RSS
poniedziałek, 29 marca 2004
Żałoba po Jassinie
Operacja izraelska stanowi akt bandytyzmu i piractwa, który gwałci wszystkie zasady prawa międzynarodowego ". Chodzi, to wydaje się jasne, o reakcję rządów, zwłaszcza tych, które przestrzegają wspomnianych zasad, na "wyeliminowanie" przez Izraelczyków szefa Hamasu, szejka Jassina. A guzik! Cytowane zdanie pochodzi z protestu Związku Sowieckiego ogłoszonego w lipcu 1976 r. po operacji w Entebbe, gdy komandosi izraelscy odbili żydowskich (inni byli zwolnieni wcześniej) pasażerów boeinga porwanego przez palestyńskich terrorystów.
"To akt agresji dokonany z premedytacją przez izraelskich syjonistów". Nie, znów nie chodzi o Jassina. To cytat z powielonego przez niezliczone rządy uroczystego protestu Chin (także modelu państwa prawa) ogłoszonego w czerwcu 1981. Wtedy sumienia załkały po zbombardowaniu przez izraelskie phantomy w miejscowości Tamuz (30 km od Bagdadu) reaktora atomowego dostarczonego Irakowi przez Francję, gotowego do produkcji paliwa do broni nuklearnej. - Umowa z Francją - zdążył powiedzieć przedtem Saddam Husajn - to pierwszy krok do powstania arabskiej broni atomowej.
W istocie w obu wspomnianych epizodach, tak jak po śmierci Jassina, reakcja (prawie) powszechna wyrażała wyłącznie stanowisko oficjalne, przeznaczone do użytku publicznego, głównie w ONZ, gdzie można zawsze liczyć na ogromną większość antyamerykańską i antyizraelską. Prywatnie, w zaciszu gabinetów, albo lepiej - na spacerach w lesie, bardzo wiele rządów, z wyjątkiem naturalnie arabskich, a i to nie wszystkich, wyrażało dyskretne zadowolenie z izraelskiej "agresji" i jej skutków. Po prostu Izrael wykonał za nich mokrą i ryzykowną robotę, załatwił kilka delikatnych spraw, które spędzały sen z dostojnych oczu. Czy można sobie wyobrazić brak riposty na Entebbe i skutki bezkarności porywaczy cywilnych samolotów? Albo co by się działo, gdyby Saddam najechał na Kuwejt, mając bombę jądrową, lub wysyłał na Izrael scudy z głowicami atomowymi?!
Bez większego ryzyka można więc założyć, że "operacja Jassin" to nowy epizod w serialu politycznej schizofrenii. Zza parawanu fałszywego oburzenia słychać często głęboki oddech ulgi. Śmierć Jassina odpowiada interesom przede wszystkim Izraela, to wszak przywódca Hamasu wysyłał samobójców (kobiety i dzieci także) z zadaniem mordowania jak największej liczby Izraelczyków. Po masakrze w Madrycie państwa demokratyczne zaczynają rozumieć, że ostatecznym celem terroryzmu nie są Żydzi, lecz wolność, tolerancja, nasz zestaw wartości. To nie wszystko. Wśród dyskretnie zadowolonych jest także Arafat, świadom, że z żywym Jassinem nigdy nie przejąłby kontroli nad Strefą Gazy.
Zaś królewiątka żyjące z ropy na Bliskim Wschodzie wiedzą, że Jassin nie zawahałby się wysadzić w powietrze całego regionu. W ewentualnym utworzeniu państwa palestyńskiego Jassin widział tylko etap na drodze do całkowitego zniszczenia Izraela i zepchnięcia Żydów do morza. A jest to projekt wybuchowy, prowadzący, poprzez ripostę Izraela, do katastrofy w całym regionie, zagrażający feudałom i ich bogactwu. Emiraty w żałobie po śmierci Jassina? Bądźmy poważni
"Hipokryzja - powiedział La Rochefoucauld - to hołd, jaki występek składa cnocie". Dobrze powiedziane, hipokryzja i występek są, tylko gdzie jest cnota?!
13:48, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 22 marca 2004
Koordynator ds. terroru
Nie wiem, czy ben Laden czytał książkę Franza Fanona "Les damnés de la terre" (po polsku chyba "Wyklęci ziemi"), z przedmową samego Sartre'a, ale to właśnie szefowi al Kaidy udało się w Madrycie przeprowadzić ostatecznie dowód, że "gwałt zorganizowany i kierowany" stanowi istotę nowoczesnego terroryzmu. Że, inaczej mówiąc, ulubiony przez publicystów zwrot o "ślepym terrorze" można definitywnie skasować.
Pomińmy pytanie, kto wygrał tę drugą, po 11 września 2001, wielką bitwę czwartej (trzecia była zimna) totalnej wojny światowej: al Kaida czy hiszpańska partia socjalistyczna, strach czy demokracja? Dziś ważny jest wniosek: nowoczesny terroryzm ma bardzo dobry wzrok. Mózg także.
Wybór Hiszpanii na front pierwszego na kontynencie europejskim wielkiego starcia z zachodnią cywilizacją był arcydziełem strategii al Kaidy i pośmiertnym triumfem Fanona. 11 marca Hiszpania była "miękkim podbrzuszem" Europy. Szły wybory, panowało wysokie napięcie, ostro nacierała opozycja, naród się wahał, jego większość była przeciwna udziałowi Madrytu w wojnie i okupacji Iraku, a bliskość Afryki, dziurawa morska granica i skupienie uwagi policji przede wszystkim na ETA sprawiły, że w Hiszpanii gotowa do akcji była szeroka baza logistyczna i ludzka marokańskiego pochodzenia w służbie al Kaidy. Przygotowanie operacji pod hasłem "Pociąg śmierci", gwarantującej największą możliwie liczbę ofiar, wyszkolenie ludzi, podział ról, spowodowanie równoczesnego wybuchu dziesięciu bomb, wykazało wysoki poziom koordynacji i polityczną, a nie tylko morderczą skuteczność benladenowskiej pajęczyny. Pierwsze pytanie, jakie zadał główny podejrzany po kilkudniowej ciszy w więzieniu brzmiało: "Kto wygrał wybory?". Tak jak 11 września, tak 11 marca odbył się pokaz tego, co ktoś określił jako "terrorisme publicitaire", terroryzm marketingowy, taki, którego echo śmiertelne, medialne i psychologiczne jest najbardziej "rentowne" w stosunku do kosztów operacji. Europa nie powinna mieć wątpliwości: bomby w Madrycie były do niej adresowane. Europa musi wybrać.
Albo odtworzy syndrom amerykański. Przez kilkanaście dni po 11 września "wszyscy byliśmy Amerykanami", po czym naszło nas dziwne poczucie bezpieczeństwa, otarliśmy łzy i doszliśmy szybko do wniosku, że właściwie Amerykanie są sami sobie winni, że to ich "prywatna" wojna z ben Ladenem, że dostali to, na co zasłużyli, i że "nasza chata z kraja"... Albo się obudzi, zrozumie, że płyniemy na tej samej łodzi, Europa i Ameryka, że Madryt to tylko zadatek, że nie chodzi o Hiszpanię, a chodzi o światowy kalifat, o budowę, na gruzach demokracji i liberalizmu, imperium najbardziej reakcyjnej formuły islamu, o, dosłownie i w przenośni, reislamizację "Andaluzji". W tej wojnie nie ma niewinnych, są tylko niewierni.
Czy "niewierni" w to uwierzyli, czy są gotowi sprawić, aby zbrodnia się nie opłacała? To się okaże. Na razie odbywają zebrania. Trzeba było dwustu pogrzebów w Hiszpanii, aby władcy Europy postanowili usprawnić "współpracę w walce z terroryzmem". Jak? Nie wiadomo. Wiadomo tylko, że wielkie państwa Unii Europejskiej nie są gotowe dzielić się informacjami z małymi i nowymi, ale są gotowe utworzyć nowe stanowisko w Unii i powołać "koordynatora" od spraw terroryzmu. Po co? Taki "koordynator" już jest. Nazywa się ben Laden.
13:43, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 08 marca 2004
Herezji szkoda
"Starości uniknąć się nie da, ale można próbować opóźnić stawanie się starym ". Byłem wśród kilkudziesięciu weteranów (powiedzmy kokieteryjnie "około" siedemdziesiątki) Międzynarodowego Narciarskiego Klubu Dziennikarzy, którzy spotkali się we francuskiej miejscowości górskiej Alpe d'Huez, aby wspólnie na śniegu, na nartach i przy stole świętować 50-lecie tej jedynej w swoim rodzaju organizacji i wspomnieć jej założyciela, francuskiego dziennikarza Gilles'a de la Roque'a.
Weterani dojechali, pokonali bramki slalomu i wyjechali wszystko (w zasadzie) w pozycji pionowej, wykazując słuszność cytowanego na wstępie (w moim nieudolnym tłumaczeniu) spostrzeżenia Henri Matisse'a, malarza, twórcy słynnego obrazu "Radość życia", który opuszczając świat w dobrej formie w wieku lat 85, był swojego aforyzmu najlepszym przykładem. Ponieważ nie wiadomo, czy Matisse jeździł na nartach, to można przytoczyć jego "hipotezy" jeszcze lepszy przykład: Japończyka Keizo Miura, który właśnie otrzymał wysokie odznaczenie za osiągnięcia narciarskie z okazji setnych urodzin i który uczcił swoje 99. urodziny, pokonując wspólnie z 80-letnim synem 22-km trasę Valée Blanche w masywie Mont Blanc. Japończyk jeździł na nartach, ale nie był dziennikarzem i nie było go w Alpe d'Huez, więc trzeba było na własnych przykładach udowodnić, że, jak mawiał francuski humorysta Pierre Dac, "żeby dojść do starości, trzeba długo żyć".
Udało się. Spora dawka poczucia humoru pozwoliła uniknąć okropnej wizji zamiany spotkania wesołych i rześkich staruszków w potworne cmentarne zgromadzenie "byłych kombatantów", którzy wymieniają westchnienia na temat strzykania w krzyżu zamiast złośliwości o stylu jazdy kolegi, no i, bo o to także chodziło, uwag o stanie świata.
Bowiem Scij (takie są francuskie inicjały klubu) to nie tylko sport. Naturalnie jest śnieg i narty, ale od początku to była także polityka i dziennikarstwo. Przez mianowicie prawie 40 lat Scij był jedyną na świecie organizacją, która, pod pretekstem śniegu i slalomów, ściągała dziennikarzy z obu stron muru, był jedynym dziennikarskim spotkaniem na świecie, do którego, w zasadzie, zimna wojna nie miała wstępu, gdzie dziennikarze z krajów pod dyktaturą mogli (jeżeli znali języki obce!!!) głosić okropne herezje bez cienia cenzury.
Dziś ciągle wszystko jest: śnieg, narty i kumple. Nie ma, na szczęście, zimnej wojny, ale nie ma także, a szkoda, dreszczy i herezji. Młodzi przyjeżdżają na narty. Zimną wojnę znają z opowiadań. Z języków znają tylko swój własny. Politykę zostawiają w domu. Na kłótnie o los świata nie mają czasu ani ochoty. Normalka, jak się mówi nad Wisłą. Jednak pomysłu szkoda. Świat ciągle potrzebuje wyobraźni, dyskusji i herezji. Scij był częścią sportu, dziennikarstwa i polityki. Został właściwie sport...
Starzy, zdrowi i cali, wyjechali o własnych siłach! Nie całkiem wyjechali. Zostawili dwa przesłania. Do młodych, że jeżeli nie wymyślą nowych "dreszczy" i nowych "herezji", to Scij, 50-letni szczeniak, szybko wejdzie w uwiąd starczy. Do weteranów, że starość nie zabrania myśleć i marzyć. Na nartach i bez.
13:42, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »