RSS
poniedziałek, 27 marca 2006
Sfinlandyzować Białoruś
Stalin postanowił, że geopolityka jest wiedzą ścisłą. W 1945 roku uznał więc, że "II wojna światowa jest odmienna od każdej innej. W tej wojnie zwycięskie państwo narzuca swój system tak daleko, jak sięgają jego czołgi. Inaczej być nie może". Może. Do dziś nie wiadomo dokładnie, dlaczego Stalin zaoszczędził Finlandii losu, jaki narzucił trzem krajom bałtyckim, które wcielił do ZSRR, lub krajom Europy Środkowej i Wschodniej, które zwasalizował i zamienił w "demokracje ludowe".
Naturalnie nic za darmo. Odrębność Finlandii miała cenę - musiała zapłacić kolosalne odszkodowania, uznać zabór (do dziś) wielkich połaci kraju przez Sowiety, podpisać w 1948 roku z Moskwą "traktat o współpracy i pomocy wzajemnej". Traktat narzucał Finlandii bardzo swoisty statut - wymuszał na niej neutralność w konfliktach między mocarstwami oraz szacunek dla podstawowych interesów strategicznych ZSRR. W zamian Finlandia mogła w granicach tych uzależnień stać się państwem demokratycznym, o gospodarce rynkowej, z wolną prasą i - poza tematyką sowiecką - pełną wolnością słowa, w warunkach dobrosąsiedzkich stosunków z ZSRR i otwarciem na resztę świata.
Tak narodziła się koncepcja "finlandyzacji". Termin ten wszedł do języka politycznego, a nawet potocznego. Zrazu, przeważnie w sensie negatywnym: "finlandyzacja" oznaczać miała coś w rodzaju sowieckiego protektoratu. Nieporozumienie nie trwało długo. Do chwili, kiedy okazało się, że Finowie potrafili zamienić "finlandyzację" w wielką szansę wspaniałego rozwoju gospodarczego, marszu ku godności i do dobrobytu. Za cenę, rzecz jasna, kolosalnych wyrzeczeń.

Dlaczego dziś do tego wracam? Ano dlatego, by zaproponować finlandyzację Białorusi. Spróbować wytłumaczyć Putinowi, że Białoruś Łukaszenki to ropiejący wrzód na ciele Europy, że Białorusini, którzy zrozumieli, że można przełamać strach, że nie dadzą się już do końca stłamsić, że zarówno opór wobec Łukaszenki, jak i stopień represji będą rosnąć, aż dojdą do masy krytycznej i doprowadzą do wybuchu i rozlewu krwi. I że wtedy Rosja, nawet siłą, nie dopuści na Białorusi do kolejnej prozachodniej kolorowej rewolucji, a Europa też nie będzie już mogła bezskutecznie przyglądać się krwawiącej satrapii białoruskiego Artura Ui.
Że inaczej mówiąc, taka Białoruś stanowić będzie nie tylko kompromitujące towarzystwo dla Rosji przewodniczącej dziś Grupie G-8, czyli elicie uprzemysłowionego świata, ale stałe, potencjalne źródło destabilizacji na kontynencie. W miejscu spotkania albo - nie daj Boże - zderzenia Wschodu i Zachodu.

Że więc „sfinladyzowana” Białoruś, neutralna, przyjazna i lojalna wobec strategicznych interesów międzynarodowych Moskwy, ale szanująca u siebie podstawowe reguły demokracji leży w interesie nie tylko Białorusinów, ale i Rosjan. Finlandia jest prawdziwą succes-story Europy i korzystnym pod każdym względem sąsiadem dla Rosji. Dlaczego Putin, pod którego, jak się można domyślać, presją Łukaszenko dał Białorusinom kilka dni bez pałek, nie mógłby w jego własnym i w ogólnym interesie dać toutes proportions gardées fińskiej szansy Białorusinom?
Jasne, nieufności Kremla nie będzie łatwo przełamać. Putin się sparzył na Ukrainie i Gruzji i łatwo z kontroli nad zwasalizowaną Białorusią, państwa między Unią Europejską i NATO a Rosją, nie zrezygnuje. Ja go rozumiem, ale czy ktoś ma lepszy pomysł?
22:54, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
wtorek, 21 marca 2006
Lennart Meri - estoński mąż stanu
"Jeżeli trzeba uciąć psu ogon, to byłoby bez sensu ciąć po kawałku ". Mało subtelna estońska mądrość ludowa nieco raziła na tle otoczenia - eleganckiego salonu w gustownym pałacyku, a przede wszystkim nie pasowała do osobowości mojego rozmówcy.
Wysoki, elegancki, siwy, z dystansem, ale gościnny pierwszy prezydent niepodległej Estonii Lennart Meri posłużył się w kilku językach, a był to rok 1992, tą właśnie formułą, by mi wytłumaczyć sposób, w jaki jego kraj postanowił wyjść spod psychologicznego i politycznego jarzma półwiecznej okupacji sowieckiej.
Dlaczego, choć wiem, że mi się zarzuci ubarwianie pamięci, piszę o Merim po tylu latach. Po pierwsze dlatego, że warto. Powiadają, że trzeba trzech pokoleń, aby wychować dżentelmena. Nie wiem, ilu ich było w klanie Merich, ale nigdy chyba w ciągu mojej długiej kariery nie spotkałem bardziej dżentelmeńskiego dżentelmena, bardziej wyrafinowanego intelektualisty na wysokim stanowisku. No i, co wtedy było ważne, bardziej trzeźwego, a zarazem charyzmatycznego polityka niż Meri.
Zanim został pierwszym prezydentem posowieckiej Estonii poliglota Meri (sześć języków) był pisarzem, filmowcem, dziennikarzem, profesorem uniwersytetu, tłumaczem (Remarque, Greene, Sołżenicyn), ministrem spraw zagranicznych w już wolnym Tallinie.
W 1940 r. miał pojechać do Waszyngtonu, gdzie jego ojciec (tłumacz Szekspira) mianowany został ambasadorem. Nie zdążył. Sowieci byli szybsi. Meri pojechali na Syberię. Nie stracił czasu - został specjalistą od Dalekiej Północy. Ale przede wszystkim napisał - po rosyjsku! - "Estonię 1940" o skutkach traktatu Hitler-Stalin z sierpnia i września 1939 r., na mocy którego ZSRR okupował Bałtów i zwasalizował Polskę na 50 lat. Ten stan Kreml ciągle jeszcze ku zdumieniu świata i ze szkodą dla stosunków z sąsiadami uparcie określa jako "wyzwolenie".
Inaczej mówiąc, jeżeli prawdą jest - jak mawiał Bonaparte - że serce męża stanu jest w jego głowie, to właśnie Meri był tego przykładem: był znakomitym znawcą tajemnicy "rosyjskiej duszy", czyli czegoś, czego dziś tak okrutnie brak współczesnej Europie.
Po drugie dlatego, że Meri w wieku lat 76 właśnie umarł, przy dość powszechnej obojętności świata. Po trzecie dlatego, że ten szalenie dowcipny i inteligentny mędrzec, który równocześnie wydawał polecenia, pisał, słuchał radia i przeglądał gazety, zmarł na raka mózgu, a organ ten u Meriego wydawał się absolutnie nienaruszalny.
Po czwarte dlatego, że to mnie Meri udzielił swego pierwszego chyba wywiadu jako prezydent i dlatego, że, jak się w czasie rozmowy okazało, obaj nie zwariowaliśmy w czasie wojny i dyktatury dzięki m.in. tej "linii życia" jaką było wtedy regularne słuchanie BBC.

Historia jest zawsze tragiczna, a dzieje XX-wiecznej Europy dostarczają tej prawdy wyjątkowo koszmarnych i przekonujących dowodów. Historia zna więcej wieków poddaństwa niż wolności, ale patrząc właśnie na ten straszny XX wiek mało kto miałby większe niż Meri prawo powiedzieć światu, że nie ma nic bardziej hańbiącego - żeby sparafrazować Vauvenarguesa - niż przyzwyczajenie się do kajdanów, a nawet ich polubienie.
Jaka jest różnica między politykiem a mężem stanu? Polityk szykuje następne wybory; mąż stanu szykuje następne pokolenia. Powiadają, że wielcy ludzie, prawdziwi mężowie stanu tacy jak Meri, nie mają następców. Chyba tak właśnie jest dzisiaj. Wystarczy spojrzeć naokoło
08:20, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
niedziela, 12 marca 2006
Dlaczego Rosja nie życzy sobie na swoim terytorium Leopolda Ungera

Federacja Rosji, superpotęga atomowo-gazowo-naftowa, wypowiedziała mi wojnę. Na razie zimną, ale nigdy nie wiadomo. Ambasada Federacji Rosyjskiej w Brukseli rozesłała mianowicie do wszystkich redakcji w Belgii i wrzuciła do internetu komunikat, że "Pan Pol Mathil (alias Leopold Unger) ma zakaz wstępu na terytorium Federacji Rosyjskiej".

Decyzja jest słuszna. W artykule "Le Soir" (i w "Gazecie") zacytowałem mianowicie w niedokładny sposób słowa prezydenta Putina. Prezydent nie wzywał do "zabijania Czeczenów jak szczury", ale do "zabijania terrorystów jak szczury". Mój błąd był oczywisty, uderzyłem się publicznie w piersi. "Gazeta" zdążyła zamieścić sprostowanie i obeszło się bez gniewu Kremla. "Le Soir" nie zdążył i jest awantura.

Wpuszczanie kogoś albo nie na jakieś terytorium jest sprawą całkowicie suwerenną każdego państwa. Można więc suwerennie zapraszać np. do Moskwy terrorystów z Hamasu, a nie wpuszczać, choć to w państwie demokratycznym hańba, wstyd i gwałt na wolności słowa, zagranicznego dziennikarza tylko dlatego, że w Moskwie nie lubią jego komentarzy. Pretekst się znalazł, jedno przeinaczone prezydenckie słowo wystarczyło. I na tym właściwie można by całą farsogroteskę zamknąć, choć oczywiście żal mi dostępu do dobrych adresów na bliny. Ale i do tego można się przyzwyczaić.

Mnie nawet łatwiej niż innym. Już raz przecież, a był to rok 1969, zostałem wyrzucony, z Polski, na zasadzie "dokumentu podróży", który także zabraniał mi "wstępu na terytorium". Potem aż do końca zimnej wojny śledziłem dla "Le Soir", "Kultury" i Wolnej Europy losy wielkich Rosjan: Sołżenicyna, Rostropowicza czy innych Bukowskich pozbawianych przez Kreml "prawa wstępu na terytorium". Nie mówiąc już o rzeszy sowieckich Żydów, którzy tylko marzyli, żeby im zabronić wstępu pod warunkiem, że się im pozwoli wyjechać.

Problem w tym, że komunikat ambasady supermocarstwa nie ogranicza się do sprawy szlabanu, lecz idzie znacznie dalej. W stylu gazety „Prawda" i w języku, który budzi tyle wspomnień, ambasada wysyła pod adresem „redakcji »Le Soir « i całej społeczności dziennikarskiej w Belgii" podwójne ostrzeżenie co do osoby i działalności Pola Mathila. Po pierwsze - zawodowe. Mathil, mianowicie „nadużywa, jak można sądzić, zaufania kierownictwa redakcji" aby siać „oszczercze twierdzenia na temat... polityki Rosji". Po drugie - moralne. Ambasada uprzedza mianowicie belgijską opinię publiczną, a przede wszystkim czytelników, że błąd w cytacie „to tylko jeden przykład postawy moralnie nieuczciwej Mathila w dziedzinie wykonywania jego funkcji zawodowych".

Istota sprawy, to znaczy różnicy w pojmowaniu wolności prasy w Rosji i w Belgii, zostanie omówiona na "szczycie" między ambasadorem a redaktor naczelną pisma. Ze swej strony z wielkim niesmakiem, ale bez większego zdziwienia mogę tylko dodać cztery krótkie uwagi końcowe.

Pierwsza to ta, że "Le Soir" był właściwie przyzwyczajony do takich listów, czyli do mniej więcej regularnego donosu na jego dziennikarza (przesłanego przez Moskwę lub wtedy i Warszawę), ale ostatni taki meldunek doszedł do nas przed obaleniem muru w Berlinie.

Druga to ta, że wchodzę w ten sposób do dobrego towarzystwa "Gazety", gdzie już na mnie czekają inni "polityczni trędowaci":Wacek Radziwinowicz, którego nie lubi Łukaszenko, i Maciek Stasiński, który nie spodobał się Fidelowi Castro. I że, i to najsmutniejsze, prezydent Putin dołączył w ten sposób do dwóch bardzo ponurych postaci świata. To nie jest dobre towarzystwo.

Trzeci, że naturalnie nie chodzi o jedno słowo, ale o pretekst do beznadziejnej próby zakneblowania niewygodnego dziennikarza, i że w tym sensie jest to znak nędznej, małostkowej zemsty, a przede wszystkim wielkiej słabości supermocarstwa.

I po czwarte, i tu zacytuję Radziwinowicza (ale bez błędu): zdaniem Putina mianowicie "czekista nigdy nie jest byłym czekistą". Zgadza się.

20:19, leopold.unger
Link Komentarze (4) »
piątek, 03 marca 2006
Gdy Putin przeprasza za Budapeszt i Pragę
Obrodziło latoś skruchą. Wszyscy biją się w piersi, nawet własne, przepraszają wszystkich za wszystko. Najdalej poszedł polski premier, który jako jedyny szef rządu w Europie przeprosił za karykatury Mahometa. Najgłębiej sięgnął Dresdner Bank. Bił się w piersi przez 2,4 tys. stron po to, aby po siedmiu latach pracy niezależnych historyków w rozmaitych archiwach opisać, znaną zresztą z badań nad całym właściwie przemysłem III Rzeszy, historię bliskiej i intensywnej kolaboracji banku z Adolfem Hitlerem, państwem i partią nazistowską. Dlaczego dopiero teraz? A no bo dopiero teraz dyrekcja banku doszła do wniosku, że obojętność wobec ciemnych kart przeszłości „przynosi za dużo szkód gospodarczych i moralnych”.

Najciekawiej zachował się Władimir Putin. Pomińmy szczegóły jego znanej już z depesz krótkiej, ale pracowitej podróży po Węgrzech i Czechach, gdzie proklamował niezmienny szacunek dla gazowych zobowiązań Rosji i zrobił kilka eleganckich, choć raczej normalnych gestów „dobrej woli”, oddając np. Węgrom zrabowany przez wojska sowieckie bezcenny zbiór starodruków z XV w. znany jako „biblioteka z Sárospatak”.Władimir Putin był do sformułowania tego wniosku wyraźnie przygotowany. Wiedział, dokąd jedzie, znał historię, czuł, że nadszedł czas, aby akurat w Budapeszcie i Pradze (z Polską może być trudniej, jej czas jeszcze nie nadszedł ) coś powiedzieć na temat "ciemnych kart przeszłości". To znaczy zgodnie ze specyfiką miejsca na temat masakry Węgrów przez czołgi sowieckie w 1956 r. i zduszenia Praskiej Wiosny przez wojska Paktu Warszawskiego ze Związkiem Sowieckim na czele w 1968 r. W obu tych miastach prezydent Rosji posłużył się właściwie tą samą gotową formułą. Uznał mianowicie, że Moskwa ponosi "moralną odpowiedzialność" i za inwazję Węgier, i za inwazję Czechosłowacji. Równocześnie w tym samym zdaniu zaznaczył, że nie może być mowy o odpowiedzialności prawnej.
Prezydent Putin ma rację. Wina jest kategorią prawną. Odpowiedzialność - kategorią moralną. Nie należy tych kategorii mieszać ani utożsamiać. 60 lat po wojnie nikt albo prawie nikt z żyjących Niemców czy Rosjan w zbrodniach Hitlera czy Stalina udziału nie brał. Ani obecny Dresdner Bank, ani - toutes proportions gardées - obecne pokolenie Rosjan nie może być obciążane odpowiedzialnością prawną za zbrodnie poprzedników czy przodków. I mają oni rację, kiedy odrzucają nachalne, powtarzające się regularnie narzucanie im tej odpowiedzialności.
Inaczej jednak ma się sprawa z ich odpowiedzialnością moralną. Z tej odpowiedzialności nikt - ani czas, ani żaden człowiek - nikogo zwolnić nie może. Każdy młody Niemiec czy Rosjanin, jak zresztą każdy inny Polak czy Szwed, powinien znać "swoje" zbrodnie, w tym przypadku zbrodnie Hitlera czy Stalina (czy zna - to inna sprawa) i czuć się ciągle, dziś i jutro, za nie moralnie odpowiedzialny.
"Naszym obowiązkiem - powiedział Putin - jest, aby pamiętając o przeszłości, myśleć raczej o przyszłości". Prezydent znowu ma rację. Pod warunkiem że się tę przeszłość prawdziwie zna. Tylko znajomość przeszłości pomoże nam żyć dziś i pomoże rozumieć jutro. Wina niemiecka czy rosyjska nie jest wieczna. Wieczny jest Katyń i cyklon B.
07:37, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
środa, 01 marca 2006
Luty 1956 roku
Jest luty 1956 roku w Brukseli. Moja pierwsza podróż na Zachód. Zafascynowany wystawami sklepów, nie mówiąc już o tym, co w środku, zapomniałem o "Życiu Warszawy", polityce i Polsce z ZSRR na czele.
Wyjeżdżałem w odczuwalnym już, zwłaszcza w "Życiu", początku odwilży, czego zresztą mój paszport "do rodziny na Zachodzie" (tylko starsi ludzie pamiętają jeszcze, co to znaczy) był najlepszym dowodem. Jasne, powoli szło nowe, ale nic nie zapowiadało trzęsienia ziemi.
Do momentu kiedy "Le Soir", już wtedy mój codzienny pokarm, wyszedł z mocną czołówką "Pośmiertny proces Stalina". Lecę do radia, BBC potwierdza, Moskwa szumi od plotek. XX zjazd radzieckiej partii komunistycznej wyraźnie odchodzi od tradycyjnego ceremonialnego bałwochwalstwa Stalina i stalinizmu.
Nazajutrz "Le Soir" idzie za ciosem: "XX zjazd potępia teorie i politykę Stalina". Kropkę nad i zrozumiałą tylko dla nielicznych czytelników "Soir" stawia niewielką ramką na pierwszej stronie: "Rehabilitacja polskich komunistów rozstrzelanych przez Stalina w 1937 roku".
Nie wszystko widzę jasno, ale jedno już wiem - to drugi (będą jeszcze inne) pogrzeb Stalina, koniec pewnego świata. O tym, co naprawdę działo się w Moskwie, dowiem się po powrocie.
W Warszawie i w "Życiu" wrze. Przetłumaczony z rosyjskiego długi tekst, każdy egzemplarz ponumerowany, z ostrzeżeniem, że "tajne, przeznaczone tylko dla członków partii", swobodnie krążył po Warszawie, nie mówiąc już o redakcji, gdzie żaden tajny dokument nigdy nie był tajny przez więcej niż kilka godzin.
"Tajny raport" wygłosił Chruszczow na zamkniętym posiedzeniu zjazdu już po jego zakończeniu, nocą 25 lutego 1956 r., czyli - kiedy piszę te słowa - dokładnie 50 lat temu. Dziś już znamy ogromną dwuznaczność i ograniczenia tego raportu. Ale wtedy to była bomba z opóźnieniem.
Chruszczow obalił stalinowskie dogmaty i mity, zniszczył cement sowietyzmu. Nie z dobroci serca. Z konieczności. Ofiarował "pokojowe współistnienie", bo na prawdziwą rywalizację z USA nie mógł sobie pozwolić. Położył kres terrorowi, bo chciał ratować system zżerany paranoją tyrana, no i przy okazji pozbyć się konkurentów do władzy. Dokonał remanentu niektórych zbrodni Stalina, aby wszystko zrzucić na ojca narodów i ukryć jego własny, Chruszczowa, udział w tych zbrodniach.
20 lutego w depeszy z Moskwy "Le Soir" się pośpieszył i ogłosił "Triumf rewizjonizmu". "Le Soir" się mylił. Ja także. Do triumfu było daleko. Krew popłynie jeszcze w Polsce, na Węgrzech i w Czechosłowacji. W Polsce system trzaśnie dopiero w 1989 r., a w ZSRR dwa lata później. No, ale 20 lat wcześniej wyrzucony falą tego triumfu lądowałem znowu w Brukseli. Na dłużej, bez złudzeń co do triumfu "rewizjonizmu". I wróciłem do "Le Soir" nie tylko po to, by go czytać.
Co zostało z upojnej moskiewskiej nocy sprzed 50 lat? Podczas niekończącego się remanentu zbrodni ktoś z sali krzyknął: - A gdzieś ty wtedy był, dlaczego milczałeś? Nikita na to: - Kto to powiedział? Nikt się nie zgłosił. - No właśnie, to jest odpowiedź - powiedział.
13:14, leopold.unger
Link Komentarze (1) »