RSS
wtorek, 25 listopada 2008
Przypadek
Przypadek, powiadają, jest kochankiem historii. Sam sprawdziłem. Byłem w Warszawie na zorganizowanej przez Instytut prof. Jerzego Kłoczowskiego konferencji "Polska i Europa Środkowo-Wschodnia we wspólnocie europejskiej". No i zaczęła się seria.

Przypadek, powiadają, jest kochankiem historii. Sam sprawdziłem. Byłem w Warszawie na zorganizowanej przez Instytut prof. Jerzego Kłoczowskiego konferencji "Polska i Europa Środkowo-Wschodnia we wspólnocie europejskiej". No i zaczęła się seria.

Moja obecność na konferencji zwołanej 20 lat po przełomie w Europie była naturalnie dziełem przypadku. Mogła wszak odbyć się beze mnie, intruza wśród historyków. Ten sam albo inny przypadek sprawił również, że prywatny lunch u ambasadora Belgii Jana Luykxa podany został w tej samej dużej sali, w której - znowu, nieprawdaż, przypadek - dokładnie 20 lat temu jadłem także lunch, znacznie jednak mniej prywatny.

Był to bowiem nie skromny dyplomatyczny posiłek, ale bomba sezonu. Na zaproszenie innego ambasadora Belgii w tej samej sali zebrało się bowiem wtedy, przy belgijskim okrągłym stole, znacznie więcej osób, a nawet osobistości - a mianowicie kilkunastu przedstawicieli partii komunistycznej trzymającej wówczas władzę w Warszawie i tyluż przedstawicieli opozycji (Mazowiecki, Geremek, Michnik i inni), niecierpliwie na przejęcie tej władzy czekający.

Menu nie pamiętam, ale jakoś dziwnie jak na tamte czasy beztroski nastrój - jak najbardziej.

Cóż innego niż przypadek mógł sprawić, że właśnie wtedy, dokładnie 20 lat temu, kiedy się tu wszystko kotłowalo, kiedy Polska była w oku politycznego cyklonu, który zmieść miał niedługo totalitarny porządek w sowieckim lodowcu, ja po raz pierwszy po - znowu - 20 latach wylądowałem w Warszawie w walizce premiera Belgii i mogłem przeprowadzić dla "Le Soir" pierwszy wywiad z premierem komunistycznego rządu.

Był to premier rządu PRL i znowu przypadek sprawił, że to akurat w tym wywiadzie poszedł w świat prawdziwy "scoop". Albowiem ani wywiad, ani premier nie byli banalni. Dokładnie 20 lat temu premier Polski, państwa ciągle satelickiego, które mimo iż na jego terytorium stacjonowało kilkanaście dywizji Armii Radzieckiej wyczyniało niesłychane łamańce całkowicie sprzeczne z liturgią obowiązującą w obozie sowieckim, na pytanie, czy nie boi się braterskiej pomocy Moskwy, odpowiedział: - Dopóki na Kremlu jest Gorbaczow, żadnej pomocy się bać nie trzeba.

Uslyszała to, i zrozumiała, reszta porwanej Europy.

Premier nazywał się Mieczysław Rakowski, członek ekipy, która otworzy drogę do polskiego Okrągłego Stołu. Był to kiedyś redaktor "Polityki", najlepszego tygodnika w zonie sowieckiej (dziś zresztą także), znowu przypadkiem mój stary kolega. I oczywiście, choć bardzo smutny, tylko przypadek mógł sprawić, że akurat po znowu 20 latach znalazłem się w Warszawie w dniu jego pogrzebu.

Historia zatoczyła koło. Idzie nowe dwudziestolecie. Nowe konferencje już radzą nad sposobem, sensem i oprawą obchodów 20. rocznicy... no właśnie - rocznicy czego i dlaczego? Gdzie się to wszystko zaczęło?

Stoi już ogonek do świetowania. W krajach Europy Środkowej i Wschodniej - do 20. rocznicy wyjścia z imperium. W Niemczech - do 20. rocznicy zwalenia muru w Berlinie. W Polsce stoją nawet dwa ogonki: jeden do 20. rocznicy niepodległościowego Okrągłego Stołu, drugi do rocznicy spisku i powstania wrażego układu.

A Europa się tymczasem zastanawia, jakich to nowych kochanków przypadek przyniesie nie byle Historii, a, jak pisała "Kultura" Giedroycia, "Historii spuszczonej z łańcucha"?
08:28, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 listopada 2008
Europa patrzy na Amerykę

Nie chciałem pisać o wyborach amerykańskich, inni się tym zajęli. Ale kiedy na ekran komputera wskoczyła depesza o zamknięciu berlińskiego lotniska Tempelhof, coś pękło, odżyła pamięć i wróciły wybory.

To tam przed 60 laty lądowały amerykańskie DC-3, tworząc legendę mostu powietrznego ratującego Berlin, ale przede wszystkim stawiającego pierwszy raz skutecznie tamę ekspansji Stalina. To tam na lotnisku Tempelhof głosowałem na Amerykę. I - z wyprzedzeniem - na jej prezydentów: i na demokratę, który w cieniu muru w 1963 roku zawołał: "Ich bin ein Berliner", i na republikanina, który w 1987 r. z tego samego miejsca wołał: "Panie Gorbaczow, niech pan zburzy ten mur".

Dziś w Europie amerykański prezydent nie musi obalać żadnego muru i niczego wołać. I bez tego Europa wierzy, że wybór Obamy to byłby prawdziwy przełom, że czarny prezydent wskrzesiłby "The American Dream" i nadzieję na braterstwo ludzi, a także poprawiłby natychmiast image USA na świecie tak dokumentnie zepsuty przez osiem lat Busha.

Ale w polityce nie ma nic bardziej niebezpiecznego niż złudzenia. Ja też głosuję na Obamę, ale myślę o Ameryce. Jestem świadom, jak wiele znaczyłaby dla świata Ameryka - niezawodny, lojalny i zaufany sojusznik także niezawodnej i lojalnej, zjednoczonej i nadal jednoczącej się Europy. Byłby jednak wielce ryzykowny pogląd, że taka Ameryka mogłaby powstać kosztem Ameryki.

W sferze polityki gospodarczej i międzynarodowej i McCain, i Obama będą pilnować interesów USA i postępować zgodnie z tymi interesami. W tej sferze zmieni się styl, ale nie można mieć wątpliwości: Demokraci i Republikanie są bliżsi sobie niż Europie, a aura Obamy nie pokrywa się z programem, który będzie on chciał czy musiał realizować.

Dlatego w tej Europie, która zniewolona musiała wegetować przez dziesięciolecia za murem i która w dalszym ciągu leży w tym samym miejscu kontynentu, nie ma obamomanii. Dla tej części Europy tylko do pewnego stopnia ważne jest kto - Obama czy McCain - będzie nowym prezydentem Ameryki. A naprawdę ważne jest, jaka będzie Ameryka nowego prezydenta. Dlatego Europa, ta zwana pojałtańską, zastanawia się nie tylko nad tym czy i jak przyszły prezydent potrafi przywrócić zaufanie do USA.

Ta Europa wie naturalnie, że to zaufanie jest niezbędne wobec nowych zagrożeń i nowych wyzwań takich jak nowy układ sił na świecie czy światowy kryzys finansowy, którym nie potrafimy sprostać bez udziału, a w niektórych dziedzinach bez przewodnictwa USA.

Ale uzupełnia ona ten spis rzeczy o jej własną specyfikę, syndrom Europy pamięci, tej podzielonej kiedyś przez Hitlera i Stalina, tej która tak długo żyła między Auschwitzem a Gułagiem. Dla niej także ważna jest odpowiedź USA na autorytarny i neoimperialny charakter władzy w pogruzińskiej Rosji i pozostającą w jej cieniu przyszłość jej sąsiadów.

Państwa Europy środkowej i wschodniej starają się ratować to, co zostało z kolorowych rewolucji na Wschodzie, ale obawiają się, że (np. gazowa) Realpolitik okaże się silniejsza od wizji europejskiej Ukrainy i Gruzji. I zastanawiają się, czy i co zrobi nowy, biały czy czarny, prezydent USA, aby Europa strachu przestała się bać?

15:12, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
Kundera i Wałęsa

Ministerstwo Prawdy? Policja pamięci? Proces pana K.? Orwell, Kafka... To, co się określa jako "casus Kundery", tzn. odkrycie w archiwach czeskiego IPN-u dokumentu świadczącego rzekomo o tym, że w latach czechosłowackiego stalinizmu pisarz doniósł milicji na jedną z poszukiwanych osób, wywołało falę literackich skojarzeń ubarwiających dość powszechną, zdumioną reakcję prasy zachodniej.

Kundera to bardzo popularny pisarz francuski (pochodzenia czeskiego, jak się czasem dodaje), podziwiany za literacką wartość jego książek, ale także znany z dość specjalnego - jak na sławnego pisarza - sposobu bycia.

Kundera nie dał się przejąć przez żaden klan polityczny, unika mediów, pisze w izolacji od normalnego nurtu życia i kapliczek intelektualnych, wypowiada się właściwie wyłącznie poprzez książki. Sądził chyba, że ten rodzaj współczesnej wersji wieży z kości słoniowej uchroni go od podmuchów rzeczywistości.

Mylił się. Po "rewelacjach" w Pradze zmuszony został do przerwania milczenia. Z właściwą sobie oszczędnością słowa zdementował bezpieczniacki scoop, wyśmiał sprawę, "która go zaskoczyła, której się nie spodziewał, o której do wczoraj nic nie wiedział i której nie było". No i wezwał poprzez adwokata i pod groźbą procesu tygodnik "Respekt", który rozdmuchał sensację, do odszczekania zarzutów.

Bardziej wścibscy dziennikarze poszli dalej. Zastanawiali się, czy chodzi tu o zawiść lub zemstę, "kto i jaki ma w tym interes" i komu służy ten paszkwil? Od razu zresztą odnotowali, że wszystko to miało się wydarzyć przed ponad 50 laty, że terror stalinowski u satelitów ZSRR był wtedy najostrzejszy właśnie w Czechosłowacji i że dokumenty z archiwów komunistycznej bezpieki są rzadko wiarygodne, co historycy w Pradze zresztą potwierdzili.

Dlaczego wracam do "afery Kundery"? Bo tak się złożyło, że dostałem właśnie informacje o uroczystościach 25-lecia Nobla dla Wałęsy i o nowej książce o "Bolku". Choć sytuacja jest paradoksalna - najbardziej znany Polak szykuje wielki międzynarodowy jubileusz, a równocześnie obrzucany jest błotem jako rzekomy agent komunistycznej bezpieki - to zachodnie echo "Bolka" jest znacznie słabsze niż sprawy Kundery. Wałęsa jest tutaj po prostu poza zasięgiem polskiego piekiełka.

Zbieżność obu "afer" wydaje się jednak uderzająca. W obu sprawach można by spytać, komu ma służyć paszkwil mający zniszczyć legendę "Człowieka z żelaza" lub reputację Kundery? Obaj protagoniści są sławni i popularni bardziej za granicą niż w kraju. Obojgu zarzuca się "zbrodnie" sprzed dziesięcioleci. Na podstawie dowodów, co do których są podejrzenia, że "odnalezione" w polskiej i czeskiej wersji orwellowskiego Ministerstwa Prawdy służą nie zawsze uczciwym, naukowym celom. Dlaczego np., obie "rewelacje" wybuchły dopiero teraz albo niedawno, skoro komunistyczne archiwa dostępne są od 20 lat?

Obie sprawy nie są identyczne, ale podobieństwo wielu ich aspektów skłoniło niektóre gazety do sformułowania bardzo rozmaitych refleksji. Pytają np., jakie ktokolwiek ma prawo sądzić dzisiaj postępowanie młodych, niedoświadczonych studentów lub robotników, terroryzowanych przed 50 laty przez fachowych komunistycznych oprawców, specjalistów od straszenia i szantażu? Kto i co daje nam prawo osądzania ludzi na podstawie dokumentów notorycznie fałszowanych i manipulowanych?

Smuga cienia kładzie się na dziś archiwalny spadek posowiecki. Stawka jest ogromna. Cena, jaką przyjdzie zapłacić za skażony podejrzeniem sposób wykorzystywania tego spadku, za włączenie ubeckiej plotki w służbę ideologii, to zaufanie nie do prawd dnia wczorajszego, ale dzisiejszego.
 

15:09, leopold.unger
Link Komentarze (2) »