RSS
środa, 30 marca 2005
Lekcja dla Putina
Ucz się na cudzych błędach, bo inaczej inni będą się uczyć na twoich. Np. w Kirgizji. Pierwszą lekcją realizmu była Ukraina. Prezydent Rosji wziął udział w wyborach prezydenta Ukrainy. Popierał kandydata, który symbolizował ciągłość przekupnego reżymu Kuczmy. Putin przegrał tę partię, stracił sporą część prestiżu i pozycji Rosji na Ukrainie.
W Kirgizji było inaczej. Putin szybko rozwiał wątpliwości, nie dopuścił do wzrostu napięcia (jak w Kijowie), wyraził gotowość współpracy z Kirgizją "w interesie obu narodów". Klamka zapadła.
Druga lekcja: wyobraźni. Kirgizja to nie koniec. Wczoraj w Biszkeku nieśmiały głos protestu prowadził do tiurmy, dziś zwycięstwo opozycji to dzwon na trwogę autokratów paraliżujących postęp, ale chronionych przez Rosję w imię świętej stabilizacji. Tylko że po trzech kolorowych rewolucjach struktury integracyjne wymyślone przez Jelcyna i Putina dla ratowania resztek spuścizny ZSRR, są w kryzysie. Putin nawołuje więc do ratowania "we wspólnym interesie" Wspólnoty Niepodległych Państw i innych fikcyjnych struktur.
To nieporozumienie. To nie WNP jest w kryzysie. Chore są jej państwa członkowskie. Ustrój autorytarny odziedziczony po imperium nie jest zdolny rozwiązać żadnego problemu tych krajów. Problemem do rozwiązania jest właśnie autorytaryzm. Gruzja czy Ukraina potrzebowały dni lub tygodni na pozbycie się swojej wersji autorytaryzmu; w Kirgizji wystarczyło kilka godzin, aby ten domek z kart się zawalił. Putin już wie, że nie warto zardzewiałych ustrojów bronić za wszelką cenę.
W pewnym sensie (z całą ostrożnością) obecny dylemat Putina można porównać z dylematem Gorbaczowa. W 1989 r. Gorbaczow stał na czele superpotęgi, jego armie zdolne były złamać bunt w każdym zakątku imperium. A tymczasem dał satelitom do zrozumienia, że nie zamierza interweniować w obronie ich zardzewiałych satrapii i że muszą sobie radzić sami. Wynik jest znany: polski Okrągły Stół, przedziurawiony Mur i agonia ZSRR.
Jaki wybór ma Putin? Jeżeli użyłby siły w Kirgizji, aby udowodnić rangę Rosji jako potęgi rozgrywającej w obszarze postsowieckim, to podjąłby może ryzyko jakiejś nowej Czeczenii, ściągnąłby potępienie świata, uzasadniłby wątpliwości co do miejsca Rosji w towarzystwie władców globu. Jeżeli jednak pozwoli, już trzeci raz, na pokojową, pod naciskiem ulicy, wymianę ekipy z prorosyjskiej na inną, to uruchomi domino bez żadnej pewności, czy, kiedy i gdzie przestanie ono padać.
Prezydent Putin nie jest w formie. Popełnia błędy (pewien rosyjski politolog określił ukraiński epizod jako "największy idiotyzm w zagranicznej polityce Rosji"), traci w sondażach. To już nie jest ta silna ręka, do której tęsknili Rosjanie, nie ten zbawiciel, który miał zapewnić Rosjanom spokój, dobrobyt i dumę narodową. A na dodatek wbrew sobie i przy ogromnej nostalgii społeczeństwa rosyjskiego toleruje spadek (choć na pewno nie zanik) wpływów Rosji na obszarze jej tradycyjnej dominacji.
I choć nie wiadomo, czy i jaką rolę odegrał w Kirgizji Zachód, to Biszkek w jakimś stopniu potwierdza słuszność zasadniczej hipotezy obecnej strategii amerykańskiej wychodzącej z założenia, że kraje nawet pozbawione wszelkiej tradycji demokratycznej zdolne są w określonych okolicznościach demokracji się nauczyć. Zgoda: to proces długi i ryzykowny. Może warto się zgodzić, że także nieodwracalny.
13:14, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 marca 2005
Jak Chirac wzmacnia Putina
Była już komedia "Amerykanin w Paryżu", teraz jest farsa pod tytułem "Rosjanin w Paryżu". Władimir Putin miał powody do zadowolenia: 24 godziny pokłonów ze strony szefów Francji, Niemiec i Hiszpanii, ani słowa krytyki przypominającej, nieśmiale zresztą, niedawne aluzje prezydenta USA Busha do rysów na prawach człowieka w Rosji. No i zaklęcia Chiraca, Schrödera i Zapatero, którzy "podali rękę" Putinowi, aby "przezwyciężyć napięcia", albowiem "bliskie stosunki między Europą a Rosją stanowią klucz do ostatecznego utrwalenia pokoju, demokracji i państwa prawa" na całym kontynencie.
Howgh, jak mawiał Winnetou. Zanim jednak zostanie zapalony ogólny kalumet pokoju, warto chyba, w zastępstwie dziennikarzy, którzy w nadmiarze gościnności powstrzymali się w Paryżu od niegrzecznych pytań pod adresem Putina (jedyne pytanie o skrwawioną Czeczenię skierowała... hiszpańska dziennikarka do... hiszpańskiego premiera), sformułować trzy co najmniej wątpliwości.
Pierwsza dotyczy podejrzanego charakteru składu drużyny na Paryż. Narzuca się mianowicie przekonanie, że dawnej "trojce": Paryż - Berlin - Moskwa, rozszerzonej w zaskakujący sposób o Hiszpanię, w większym stopniu chodziło o naradę przeciwników amerykańskiej polityki m.in. wobec Iraku (ale nie tylko), aniżeli o kolektywne podanie ręki Putinowi i wyrażenie w ojcowski sposób troski o państwo prawa i stan demokracji w Rosji.
Druga wątpliwość dotyczy mandatu, na jaki mógłby się, gdyby chciał, powołać kwartet paryski. Kto i kiedy upoważnił go do zapewniania Putina w imieniu całej Europy, że dobre stosunki z jego właśnie Rosją to klucz do ogólnego szczęścia itd., i prawidłowy wstęp do majowego szczytu z Unią Europejską w Moskwie? Czy i jakie inne państwa członkowskie Unii były konsultowane przed spotkaniem w Paryżu? A może inni woleliby poczekać z podawaniem ręki Putinowi, aż Putin poda swoją, ale czystą, bez plam z przeszłości? Którzy członkowie Unii są równi, a którzy równiejsi?
No i ostatnia wątpliwość. Prezydent Chirac ma naturalnie prawo zapraszać do siebie, kogo i kiedy chce. Ale czy w tym akurat koncercie kwintet nie byłby bardziej pożyteczny od kwartetu? Inaczej formułując, czy przy wykwintnym stole w pałacu Elizejskim, przy którym "podawano rękę" w trosce, jak nas informowano, o demokrację w Rosji, nie zabrakło piątego krzesła dla przedstawiciela jednego z państw sąsiadujących z Rosją, znajdującego się zarówno w Unii Europejskiej, jak i mającego długoletnie doświadczenie w "podawaniu ręki" w czasie długiego pobytu w zasięgu ręki demokracji moskiewskiej? Kogoś z regionu bardziej kompetentnego i kwalifikowanego do rozmowy na temat Rosji niż Hiszpania zza wysokich Pirenejów? Byłoby to o tyle bardziej skuteczne z punktu widzenia "podawania ręki", że wszak wiadomo, iż wbrew słynnemu zawołaniu prezydenta Chiraca państwa te nie mają zamiaru "siedzieć cicho" i na pewno nie zechcą lekkomyślnie pozostawić polityki zagranicznej Europy, zwłaszcza wobec Rosji, w niepewnych rękach Francji czy Niemiec, nie mówiąc już o egzotycznej Hiszpanii.
Streszczając, pozostaje wrażenie, że bardziej niż o umocnienie demokracji w Rosji dziwnemu kwartetowi z Paryża chodziło o umocnienie osłabionej ostatni wydarzeniami w Gruzji, na Ukrainie, osobistej pozycji Putina, ważnego solisty w orkiestrze grającej przeciw Ameryce. Nie byłoby w tym nic nagannego, sojusze, także amerykańskie, bywają dziwne i czasem zawodne, gdyby nie cyniczna maskarada. Pirandello robił to lepiej.
16:23, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
środa, 16 marca 2005
O czym mówić przed 9 maja
Niemiecki dyplomata Carl von Loesch nie wykonał rozkazu. Na szczęście. Zamiast, tak jak zarządził Hitler, Führer zdychającej III Rzeszy, spalić powierzone mu 40 zwojów mikrofilmów, Loesch zakopał je w parku otaczającym pałac w Schönberg. Dlaczego miał je spalić? Ano dlatego, że zawierały kompromitujące dowody kolejnych faz spisku sowiecko-nazistowskiego z lat 1939-40. Nie wyszło. Kiedy bowiem Rzesza już sczezła, to 14 maja 1945 r. Loesch odkopał je i przekazał potomnym.
Bez większego wrażenia. A szkoda. To kilka zaledwie stron dokumentów, ale dopóki Moskwa nie uzna tej sprawy za kwestię swojego sumienia, kłaść się będą chmurą na horyzoncie stosunków z obecną Rosją. Chodzi zarówno o zawarty jawnie 23 sierpnia 1939 r. niemiecko-sowiecki układ o nieagresji, o "układ o przyjaźni" z 28 września oraz o ich tajne klauzule. Razem był to skrupulatnie wykalkulowany przez Hitlera i Stalina wielki "skok na Europę", plan podziału jej części środkowej, wschodniej i północnej między dwie dyktatury; spisek, który zapalił lont wybuchu II wojny światowej i czwartego rozbioru Polski.
I wbrew pozorom nie idzie o historię, sprawa jest jak najbardziej aktualna. Kwestia interpretacji skutków "skoku" (według Rosji było to wyzwolenie sporej części Europy; zdaniem państw w ten sposób "wyzwolonych" - sowiecka okupacja) wydaje mi się bardziej istotna dla debaty "jechać czy nie jechać" 9 maja do Moskwy na 60. rocznicę zwycięstwa, niż kwestia interpretacji Jałty.
Dyskusja nad tym, czym naprawdę była Jałta, nie ma właściwie sensu. Jałta niczego nie zmieniła, Roosevelt i Churchill stanęli wobec faktów dokonanych - Rosjanie już byli pod Berlinem i nikt naturalnie nie był gotów bić się z Moskwą w obronie niepodległości krajów, na których stanęła już "zwycięska stopa sowieckiego żołnierza". O Jałcie wszyscy dziś wszystko wiedzą i humorystyczne łamańce rosyjskiego MSZ prawdy nie zmienią.
W 1939 r. żadnych faktów dokonanych nie było, fakty dopiero dokonać się miały, a Hitler ze Stalinem z całym cynizmem właśnie pracowali nad ich "dokonaniem". Im nie chodziło o uznanie rzeczywistości, a o jej stworzenie, o wspólną grabież na trupie połowy kontynentu; grabież, z której ZSRR korzystał przez prawie pół wieku, sam już bez wspólnika.
To właśnie rosyjska ocena roku 1939, a nie roku 1945 powinna stanowić główny temat dyskusji przed Moskwą. I to niezależnie od tego, czy ktoś się do Moskwy wybierze, czy nie (Putinowi i tak nie na wszystkich "obecnościach" zależy), i niezależnie od jej podejrzanego, np. polskiego, kontekstu wewnętrznego. Nikt nie umniejsza wielkości strat Armii Czerwonej ani szacunku dla heroizmu jej żołnierzy, ale to "pakt diabłów" przed, a nie Jałta "po sezonie" powinien być sprawdzianem zdolności rosyjskiego państwa posowieckiego uczciwego rozliczenia się z własną przeszłością i jego prawa do przyjmowania w maju, bez rumieńców wstydu, gości z całego świata.
Do układu o "przyjaźni i granicach" z 28 września 1939 dołączona była mapa projektu złupionej Europy. Obok skromnego podpisu Ribbentropa, Stalin złożył swoją, ogromną 58-centymetrową parafę, po czym z lekkim uśmiechem zapytał: "Czy mój podpis jest wystarczająco widoczny?"
Jest. Jak najbardziej. Jeszcze dzisiaj go widać. Putin powinien go wymazać przed 9 maja. Wtedy naprawdę będzie wiadomo, co się świętuje tego dnia, wtedy dopiero będzie święto i na jego ulicy.
17:26, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
piątek, 11 marca 2005
Gruzińska Salomé w sercu Europy
Światła na skrzyżowaniu. Kolor przechodzi z czerwonego na żółty, a potem na zielony. Jeden wóz się nie rusza. Policjant pyta kierowcę: - Czy żaden z naszych kolorów panu nie odpowiada?
Po przyjeździe pomarańczowego Juszczenki w Brukseli zjawiła się różana (w istocie brunetka, wiek średni, bardzo przystojna) Salomé Zurabiszwili, minister spraw zagranicznych Gruzji. - Oba wasze kolory - powiadam do pani minister, jakby nawiązując do anegdoty o policjancie - nie odpowiadają Moskwie. Międzynarodowy spisek antyrosyjski - powiada prezydent Putin. Co Pani na to?
"Demokratyczna rewolucja nigdy nie jest z importu, ale dochodzi do niej, kiedy naród dojrzeje. Nasza przy tym nie jest antyrosyjska, bo Gruzja chce być terenem współpracy wszystkich mocarstw, które mają tu interesy i się tym regionem interesują ".
Takich jest sporo - powiadam. "Tak - mówi - Europa, Ameryka, Rosja". W tej kolejności? - pytam. "Dokładnie tak, to czysta logika ekonomiczna. Wszyscy to rozumieją, tylko z Rosją mamy kłopoty. Staramy się przekonać Moskwę, że będzie bardziej skutecznie obecna u nas poprzez jej oddziaływanie gospodarcze niż poprzez dwie bazy wojskowe, które ciągle u nas utrzymuje. Dlatego tak nam zależy na obecności Europy. Pozwoliłoby to uniknąć traktowania Gruzji jako terenu konfrontacji Rosji i Stanów Zjednoczonych. Trzeci partner tak niepodejrzany jak Unia Europejska pomógłby nam znaleźć nową równowagę".
Powiedzmy. Pani minister wie co mówi. Zna się na rzeczy. Podwójnie. I jako były ambasador Francji w Tbilisi i jako natychmiast po tym szef gruzińskiego MSZ. Czy Rosjanie - pytam - potrafią pogodzić się z faktem, że imperium już nie ma?
"That is the question" - powiada. Salomé Zurabiszwili jest zdania, że Rosja nie ma alternatywy i że w końcu pogodzi się rzeczywistością. Ale Rosjan nie jest łatwo przekonać do zmiany poglądów.
- A czy sądzi Pani, że Zachód robi wszystko, aby to się udało?
"Nie, wprost przeciwnie. Uważam, że wszystkie więzy przyjaźni z Rosją, także osobiste, powinny służyć wspólnej sprawie przekonania Rosji, iż powinna stać się państwem prawa XXI wieku. A tak na razie nie jest".
Opowiadam o niedawnej (z domieszką zachodniej hipokryzji) wizycie Juszczenki u tych samych gospodarzy w Brukseli. I pytam, co sądzi o postawie niektórych państw zachodnich, które, bywa, nie podejmują ważnych decyzji z obawy przed grymasem Kremla.
"Uważam, że to błąd. Rosji, to jasne, trzeba zapewnić odpowiedni status, ale także jej powiedzieć, że nie ma prawa veta na świecie. Unia Europejska wydaje się sądzić, że gdy się do niej zwracamy, to po to, aby nas broniła przed Rosją. A tymczasem my nie potrzebujemy Unii do obrony przed Rosją, bo dobrze wiemy, że ani Europa, ani Ameryka nie pójdą na wojnę w naszej obronie. Potrzebujemy Unii, by nam pomogła osiągnąć pokój, bo sami nie damy rady".
Czy Pani minister sądzi, że Europa to dobry pośrednik?
"Tak - mówi - tylko powinna być odważniejsza. Tak jak była na Ukrainie. Tymczasem można odnieść wrażenie, że Europa boi się tego, czego dokonała na Ukrainie. A przecież to był wielki krok naprzód. To chyba po raz pierwszy Europa miała prawdziwą politykę w tym regionie".
Pytam, czy nie żałuje bezprecedensowego "transferu" z wielkiej Francji do małej Gruzji. "Nie. Nie każdy ma szansę uczestniczyć w budowie nowego państwa. I to swojego".
11:13, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
wtorek, 01 marca 2005
Znaczące milczenie w sprawie Europy
"Wszyscy się dziwią. Dla niektórych to cud, dla lekarzy to ciekawy przypadek: udało mi się przeżyć śmiertelną dawkę dioksyny .". Juszczenko, któremu wyrwałem część jego brukselskiego dnia, jest raczej dyskretny jeżeli chodzi o szczegóły "zastrzyku" (dużo już wiemy, mówi, śledztwo trwa) i, gdyby nie ślady na twarzy, to nikt nie mógłby podejrzewać, że ten zwalisty mężczyzna, o mocnym uścisku dłoni, otarł się niedawno o zatrutą śmierć.
Że Juszczenko to twarda sztuka, on sam to udowodnił, nie tylko umykając chemicznej śmierci, ale i wytrzymując, bez mrugnięcia, pozornie szalenie serdeczne, ale w istocie rozczarowujące, ogólnikowe, niektóre na granicy hipokryzji, reakcje jego zachodnich partnerów na ukraińskie pukanie do drzwi Europy Powołując się na falujący "pomarańczowy majdan" w Kijowie, Juszczenko przekonywał gospodarzy, że jego naród chce do Europy, a nie do wątpliwej i płynnej kategorii "sąsiadów", takich z powiedzenia "Niech pan kiedyś wpadnie ". Byliśmy wszak w Europie, przypomina "pomarańczowy" prezydent, kiedy dziesięć wieków temu Jarosław Mądry wydawał córkę za francuskiego następcę tronu.
Przekonał? Nie wszystkich, nie do końca. Będzie musiał poszukać argumentów o większym ciężarze niż historia miłosna z XI wieku, jeżeli chce przełamać sceptycyzm swoich sąsiadów z północy i z zachodu. Juszczenko jest prorokiem "harmonii" w stosunkach międzynarodowych. Spodziewa się, i słusznie "problemów" na obu kierunkach, ale uważa, że Ukraina może spokojnie, "harmonijnie" żyć i z Rosją i z Zachodem. Teraz, drobiazg, musi jeszcze przekonać o tym i Moskwę, i Brukselę.
Juszczenko uczestniczył pierwszy raz w spotkaniu, i to na szczycie, z udziałem szefów państw i rządów, Komisji NATO - Ukraina. On sam, naturalnie, się publicznie nie skarży, sam wie najlepiej, jak długą drogę ma Ukraina ku Zachodowi, ale wiadomo, że Ukrainiec nie ma się z czego cieszyć. Na "szczycie", który, jak się zdaje, latał raczej nisko, przywódcy Francji, Niemiec, Hiszpanii, Belgii, Luksemburga i Czech uznali, że nie muszą zabierać głosu, że nie powinni zmarnować okazji do milczenia, jak to radził "nowej" Europie prezydent Chirac. On sam nie tylko "nie zmarnował okazji", nie wyraził poparcia dla aspiracji Ukraińców, ale, po skonsumowaniu talerza orzeszków, po prostu opuścił salę.
To kolektywne milczenie było bardzo głośne i bardzo wymowne. Dlaczego wymowne? Dlatego, wzdychają specjaliści, bo oznacza ono, że niektóre państwa europejskie wahają się z poparciem dla Ukrainy z obawy przed grymasem Moskwy.
Ale dlaczego wahał się prezydent Bush? Dlaczego w momencie, kiedy Trybunał Europejski w Strasburgu potępiał Rosję za zbrodnie w Czeczenii, słowo "Czeczenia" nie padło ani razu z ust prezydenta Busha w toku jego wspólnej z prezydentem Putinem konferencji prasowej w Bratysławie? Dlaczego nie wspomniał o Ukrainie i Gruzji? Pytanie tym bardziej uderzające, ze słowa, jakich świat oczekiwał ze strony Busha, szefa krucjaty o wolność i demokrację, padły z jego z ust w tej samej Bratysławie i, 48 godzin wcześniej, w Brukseli. Tylko że skierowane były do Słowaków i brukselczyków, a nie do prezydenta Putina, chociaż to on właśnie, a nie Słowacy ani Brukselczycy, te "kolorowe rewolucje" uznał za zagraniczny (w domyśle - amerykański) spisek.
Prezydent Bush nie przegapił okazji do milczenia. Bardzo szkoda.
12:10, leopold.unger
Link Komentarze (3) »