RSS
wtorek, 27 grudnia 2005
Hańba Kaddafiego
Ile baryłek nafty warte jest życie sześciu ludzi? Rozpoczęła się nowa runda bandyckiej intrygi pułkownika Kaddafiego, w której stawką jest los pięciu bułgarskich pielęgniarek i palestyńskiego lekarza.
Wegetujący od siedmiu lat w libijskim gułagu pielęgniarki i lekarz zostali skazani w maju 2004 r. na karę śmierci za umyślne zarażenie w szpitalu 1998 r. 426 dzieci wirusem HIV. Według libijskich władz 51 dzieci już zmarło.
Od początku broniłem tezy o niewinności pielęgniarek, ofiar tropikalnej wersji stalinowskiego procesu lekarzy. Kobiety zdecydowały się na pracę w libijskim raju nie w celu trucia małych pacjentów, a w poszukiwaniu garści dolarów.
Miałem do tego podstawy. Najlepsi biegli, np. odkrywca wirusa HIV prof. Luc Montagnier, bez trudu udowodnili, że dzieci padły ofiarą nie zagranicznego spisku, a fatalnych warunków sanitarnych w libijskich szpitalach, m.in. wielokrotnego używania strzykawek jednorazowych.
Jednak honor pułkownika nie pozwalał mu na uznanie prawdy o lekceważeniu higieny ani o tym, że epidemia wśród dzieci wybuchła, zanim Bułgarki w ogóle się w Libii znalazły. Wywoływał za to regularne "chwile nienawiści" rodzin nieszczęśliwych dzieci, ruszył też na poszukiwanie oraz odstrzał kozła ofiarnego. Znalazł Bułgarki. Koniec. Kurtyna.
Nie na długo. Świat także się ruszył. W trosce o ratowanie niedawno odzyskanego międzynarodowego dziewictwa Kaddafi zaczął się targować. Po swojemu. Sam niedawno wykupił się z hańby światowej, płacąc odszkodowanie za śmierć pasażerów zamordowanych libijską bombą na pokładzie samolotów Pan American i UTA. Teraz chce, aby świat, który w sprawie niewinnych pielęgniarek nie podkładał nikomu żadnej bomby, ani dosłownie, ani w przenośni, zapłacił za uratowanie ich spod libijskiego szafotu.
Dowiadujemy się więc, że - by uratować swoich obywateli - Bułgaria musiała wyrazić zgodę na utworzenie wraz z Libią specjalnej międzynarodowej fundacji pomocy dla rodzin libijskich dzieci zarażonych wirusem HIV. Do tego targu z Libią o życie pielęgniarek i twarz pułkownika Kaddafiego przyłączyły się - bo sama Bułgaria była za słaba i za biedna - rządy USA i Wielkiej Brytanii.
Pierwszy skutek już jest - sąd najwyższy Libii nagle zmienił zdanie i w niedzielę postanowił odesłać sprawę do ponownego rozpatrzenia w pierwszej instancji. Dopuszczono się mianowicie wielu uchybień. Fachowcy od razu zrozumieli, że oto wygrywa cynizm.
Naturalnie, życie niewinnych zakładników porwanych przez pułkownika z namiotu uzasadnia wszelkie koncesje, co nie zmienia faktu, że jesteśmy świadkami, a częściowo i uczestnikami, ogromnego skandalu. Albo bowiem pielęgniarki są winne (co jest wykluczone) i wtedy powinny ponieść karę, albo są niewinne i powinny natychmiast odzyskać wolność. Wszelkie targi stanowią w tych okolicznościach zwyczajną kapitulację wobec nadzwyczajnego szantażysty z epoletami pułkownika.
Kilka dni temu uzbecki minister spraw wewnętrznych Zokirjon Almatow, współodpowiedzialny za przeprowadzenie w maju masakry rebeliantów w Andiżanie, musiał uciekać z Niemiec, gdzie był na leczeniu, gdyż groziło mu aresztowanie. Kaddafi jest współodpowiedzialny za śmierć wielokrotnie większej liczby ofiar niż uzbecki minister. Zamiast jednak być pariasem świata i stać pod międzynarodowym pręgierzem pułkownik Kaddafi jest z całą pompą przyjmowany w najelegantszych stolicach świata. Inaczej mówiąc: Kaddafi ma naftę, my mamy hańbę.
10:44, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 grudnia 2005
Litania
Kiedy prezydent Iranu, Mahmoud Ahmadinezad, oznajmił, że "Izrael to rak, który trzeba zetrzeć z powierzchni ziemi", cywilizowany świat potępił jego słowa, uznał za niedopuszczalny fakt kwestionowania prawa do istnienia suwerennego państwa - członka Narodów Zjednoczonych, ale w swoim oburzeniu nie posunął się dalej i żadnych kroków nie podjął aby recydywie skutecznie zapobiec.
Kiedy Mahmoud Ahmadinezad, zasugerował aby "Izrael przeniesiony został z Bliskiego wschodu do Europy, Stanów Zjednoczonych, Kanady a najlepiej na Alaskę i aby te terytoria oddały skrawek swej ziemi na rzecz państwa syjonistycznego", Zachód uznał te propozycje za niedopuszczalną prowokację, ale niczego nie zrobił aby dać konkretny wyraz swemu oburzeniu, i tamy następnym prowokacjom położyć nie potrafił.
Kiedy prezydent Iranu wyśmiał Szoah, a los jaki hitlerowcy zgotowali milionom Żydów określił jako "mit wynaleziony przez zachodnie państwa na żołdzie syjonistów", świat demokratyczny zaprotestował, uznał te słowa za skandaliczne i niebezpieczne, zwłaszcza w kontekście irańskich ambicji wyposażenia się w broń atomową, i chociaż wiadomo, że zaniechanie nigdy zbrodni nie zapobiegło, nikt nie odważył się pójść dalej, podjąć takich konkretnych kroków, aby położyć kres kolejnym aktom negacji dramatów naszego świata.
Kiedy mordercy działający na rzecz syryjskiego zleceniodawcy, wysadzili w lutym tego roku w powietrze pancerny samochód wraz z jego pasażerem, Premierem Libanu, Rafikiem Harriri, władze krajowe i instytucje międzynarodowe wyraziły wstrząs i oburzenie tą niesłychaną zbrodnią oraz otworzyły śledztwo, ale nie potrafiły ani ujawnić sprawców, ani przeszkodzić recydywie.
Kiedy mordercy działający ciągle na rzecz tych samych zleceniodawców, w czerwcu zamordowali, wysadzając kolejny samochód, Samira Kassira, wybitnego dziennikarza, komentatora dziennika An Nahar, bezwzględnie zwalczającego syryjską okupację Libanu, cywilizowany świat zagrzmiał z oburzenia, uznał, że Irańczycy zasługują na lepszego prezydenta, ale zbrodniarze i zleceniodawcy, choć znowu ci sami, są ciągle na wolności.
Kiedy zbrodniarze działając, zdaniem niemieckiego sędziego Detlewa Mehlisa, szefa międzynarodowej komisji śledczej, na zlecenie tajnych służb syryjskich, zamordowali w grudniu tego roku Gebrane Tueni, libańskiego chrześcijanina, posła do parlamentu, wybitnego dziennikarza, syna dyrektora dziennika An Nahar, nieprzejednanego w oporze wobec syryjskiej okupacji Libanu, świat demokratyczny zawył z bólu i westchnął, że Liban nie przestaje płacić daniny krwi za swoje dążenie do "desyrianizacji" kraju. I chociaż wiadomo, że zaniechanie nigdy zbrodni nie zapobiegło, świat zdobył się tylko na gest hipokryzji: rozważa przekazanie sprawy "seryjnych morderstw" w Libanie w ręce bezradnej, sparaliżowanej nieuchronnym wetem Rosji czy Chin, Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem komunistą
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem związkowcem
Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem Żydem
Kiedy przyszli po katolików, nie protestowałem. Nie byłem katolikiem
Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było

Martin Niemöller, autor tej elegii, był niemieckim pastorem protestanckim. Został przez hitlerowców skazany w 1938 za obronę prześladowanych Żydów i opozycję wobec reżymu nazistowskiego. Przesiedział w hitlerowskich obozach do końca wojny. Odważny i mądry pastor wiedział, ze zaniechanie i tchórzostwo zbrodni nie zapobiegają. Niemöller zmarł w roku 1984. Ale swój poemat Niemöller napisał w roku 1942. W Dachau.
11:10, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 grudnia 2005
Strzelać, żeby zabić
Wszystko jest w najlepszym porządku, policjanci zachowali się tak, jak powinni, zgodnie z instrukcją. Wynik - dwie niewinne ofiary wojny z terroryzmem.
Rigoberto Alpizar, lat 44, obywatel USA i Kostaryki, pasażer samolotu American Airlines, został w ubiegłą środę strzałem w głowę zabity przez policję na lotnisku w Miami. Policja i świadkowie twierdzą, że Alpizar groził zdetonowaniem bomby, która miała się znajdować w jego podręcznym bagażu. Po raz pierwszy od 11 września 2001 r. wszedł do akcji "air marshall", czyli policjant wyszkolony do interwencji na pokładzie samolotu. Obecności bomby nie stwierdzono ani w bagażu ręcznym, ani nigdzie w samolocie. Stwierdzono natomiast, że Rigoberto Alpizar był osobnikiem maniakalno-depresyjnym
Jean Charles de Menezes nie był ani maniakalny, ani depresyjny. Ale 22 lipca 27-letni elektryk brazylijski zastrzelony został w wagonie metra londyńskiego, albowiem policja brytyjska wzięła go bezpodstawnie, jak się z opóźnieniem okazało, za jednego z terrorystów islamskich, którzy w tym czasie właśnie wysadzali się w powietrze razem z dziesiątkami pasażerów. Policjanci dokładnie strzelali. Menezes dostał siedem kul prosto w głowę.
W obu wypadkach zadaniem policji było "zapobieżenie wrogim aktom wobec pasażerów i załogi". W obu wypadkach władze bronią decyzji strzelania, albowiem kiedy sytuacja zagraża bezpieczeństwu pasażerów, funkcjonariusze obowiązani są działać zgodnie z instrukcją, czyli stosować rozkaz "shoot to kill", tak strzelać, aby zabić właściciela bomby. Mierzyć należy w głowę, ponieważ strzelanie np. w tors może spowodować wybuch bomby, co właśnie policjanci mają uniemożliwić.
W obu wypadkach dramat tłumaczy się psychozą zagrożenia, kiedy po krwawej serii zamachów policja znalazła się pod ostrą publiczną presją bezwzględnego przeciwdziałania planom terrorystów.
Staram się zrozumieć. "Każda rewolucja niesie za sobą masakrę niewinnych" powiedział Baudelaire. Poeta miał rację z tym, że wojna z terroryzmem także takie ofiary niesie. Wiadomo, zerowe ryzyko nie istnieje. Żyć w naszych czasach (ale tak było zawsze, różnice są tylko technologiczne) to znaczy codziennie i stale ryzykować. Znaleźć bowiem w tak okrutnym starciu cywilizacji z fanatyzmem jak wojna z terroryzmem minimum równowagi między postulatem bezpieczeństwa za wszelką cenę z jednej strony a wolnością i prawami człowieka z drugiej to bardzo niełatwa gimnastyka. Niełatwa, ale absolutnie niezbędna. Ta kwestia akurat negocjacji podlegać nie może. Wrogiem nie jest policja, wrogiem jest terrorysta, ale trzeba stale i bez wahania dążyć do utworzenia jak najbardziej skutecznej (doskonała nigdy nie będzie) tamy i przeciw terroryzmowi, i przeciw nadużywaniu argumentu o absolucie bezpieczeństwa.

Specjaliści naturalnie zadają sobie pytanie, czy czasem pogoń za mordercami w wojnie, jaką wydał cywilizacji islamistyczny fanatyzm, nie niesie zagrożenia dla wolności i dla - jak te dwa wypadki wykazują - życia niewinnych ludzi, przypadkowych ofiar "instrukcji"? Takie ryzyko oczywiście istnieje. Imperatyw bezpieczeństwa za wszelką cenę to prawdziwy despota. Przeciwstawianie mu abstrakcyjnych pojęć wolności i praw człowieka jest słuszne i uzasadnione, ale sprawy nie załatwia. Banie się tego imperatywu czy namawianie do rezygnacji z niego nie mają sensu. Bać się należy sposobu, w jaki niektórzy chcieliby lub już wprowadzają go w życie. Cudze.
17:59, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 grudnia 2005
Nasz drań Karimow
Warci jesteśmy śmierci. Błagamy o łaskę ”. Na ławie oskarżonych jest ich 15 (niedługo trafi tam następnych 60), zarzut - próba zamachu stanu podjęta „przy pomocy USA, agentów oraz dziennikarzy zagranicznych”. Wszyscy przyznali się do winy, adwokaci prosili o łagodny wymiar kary.
Skąd my to znamy? Jak to skąd - z Moskwy roku 1938 i ze stolic satelickich lat 50., kiedy to Stalin i jego namiestnicy w Pradze, Budapeszcie czy Sofii wymuszali torturami przyznanie się do winy z pełną świadomością nieuchronnego końca kaźni - kuli w kark za niepopełnione zbrodnie.
Jasne, że Taszkient 2005 to nie Moskwa 1938, w Uzbekistanie (oficjalnie) nie ma gilotyny. Ale bez złudzeń panowie: skazani na 20 lat tiurmy za "terroryzm" - w tym wypadku za udział w maju 2004 r. w rewolcie przeciw reżimowi prezydenta Islama Karimowa w mieście Andiżan, gdzie wojsko uzbeckie zabiło między 500 a 1000 (nikt nie zna prawdziwej liczby) cywilów - mają niewielkie szanse dożycia do wolności.

Karimowa długo przedstawiać nie trzeba. Były komunistyczny władca Uzbekistanu potrafił terrorem i sprytem utrzymać wraz z rodziną i klanem władzę po rozpadzie ZSRR. Do niedawna satrapa był ważnym sojusznikiem USA, które w zamian za garść dolarów dysponowały w Uzbekistanie bazą wojskową zasadniczej, jak twierdzono, wagi w wojnie z terroryzmem.
Szczęście trwało kilka lat, ale się skończyło. Dzisiaj Karimow to persona non grata na Zachodzie. W Andiżanie wyraźnie przesadził, Amerykanie nie zdzierżyli i powiedzieli, że tak nie można. Waszyngton stał się mniej tolerancyjny wobec zbrodni "sojusznika", zamknął kasę, tym łatwiej że po zwycięstwie w Afganistanie baza w Uzbekistanie straciła na znaczeniu.
Czy Karimow wpadł w rozpacz? Czy poczuł się pariasem świata? Nic podobnego. Amerykanów wyrzucił za drzwi, a 14 listopada - w dniu ogłoszenia wyroków w Taszkiencie - już był w gościnnych ramionach nowego protektora. Gdzie? W Moskwie. Tego dnia prezydenci Putin i Karimow podpisali strategiczny sojusz. Dla Karimowa "Rosja stanowi najpewniejszy szaniec", a dla Putina reżim uzbecki to "najwierniejszy sojusznik".
Że to nieładnie tak zmieniać gościnne ramiona? Wskakiwać bez żadnego postoju z jednego łóżka w drugie. Bądźmy poważni, rozmawiajmy bez hipokryzji. Ci superpotężni nigdy nie zwracali zbytniej uwagi na moralną stronę postępowania ich klientów. Stopień czcigodności partnera stanowił zawsze zmienną obliczaną w zależności od jego skuteczności i pożytku. Czyż nie mieliśmy już za sojuszników greckich pułkowników, Pinocheta i Mobutu czy Duvaliera, nie mówiąc już - by wrócić do terroryzmu - o naftowych Saudyjczykach, sponsorach najbardziej radykalnych islamistów? Wszystko jedno, jaka wojna - gorąca, zimna czy z terroryzmem - wartości demokracji nigdy nie odgrywały większej roli, kiedy trzeba było zwerbować nawet najbardziej odrażającego, ale pożytecznego wspólnika.
W tym kontekście Karimow, choć to rzeczywiście wyjątkowy łobuz, nie jest żadnym wyjątkiem. On tylko potwierdza formułę właściwą wszystkim bezkarnym superwielkim, że "to rzeczywiście drań, ale nasz drań". A także smutny fakt, że tyrani rzadko bywają sami na świecie. A szkoda.
16:00, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »