RSS
środa, 20 grudnia 2006
"Hołodomor" znowu straszy

Walter Duranty był w latach 20. i 30. zeszłego wieku wieku korespondentem "New York Timesa" w ZSRR. Bardzo ceniony w Nowym Jorku i w Moskwie, uzyskał nawet wywiad ze Stalinem. Otrzymał również nagrodę Pulitzera, najwyższe wyróżnienie dziennikarskie w USA, za artykuły wychwalające reformy Stalina, które mały świadczyć o jego (Duranty'ego, nie Stalina) "przenikliwej ocenie i wyjątkowo trzeźwym spojrzeniu". Miał także, nic dziwnego, order Lenina.

Dzięki swemu spojrzeniu Duranty jako pierwszy zachodni dziennikarz dopuszczony został do regionów objętych w latach 1932-33 potworną klęską głodu. Tylko że Duranty głodu nie dojrzał. Negował katastrofę i potępił "złośliwą propagandę" na Zachodzie. A kiedy brytyjski "Guardian" opisał prawdę, Duranty obsmarował kolegów i nadal negował rozmiary klęski.

Dziś wszystko wiadomo: głód, "Hołodomor", sztucznie wywołany rekwizycją dobytku w toku przymusowej kolektywizacji wsi, spowodował na Ukrainie śmierć ok. 7 mln ludzi. Głód miał też zabić niepodległościowe aspiracje Ukraińców.

Tylko skoro wszystko wiadomo, a Duranty umarł w 1957 roku, to po co do tego wracać? Ano bo dziś, 70 lat po nieszczęściu, "Hołodomor" znowu straszy. Parlament w Kijowie powziął mianowicie uchwałę o uznaniu "Hołodomoru" lat 30. za ludobójstwo, aby - jak głosi - "spłacić tą drogą dług pamięci i złożyć zarazem hołd pokoleniom, które stały się jego ofiarą".

Kwestia głodu nie budzi kontrowersji. Kwestia ludobójstwa jak najbardziej. Niektórzy specjaliści uważają mianowicie, że dowód na ludobójstwo (sprawa interpretacji) nie jest jednoznacznie przeprowadzony. Ukraińscy politycy o prorosyjskiej orientacji uprzedzają, że upór przy ludobójstwie spowoduje pogorszenie stosunków z Moskwą. Kreml nie stracił czasu: ostrzegł Kijów przed polityzacją sprawy głodu.

Kreml wie, co mówi: kwestia głodu sięga daleko poza Ukrainę. "Hołodomor" wpisany jest w bardzo drażliwą i drażniącą debatę wokół kwestii, czy politycy powinni, wszystko jedno słusznie czy niesłusznie, w ogóle pisać prawdę historyczną. Czy można dekretem, a nie badaniem naukowym, ustalać prawdę i tworzyć pamięć zbiorową nie tylko Ukrainy, ale także Rosji oraz całego byłego imperium sowieckiego, gdzie ciągle pozostają liczne takie właśnie jak ukraiński głód białe (albo czarne) plamy, rozmaite, ciągle tajne, rozdziały czasu pogardy w Rosji, reszta teczek Katynia? Bowiem prawda narzucona dekretem czy uchwałą pozostanie podejrzana, niekompletna, a więc niewiarygodna.

Uchwała o "Hołodomorze" wnosi w ten sposób wschodnią specyfikę do ostrego aktualnego ruchu oporu historyków zachodnich wobec rosnących tendencji państw, rządów i parlamentów do ustalania prawdy historycznej odgórną drogą uchwał i ustaw. Polskie rządowe próby pisania historii na nowo w zależności od bieżących potrzeb politycznych nie wymagają tutaj komentarza. Będący w toku głośny francuski spór wokół projektu ustawy o ludobójstwie Ormian wystarczy, aby pojąć, na przykładzie choćby negocjacji z Turcją o wejście do Europy, jakie mogą być implikacje praktyczne pozornie teoretycznej dyskusji.

Urzędowe proklamacje prezydenta Iranu negujące zagładę Żydów są tej tendencji najbardziej jaskrawym i niebezpiecznym przykładem: są instrumentem nie tylko manipulowania historią i świadomością, ale także uprawiania konkretnej polityki.

Ukraiński Kongres w USA domaga się odebrania Walterowi Duranty'emu nagrody Pulitzera. Nieco późnawo

11:02, leopold.unger
Link Komentarze (3) »
środa, 13 grudnia 2006
1956: data europejska

To był pierwszy maraton w mojej karierze. Nie na bieżni, ale w sali, w Paryżu, przez cztery dni, w trzech kolejnych świątyniach myśli: Science Po (wydział nauk politycznych), Bibliotece Polskiej i Instytucie Polskim, przy współpracy ambasad węgierskiej i polskiej. Całość, bezlitosna dla wytrzymałości uczestników, miała za temat "1956: data europejska".

Zbędna skromność. Po 50 latach wiadomo już wszak, że ów rok to "data" nie tylko Europy, lecz sporej części świata. Rok 1956 zaczął się wszak w marcu 1953, w dniu śmierci Stalina, "zaliczył" raport Chruszczowa o zbrodniach koryfeusza, Poznań, polski Październik i węgierski Listopad, a skończył, to kwestia interpretacji, według jednych w 1957 r. wraz z pacyfikacją Węgier, według innych w 1989 r., kiedy upadł mur berliński, a są i tacy, których zdaniem on się w ogóle nie skończył...

Polskim czytelnikom, nawet młodym, nie trzeba chyba (choć nie jestem pewny) tłumaczyć, co się w owym roku wydarzyło. Na Zachodzie, wprost przeciwnie. Okazało się, że tutaj trzeba o tej "dacie" rozmawiać, że do niektórych prawd dopiero dzisiaj, po otwarciu rozmaitych wstydliwych archiwów, papierowych i mentalnych, obaleniu barier ignorancji i (czasem) arogancji, ten świat dopiero dociera.

Okazało się, że - świadkowie czy uczestnicy wydarzeń - mieliśmy rację, kiedy obawialiśmy się, że Zachód niewiele rozumiał z tego, co się w naszej "porwanej Europie" wtedy działo. Że nie docierał do nich, ciągle zresztą jeszcze nie dotarł, kolosalny (przeczytajcie książkę Bikont i Szczęsnej) przedpaździernikowy antytotalitarny ferment w polskiej inteligencji. Że tzw. wolny świat był (także długo potem) przekonany, że porządek pojałtański jest wieczny, nie do obalenia, że jak napisał pewien uczony amerykański - już za Gorbaczowa - "ZSRR jest niewzruszalnym czynnikiem porządku światowego", że więc nie należy ryzykować jego destabilizacji. Że Zachód uznał się za bezradnego wobec tragedii węgierskiej, albowiem Francja i Anglia zamieszane były wówczas w awanturę o kanał Sueski i miały inne zmartwienia. Jakie zmartwienia miała Francja dokładnie 25 lat temu, 13 grudnia 1981 r., kiedy jej minister spraw zagranicznych ogłosił swą "bezradność" wobec puczu gen. Jaruzelskiego, nie zostało dokładnie wyjaśnione...

Ważne, że w Paryżu doszło do zgody, iż ów rok 1956 stanowił pierwszy prawdziwy wyłom w systemie sowieckim. Że to w 1956 r. zaczął się powolny, ale realny uwiąd ZSRR, który zakończy się rozpadem imperium w grudniu 1991 r. Że - co miało swój specjalny wydźwięk właśnie w Paryżu - to od wydarzeń roku 1956, rewelacji Chruszczowa, poznańskiej i węgierskiej krwi zaczął się stopniowy, ale nie do powstrzymania zachodni rozwód z komunizmem. Rok 1956 zaczął rozwierać szczęki "ukąszenia heglowskiego", ideologicznej pokusy komunistycznej. Krótko mówiąc, rok 1956 jest datą przełomową w historii Europy, jest niezbywalnym składnikiem procesu narodzin wspólnoty europejskiej, współtwórcą geopolitycznej rekompozycji naszego kontynentu.

Paryska debata przyniosła sporo nowych szczegółów i tyleż, a może i więcej, nowych wątpliwości. Ale wniosła też postulat, jeden tylko, ale nie do odparcia: rok 1956 musi nareszcie zająć miejsce ,jakie mu się należy w zbiorowej pamięci Europy i Europejczyków. W istocie bowiem taka jest cena jej i ich jedności.

18:32, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 grudnia 2006
Artyści od Litwinienki

"Zabójstwo to dzieło sztuki, ale nie każde zabójstwo jest arcydziełem i nie wszyscy zabójcy są artystami". Zabójstwo Litwinienki przekonało mnie, że ta dawna formuła Tomasza de Quinceya (1785-1859) może się znowu przydać.

Był więc czy nie był artystą Mikołaj Chochłow, kapitan KGB, który w lutym roku 1954 wyposażony w papierośnicę zamienioną w pistolet z zatrutymi kulami zjawił się we Frankfurcie z misją zamordowania szefa pewnej rosyjskiej organizacji emigracyjnej?

Albo był czy nie był artystą Bogdan Stasziński, też oficer KGB, weteran krwawych misji zagranicznych, który trzy lata później zjawił się także w Republice Federalnej i też w celu zabicia rosyjskiego działacza emigracyjnego? Tym razem przy użyciu metalowej rurki zawierającej truciznę, która spowodowała natychmiastową śmierć o symptomach podobnych do ataku serca.

Dwa arcydzieła? Do pewnego stopnia tylko. Bowiem obaj panowie zrezygnowali ze "sztuki" na rzecz uroków Zachodu (cherchez la femme) i wszystko opowiedzieli swoim kolegom z wywiadów zachodnich.

No a zabójstwo Litwinienki jest czy nie jest arcydziełem? Człowiek czy też ludzie, którzy go otruli, są czy nie są artystami?

Powoli, na odpowiedź za wcześnie, śledztwo w toku. Wiadomo tylko, że nie ma zbrodni doskonałej, że są jedynie te, których błędy nie zostały odkryte. Na razie więc, tak jak nieudana próba otrucia dioksynami Wiktora Juszczenki, tak udane otrucie Litwinienki polonem 210 uzupełnia długa listę spraw - "dzieł sztuki" - niewyjaśnionych, figurujących w antologii technik trucicielstwa.

W tym przypadku jednak bez większego ryzyka można już orzec, że truciciel Litwinienki artystą zdecydowanie był. I że to jemu udało się prawdziwe, w kategorii zabójstw, arcydzieło. To przecież ów nieznany nam ciągle artysta potrafił ukryć w nieznany nam sposób polon 210, radioaktywną truciznę, której ślady wciąż można znaleźć, po miesiącu, w kilkunastu miejscach wielkiego miasta i tyluż samolotach. I potrafił przewieźć radioaktywną truciznę z Rosji, gdzie według brytyjskich specjalistów z ośrodka atomowego w Aldermaston polon został wyprodukowany w jakimś wyspecjalizowanym rządowym laboratorium, do Londynu. I tam zamienił Litwinienkę w pierwszą ofiarę radiologicznego zabójstwa.

Trucicielstwo to stara technika znana od czasów antycznych, szalenie popularna w renesansie, opiewana w literaturze, szeroko stosowana w "załatwianiu" sporów politycznych, rywalizacji osobistych czy uniesień uczuciowych. Trucizna wszak to osławiona, anonimowa milcząca broń, skuteczniejsza i dyskretniejsza od broni palnej, która często (w Moskwie raczej rzadko) zostawia adres i podpis nadawcy.

Z natury jestem ostrożny, więc postanowiłem skonsultować się z ekspertami. Ich zdaniem "operacja Litwinienko" to przykład pracy zespołowej, fachowej ekipy, a nawet całej siatki o ogromnej rozpiętości i zasięgu, skomplikowanej organizacji koniecznej do zdobycia polonu, jego transportu, pokonania wszystkich barier policyjnych, celnych, kontroli granicznych, posiadającej delikatną, właściwie naukową umiejętność manipulacji promieniującą substancją. I wreszcie znajomość odpowiedniego dozowania i dyskretnego podania zatrutego dania.

Na lotnisku w Brukseli po bardzo dokładnej kontroli funkcjonariusze odpowiedzialni za bezpieczeństwo samolotu i pasażerów odnaleźli i skonfiskowali mi pastę do zębów. W Londynie i chyba gdzie indziej także "artystom" nikt niczego nie skonfiskował.

12:34, leopold.unger
Link Komentarze (4) »