RSS
wtorek, 28 grudnia 2004
Putin po Ukrainie
Kto stracił Ukrainę?! - pytają Rosjanie. Jak to kto? Głównym przegranym nie jest Janukowycz, lecz Władimir Putin. Dwa razy gratulował Janukowyczowi "bezdyskusyjnego" zwycięstwa, szkalował "kolorowe rewolucje". Teraz musi gratulować Juszczence. I pogodzić się z poczwórną rzeczywistością. Pierwsza, że jego "maniery", pogarda dla zwycięskich "kolorów", agresywna polityka wobec sąsiadów przynoszą skutki odwrotne do zamierzonych. Druga, że Ukraina dorosła, już była niepodległa, teraz będzie także wolna. Trzecia, że Ukraina nakreśliła granicę możliwości Rosji (jak kiedyś "S", a niedawno Gruzja) wpływania na procesy polityczne w krajach byłego imperium. No i na koniec czwarta - że autokracja nie jest jedynym możliwym systemem rządzenia w krajach posowieckich, nie wykluczając Rosji.
Naturalnie, pragmatyzm weźmie górę. Putin poszuka miejsca spotkania i jeżeli ma czyste intencje, szybko je znajdzie. Bo choć Juszczenko wyraźnie deklaruje opcję prozachodnią, to przecież wie, że historia, gospodarka, więzi narodowe i geografia będą mu dyktować bardzo wyważoną politykę zagraniczną. Zwycięska euforia nie inspiruje wspaniałomyślności, ale nie byłoby źle, gdyby Juszczenko pomógł Zachodowi w jego głównym obecnie "real-politycznym" zmartwieniu: ratowaniu twarzy Putina okropnie przeoranej nie dioksynami, ale gafami wobec Ukraińców.
Juszczenko, wydaje się, rozumie sytuację. "Trzeba, powiada, uznać, że prezydenta Ukrainy nie wybiera się w Moskwie", ale równocześnie ogłasza, że (tak jak wszyscy komunistyczni wasale) w pierwszą oficjalną podróż uda się do Moskwy. Putin także zrobił delikatne otwarcie. "Moskwa, powiedział, już współpracowała z Juszczenką, kiedy był premierem, i nie była to zła współpraca". No to na co czeka...?
Może na to, jak się zachowa drugi wielki sąsiad Ukrainy, czyli Unia Europejska i NATO. Dla Juszczenki wejście do Unii to jedyny logiczny wybór. Dla Rosji ta sprawa jest tak odległa, że właściwie obojętna. Dla Unii to, brutalnie mówiąc, na razie fikcja polityczna. Unia jednak zdaje sobie sprawę z konieczności wysłania do Kijowa bardzo wyraźnych obietnic. Dokładna formuła jest do ustalenia, ale naturalnie nie można negocjować wejścia Turcji do Europy, a ukraińską demokrację, choć biedną i niedoskonałą, wyrzucać na zawsze poza granice Europy.
Znacznie bardziej delikatna jest kwestia Ukrainy w NATO. Niektórzy uważają, że wystarczy pięć lat drastycznej reformy wojska, a Ukraina może pukać do drzwi Sojuszu. Taka perspektywa ma z punktu widzenia Zachodu niewątpliwe uroki. Dla Moskwy jednak Ukraina w NATO to państwo skierowane przeciw Rosji, to powrót do zimnej wojny. Jasne, w polityce wszystko jest możliwe, ale ci, którzy powołują się na tolerancję Putina wobec natowskiej integracji państw bałtyckich, też przecież byłych republik sowieckich, mogą się srogo pomylić. Kijów nie leży nad Bałtykiem, a Putin nie jest bezbronny (także na Ukrainie, wprost przeciwnie) i nie zawsze, taki jego charakter, bywa tolerancyjny.
"Prezydenci odchodzą i przychodzą, a naród ukraiński zostaje" - powiedział słusznie Putin, parafrazując swojego wielkiego poprzednika. Taką myśl, a propos Hitlera i narodu niemieckiego, sformułował mianowicie Stalin, szykując równocześnie zniewolenie połowy tego narodu. Putin ma podobne skojarzenia, co nie znaczy, miejmy nadzieję, że ma podobne zamiary.
17:15, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
wtorek, 21 grudnia 2004
Domino jest w ruchu
Państwo przeżarte korupcją i nepotyzmem; policja, bezpieczeństwo i wojsko - jedyna gwarancja trwałości reżimu; słabe społeczeństwo obywatelskie; czujne oko Moskwy; ludzka fala zdobywa stolicę; zaskoczony Zachód i, na koniec, 26 grudnia. Ukraina 2004? Nie, Bukareszt 1989.
15 lat temu sczezł "system Ceau escu", najbardziej odrażający szczep na komunizmie. System, gdzie najgorsze cechy sowieckiego komunizmu zostały podniesione do rangi instytucji państwowych.
Ostatni akt rozpoczął się 16 grudnia od powstania i wojskowej pacyfikacji (100 zabitych) w Timisoarze, wielkim mieście w Transylwanii. 22 grudnia fala zalała Bukareszt. Rząd wezwał do wielkiej manifestacji "poparcia dla władzy". Wielka ona rzeczywiście będzie: 100 tysięcy ludzi manifestuje nie za, ale przeciw Ceau escu, zdobywa gmach KC. Szef partii od 1965 roku, Ceau escu, tyran i nieobliczalny (zniszczył stary Bukareszt) megaloman, nieuk, ale przebiegły gracz, kilkakrotnie w sporze z linią Moskwy (nie brał udziału w najeździe Pragi w 68 roku, ale wziął udział w bojkotowanej przez obszar sowiecki olimpiadzie w Los Angelos w 84 r.), obiekt, wraz z żoną Eleną, jego złym duchem, groteskowego "kultu jednostki", próbowali uciekać, ale nawet helikopter nie pomógł.
Tyrani także mają prawo umierać w godności, ale obojgu Ceau escu się to nie udało. Finał nastąpił 26 grudnia. Powinni byli być sądzeni jak Eichmann czy Petain, przez niezależny trybunał, skazani po wysłuchaniu prawdziwego aktu oskarżenia i po obronie przez prawdziwych adwokatów. A tymczasem sądzeni byli jak Beria, kat w służbie Stalina, skazani przez sąd kapturowy, po farsie sądowej, i natychmiast, w koszmarnych okolicznościach, rozstrzelani.
"Rewolucja" rumuńska ciągle nie ma jasnego miejsca w historii. Egzekucja była nie aktem sprawiedliwości, ale operacją polityczną. Nie zemstą, ale inwestycją. Chodziło nie tyle o nieunikniony już koniec tyranii, ale przede wszystkim o interes "spadkobierców", kandydatów do schedy po satrapii. Egzekucja osłonić miała monumentalne oszustwo - spontaniczna (w zasadzie) na poziomie ulicy rewolucja była w istocie pokomunistycznym puczem, sposobem przejęcia władzy przez grupę byłych wspólników Ceau escu, którego reżim stał się, w fazie pierestrojki Gorbaczowa i krachu komunizmu w europejskiej części sowieckiego imperium, totalnym anachronizmem. Sam proces to był krwawy i cyniczny, trzeba było, ciągle nie wiadomo, czy strzałem w tył głowy, czy salwą z kałasznikowa (najpewniej kolejno oba, film-dokument z egzekucji jest zmanipulowany) obojgu Ceau escu natychmiast i na zawsze zamknąć usta, to byli bowiem świadkowie wydarzeń, w których aktorami byli kandydaci do spadku i władzy w Rumunii.
Szkoda, to jasne, że naród rumuński pozbawiony został w ten sposób, zapewne na zawsze, najważniejszego, poprzez normalny proces, źródła prawdy o swoich koszmarnych latach drugiej połowy XX wieku. Ale to właśnie w Rumunii, w naznaczonym krwią dniu 26 grudnia 1989, przestało padać domino uruchomione wiosną w Polsce, to tam zakończył się rozdział historii otwarty polskim Okrągłym Stołem. Od tego dnia można było po raz pierwszy po wojnie przejechać Europę, od Atlantyku do Brześcia, nie przekraczając żadnego muru.
Dziś domino znowu jest w ruchu. Zaczęło padać w Gruzji, toczy się po Ukrainie. Niedługo dotrze dalej. Bez, miejmy nadzieję, oszustw, kpin ze sprawiedliwości i salw z kałasznikowa.
16:02, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
środa, 15 grudnia 2004
Komu ratować twarz
W polityce ważniejsze jest to, w co się wierzy, niż to, co jest prawdziwe. Talleyrand był cynikiem i niewykluczone, że ta jego refleksja dotyczyła plotki o otruciu Napoleona na Świętej Helenie. Dotyczy ona także Juszczenki, z tą różnicą, że Ukrainiec truciznę połknął na pewno i że (na razie) udało mu się nie tylko przeżyć, ale i dać się, jako żywy męczennik, łatwiej wybrać prezydentem.
W tej sytuacji Putin ma do wyboru dwa stanowiska. Może, po pierwsze, uznać, że Wiktor Juszczenko to pragmatyk, nie anioł, ale też żaden awanturnik, bez złudzeń i co do zależności od rosyjskiego rynku, i co do wspaniałomyślności Zachodu, że można z nim robić interesy i nareszcie nawiązać z naprawdę niepodległą Ukrainą dobrosąsiedzkie, lojalne stosunki.
Byłby to wniosek słuszny, ale bolesny i bardzo w Rosji niepopularny. Dlatego nie można wykluczyć, że Władimir Putin zechce, choćby na próbę, odwrócić bieg wydarzeń. Ma wszak do dyspozycji szeroki arsenał środków. Może, po odczekaniu, sięgnąć po szantaż gospodarczy, odwołać się do "zdrowego odruchu klasy robotniczej", np. górników z Donbasu, albo, nagle, powtórzyć dobrze przećwiczony polski Grudzień, załatwić sprawę przy pomocy jakiegoś ukraińskiego generała w ciemnych okularach.
Putin zagrał ostro. Za ostro. Popełnił serię zaskakujących błędów. Ingerował w ostentacyjny sposób w wewnętrzne sprawy suwerennego państwa, brutalnie pokazał, jak Rosja chciałaby traktować swoich sąsiadów (dziś Ukraina, jutro ), fatalnie nie docenił patriotyzmu nowych Ukraińców, zaangażował cały swój prestiż po stronie oszusta i oskarżył zachodnich spiskowców o zamiar oderwania Ukrainy od rosyjskiej macierzy. No i nie wziął pod uwagę międzynarodowej koniunktury, a w tym wejścia Busha w drugą, i ostatnią, kadencję.
Że zagranica, bliska i dalsza, się wydarzeniami na Ukrainie bardzo interesowała, nie ulega kwestii. Dlaczego, nie trzeba tłumaczyć. Tylko że brutalna gra Putina, który liczył na jakąś nową "Jałtę" (wolne ręce na Ukrainie, jak w Czeczenii, w zamian za pomoc w wojnie z terroryzmem), przyniosła skutek odwrotny do zamierzonego. Nawet tak mu bliscy Chirac i Schröder musieli, razem z tymi, którzy, tak jak kiedyś, znowu "nie chcieli siedzieć cicho", poprzeć Ukraińców, euro-atlantycki zachód otrzymał wymarzoną okazję odtworzenia (na jak długo?) śladów dawnej jedności, Europa na spotkaniu z Putinem otworzyła nareszcie usta (i nie po to, aby ziewać), a Bush zapowiedział wizytę w Brukseli, umizguje się do NATO i UE. Wszyscy już rozumieją, że rosyjska "demokracja sterowana" to zawracanie głowy, a jej tolerowanie prowadzi do rozzuchwalenia Kremla i awanturnictwa za granicą. Putin strzelił sobie w nogę, ośmieszył tzw. otwarcie Rosji na świat, przekreślił własną (tyle, ile miał) wiarygodność.
Ukraina to pierwsza prawdziwa porażka Putina na scenie międzynarodowej. Putin jest w trakcie niszczenia tego, co wydawało się jego prawdziwym osiągnięciem - zaufania Zachodu i jego przekonania o nadrzędności stosunków z Kremlem kosztem np. Ukrainy.
Jakkolwiek miałyby się rozwinąć wydarzenia, postawa Zachodu nie powinna więc, wbrew temu, co sugerował pewien dyplomata, ograniczać się już do ratowania twarzy Putina. To zatruty albo otruty Juszczenko ratowania twarzy naprawdę potrzebuje. Nie w przenośni. Dosłownie.
17:28, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
wtorek, 07 grudnia 2004
Unia powinna zrozumieć
Ukraińcy Bastylii nie wzięli. Nie było jej w programie, a Juszczenko to nie Robespierre. Żadna instytucja z czasów Kuczmy nie została obalona. Jeżeli nic ani nikt nie przeszkodzi w wyborze Juszczenki, to jego państwo ukraińskie zacznie funkcjonować w starych ramach, powoli, w miarę możliwości, dezynfekowanych z korupcji, mafijności i wasalstwa.
Bądźmy więc ostrożni, wszystko - także najgorsze - jest wciąż możliwe, ale Ukraińcy, nagle wyprostowani, zrobili trzy kroki, od których (w każdym razie psychicznie, bo siłą można wszystko popsuć) odwrotu już nie ma.
Po raz pierwszy na Ukrainie to wymiar sprawiedliwości - sąd najwyższy - a nie intrygi polityków zadecydowały o losie państwa. Są więc jeszcze sędziowie w Kijowie. Wniosek: Ukraina może być państwem prawa, możliwa jest demokracja.
Podczas kryzysu, brzemiennego w groźne konflikty polityczne, klanowe i dzielnicowe, Ukraińcy zachowali (nie zawsze tak bywało) zimną krew. Na terytorium kraju większego od Francji nie odnotowano żadnych większych aktów gwałtu. Żadne komando ekstremistyczne nie potrafiło poważnie zakłócić spokoju tłumów. Odwrotnie: pomarańczowy apel trafił do wszystkich warstw, ujawnił zręby społeczeństwa obywatelskiego. Wniosek: stabilizacja nie pod knutem, ale poprzez świadomość obywateli jest na Ukrainie możliwa.
W analizie pomarańczowej fali Putin popełnił monumentalny błąd. W kleszczach obsesji "obszaru słowiańskiego" zaskoczony skalą i powagą rewolty zachował się jak pułkownik KGB (teraz straszy nawet Serbią i natowskimi bombami), a nie jak prezydent wielkiego zaprzyjaźnionego państwa. Po 70 latach sowietyzmu i 13 latach wasalstwa Ukraińcy, i to jest ich krok trzeci, potrafili w ciągu kilku dni znaleźć (czy na trwałe - to się okaże) rozwiązanie kryzysu całkowicie sprzeczne z "argumentami" wysuniętymi u nich w domu, osobiście przez Putina. Wniosek: między Rosją i Europą Ukraina z Juszczenką może być naprawdę niepodległa.
Demokracja, stabilizacja, niepodległość ? Na Ukrainie? Przez długi - zbyt długi - czas Unia Europejska nie mogła, nie chciała w to uwierzyć. Teraz dzięki postawie Ukraińców, przy upartej pomocy - przede wszystkim Polaków, ostrożnych ekspertów od pułapek rosyjskiej teorii "bliskiej zagranicy" - Europa, choć z oporami, musi pogodzić się z rzeczywistością. Zrozumieć, że w sprawach Ukrainy trzeba telefonować do Kijowa, a nie do Moskwy. Że mimo niewątpliwej specyfiki historii rosyjsko-ukraińskiej stosunki Unii z Ukrainą nie mogą być zakładnikiem ani funkcją jej stosunków z Rosją, że Unia musi się zdobyć na politykę wschodnią, bo to nie koniec, bo domino jest w ruchu, i że np. na Białoruś, ostatnią dyktaturę w Europie, też przyjdzie kolej. I że spokojna pomarańczowa fala dotrze także do granic Rosji, zdynamizuje demokratyczną (obecnie w proszku) opozycję w Rosji. I że Putin nie powinien być jedynym rozmówcą Zachodu w Moskwie. Że naturalnie Unia powinna dbać o dobre, jak najlepsze, partnerskie stosunki z Rosją, ale że interes Rosji polega na tym samym.
Demokracja, stabilizacja, niepodległość Te trzy filary idei europejskiej, trzy jej podstawowe wartości, zostały zdobyte przez samych Ukraińców. Czy Europa, której racja bytu na tych trzech filarach się opiera, nie powinna teraz, rysując bez demagogii i lekkomyślnych obietnic jakiś pozytywny europejski scenariusz dla Ukrainy, zrobić wszystko, aby zapewnić tym wartościom trwanie i przyszłość? Na Ukrainie. I gdzie indziej.
18:29, leopold.unger
Link Komentarze (4) »