunizm, znienawidzonej przez Cerkiew, a przypominającej co roku czasy Gułagu, Putin dokonuje podwójnej operacji psycho-politycznej: ofiarowuje narodowi nowy, i to podwójny, symbol. Sięga po rok 1612, upamiętnia cud Matki Boskiej Kazańskiej, która poprowadziła skuteczny bunt przeciw polskim najeźdźcom okupującym Kreml.

Żadna kombinatoryka świąteczna nie potrafi - i nie powinna - jednak wydrzeć z rosyjskiej historii, pamięci i sumienia czasów terroru, Gułagu i milionów ich ofiar. Władimir Putin nareszcie to zrozumiał. W ubiegły poniedziałek oddał po raz pierwszy hołd tym ofiarom. I zrobił to nie na salonach Kremla, ale na poligonie w Butowie, miejscu kaźni dziesiątków tysięcy niewinnych Rosjan.

To ważny gest i znamienny krok. O jedną wielką lukę w oficjalnej, zakłamanej historii Rosji mniej. I o jedną refleksję więcej.

Z Butowa nie jest daleko do placu Czerwonego. Na tym placu, w sercu Moskwy, wznosi się blokhaus - mauzoleum z mumią Lenina, twórcy, teoretyka i inspiratora czerwonego terroru, odpowiedzialnego za ofiary m.in. z Butowa. Niesmaczna, poniżająca polemika wokół tej mumii trwa właściwie od końca Sowietów.

Tylko ostatni już komuniści bronią tej koszmarnej relikwii, ostatniego miejsca ich pielgrzymek. Wszyscy inni wiedzą, że to całkowity ludzki, historyczny i polityczny anachronizm. Rosja, powiadają, to nie Egipt, nie ma mumii w tradycji prawosławnej.

Jelcyn żałował, że nie zdążył podjąć decyzji o przeniesieniu mumii na cmentarz. Na co czeka Putin? On, który uznał, że "upadek ZSRR to największa tragedia geopolityczna XX wieku", waha się przed "profanacją" zwłok twórcy sowieckiego imperium?

Pytań jest więcej, ale wniosek jest jeden. Kohabitacja Putina z Butowa z Leninem z placu Czerwonego jest politycznie niemądra, a moralnie hańbiąca. Putin nie może opuścić Kremla, zostawiając w nim Lenina.
12:49, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 listopada 2007
Moje spotkanie z Che

Czas, wiadomo, rozmywa prawdę, a to, co zostaje, zamienia w mit i legendę. Coś wiem na ten temat. Spotkałem Che Guevarę w październiku 1962 r. w Hawanie, kiedy Kuba znalazła się w oku atomowego cyklonu między rakietami Chruszczowa a bombowcami Kennedy'ego.

Byłem wtedy zafascynowany osobowością Che. Che też był zafascynowany, ale ideą zbombardowania Nowego Jorku. Moja fascynacja szybko minęła; jego pozostała do końca. Ale, choć bez fascynacji, to w jakiś sposób od Che już się nie odczepiłem i śledziłem jego zejście do piekieł i wejście do legendy.

Che popsuł wszystko, czego dotknął. Tylko mit mu się udał. W chwili śmierci na boliwijskiej ziemi nie miał nawet 40 lat. A jednak zdążył odcisnąć na historii dwa głębokie ślady.

Pierwszy to pamięć o charyzmatycznym, legendarnym przywódcy rewolucji głodnych i poniewieranych. To obraz Argentyńczyka gotowego do poświęcenia siebie i wielu innych w walce o wyzwolenie Kuby i całej Ameryki z kleszczów jankeskiego imperializmu. Okrutnego, to także prawda, komendanta więzienia w Hawanie, z upodobaniem asystującego przy egzekucjach, a nawet - jak twierdzą świadkowie - bez wahania strzelającego osobiście w tył czaszki kontrrewolucjonistów.

No i pamięć awanturnika, którego cała akcja polityczna, nie mówiąc już o gospodarczej, była serią kolejnych klęsk. Che był utopijnym ideologiem, który oddał swą fenomenalną charyzmę w służbę wyniszczających awantur w Afryce i w Ameryce Łacińskiej, podejmowanych w imię obłędnej mieszanki prymitywnego marksizmu i anachronicznego, naiwnego romantyzmu.

Che chciał "rozpalić tysiąc Wietnamów". Nie zapalił, na szczęście, ani jednego. Zginął, świadom bankructwa swoich idei, porzucony i zdradzony przez wszystkich - Fidela, Chruszczowa i boliwijskich chłopów, których przyjechał wyzwalać.

A jednak, mimo takiego tragicznego remanentu, jego charyzma, przejęta i wykorzystana przez lewacką propagandę, sprawiła, że Che przeszedł do kategorii religii i mitu. I że jest dziś ciągle postrzegany w wielu punktach świata jako archetyp nieustraszonego rycerza bez skazy, latynoskiego samuraja, męczennika wielkiej sprawy wolności uciskanych. Jako ostatni, po rozwianiu się mitu Stalina, Trockiego, Mao czy Pol Pota, punkt szlachetnego ideowego odniesienia.

Przecież właśnie teraz, w 2007 r., zapewne z okazji 40-lecia śmierci Che, ukazała się w Paryżu książka, której współautorem - po rozwodzie z Trockim i poślubieniu Guevary - jest nowy guru francuskiego ruchu lewackiego, inteligentny i wygadany listonosz Olivier Besancenot.

Książka nosi tytuł: "Che Guevara. Żar, który ciągle parzy". Besancenot chce "przejąć etyczną, rewolucyjną i humanistyczną spuściznę" Che. Uważa, że "duch Che" ożywia dziś nie tylko "rewolucję w tradycji Bolivara" w Ameryce Łacińskiej, ale także "polityczną i intelektualną debatę" na... Kubie.

Besancenot jest za sprytny, aby nie zauważyć, że "myśl Guevary" ma pewne niedoskonałości, np. jego tendencję do sławienia nienawiści jako oręża w walce, no ale jeżeli dowodem głębi i realizmu rozumowania guru ma być odniesienie do debaty politycznej na zakneblowanej Kubie, to...

Legendy, to nie odkrycie, bywają silniejsze od historii. Ale mogą być kosztowne. 40 lat po jego śmierci zdezawuowane przez historię i przegrane idee Guevary sieją jeszcze ciągle śmierć i zniszczenie w niektórych miejscach globu. Dowiedziałem się właśnie, że młody Che z pasją grał w rugby. Szkoda, że przy tej pasji nie pozostał.
14:23, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
Kryzys kubański 2007

Dwa razy znalazłem się nagle w oku atomowego cyklonu. Najpierw jako polski dziennikarz w Hawanie w październiku 1962 r., kiedy okazało się, że sowieckie rakiety z głowicami nuklearnymi zostały zainstalowane na wyspie i mają w zasięgu połowę terytorium USA.

Prezydent Kennedy zarządził blokadę Kuby i zapowiedział "dalsze kroki", jeżeli Moskwa rakiet nie wycofa. Aluzja była jasna i Moskwa skapitulowała.

W piątek dowiedziałem się, że znowu jestem w oku atomowego cyklonu. "Technologicznie biorąc - powiedział prezydent Putin w związku z planami rozmieszczenia amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Europie - sytuacja jest taka sama" jak na Kubie 45 lat temu, kiedy - ja byłem o tym przekonany - świat stanął na krawędzi konfliktu nuklearnego. "Na szczęście, dodał jednak prezydent Putin, zgadzam się z prezydentem Bushem, że nie jesteśmy już wrogami, lecz partnerami, a prezydent Bush jest moim osobistym przyjacielem".

Bardzo mnie to uradowało, ale ani przekonało, ani uspokoiło. Obaj panowie prezydenci mają bowiem za kilka miesięcy definitywnie opuścić swoje stanowiska. Co będzie, jeżeli w chwili napięcia czy nieporozumienia okaże się, że ich następcy nie są ani partnerami, ani osobistymi przyjaciółmi?

Przede wszystkim jednak nie ma żadnego porównania, nawet tylko "technologicznie biorąc", między rakietami na Kubie a tarczą w Europie.

Po pierwsze bowiem, kryzys na Kubie wybuchł, kiedy amerykański samolot U-2 odkrył na wyspie, 120 km od Florydy, sowiecką bazę i rakiety już gotowe do odpalenia. Natomiast tarczy amerykańskiej nie ma jeszcze śladu w Europie.

Po drugie, sowieckie rakiety miały i mogły, jak chciał np. Che Guevara, zniszczyć Nowy Jork czy Waszyngton. Tarcza zaś, jeżeli się pojawi, będzie służyć tylko do obrony przed takimi, choć już nie sowieckimi, rakietami.

Po trzecie, choć na Kubie widać było gołym okiem lądujące oddziały identycznie ostrzyżonych "turystów" sowieckich, to cały proces instalacji rakiet toczył się, to zrozumiałe, w największej tajemnicy. Z tarczą jest przeciwnie. Żaden temat nie jest głośniej i bardziej publicznie omawiany niż tarcza właśnie.

Najważniejsze jednak jest po czwarte. Otóż kryzys kubański skończył się co prawda technologiczną (demontaż bazy) kapitulacją Moskwy, ale politycznie oznaczał dramatyczny przełom: całkowitą satelizację Kuby. Fidel Castro - który podjął ryzyko, w razie konfliktu, zagłady swego kraju i jego mieszkańców - dowiedział się o wycofaniu rakiet i rozwiązaniu kryzysu z radiowego przemówienia Kennedy'ego.

Co do tarczy natomiast, to jeszcze ciągle są targi i wątpliwości. Wiadomo przecież, że ma przeciwników nie tylko w Rosji, ale także na Zachodzie, a nawet w Polsce i w Czechach.

Prezydent Putin od dawna ma kłopoty z polityką historyczną, to znaczy z dopasowywaniem historii do bieżących potrzeb Kremla. Tak było, kiedy uznał upadek ZSRR za "największą tragedię geopolityczną XX wieku"; kiedy w Monachium porównał sytuację roku 2007 do "czasu zimnej wojny" lub kiedy sponsorowane przez Kreml podręczniki historii porównują Stalina do Bismarcka.

Historia jest pożyteczna, bo pomaga prawidłowo przygotować przyszłość. Pod warunkiem że będzie także prawidłowo odczytana.
14:21, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »