RSS
wtorek, 27 marca 2007
Co mogą małe kraje

Sycylijska noc z 1 na 2 czerwca 1955 r. dłużyła się. Politycy z sześciu krajów zachodnich zamurowani w hotelu w Messynie doszli do krawędzi beznadziei - nie znajdowali pomysłu na Europę.

Znalazł go Belg Paul-Henri Spaak. Jedziemy, powiedział, do Taorminy na kolację i występ baletu z Rzymu. Nie wiadomo, jaki był wpływ kolacji z baletnicami, ale po powrocie, o drugiej rano, Spaak zwołał naradę i o świcie podpisany był akt narodzin rok później Wspólnego Rynku, czyli fundamentu Unii Europejskiej.

Nikt się nie zdziwił, że akuszerem był Spaak. Nie pierwszy raz ten Belg zareagował jak należy na wyzwanie historii.

Świetny i odważny mówca Spaak był znanym działaczem przed wojną, a potem w belgijskim rządzie na wygnaniu w Londynie. W świat wielkiej polityki wdarł się naprawdę w 1948 r. na międzynarodowej konferencji w Paryżu.

Odpowiedział wtedy jak należało na bolszewicki występ Andrzeja Wyszyńskiego, prokuratora czystek stalinowskich, a wówczas ministra spraw zagranicznych ZSRR. - My się was boimy - rzucił wtedy Spaak w twarz Wyszyńskiemu. - Jesteście jedynym państwem, które wyszło z wojny, grabiąc cudze ogromne terytoria.

Przemówienie to zostało zapisane w kronikach jako "Spaaka mowa o strachu". On sam mówił nadal. Kiedy w 1954 r. parlament francuski ukatrupił pomysł Europejskiej Wspólnoty Obronnej, wydawać się mogło, że nic już idei jedności kontynentu nie uratuje. Spaak się nie załamał. Zaśpiewał - opowiadają świadkowie - "O sole mio", wymyślił spotkanie w Messynie i kolację w Taorminie, gdzie się urodziło "memorandum Spaaka".

Jeżeli - powiedział Belg w kwietniu 1956 r. - Europa chce istnieć między USA i ZSRR, to musi połączyć siły.

I na to łączenie sił zaprosił ministrów i ich ekspertów na wrzesień 1956 r. do Brukseli do pałacu Val Duchesse (wtedy prawie w ruinie, 25 lat później będę tam robić wywiad z Aleksandrem Łukaszenką).

Czas palił, noce ekspertów były białe, na pewno nie mieli czasu na kolacje z baletnicami, żyli na kanapkach. Atmosfera była ciągle pełna traumy i powojennej nieufności, przewodniczący konferencji, Spaak naturalnie, chociaż znany z ogromnej siły przekonywania, musiał stoczyć kilka ostrych (także w decybelach) bitew, ale po - i dzięki - listopadowej sowieckiej masakrze Węgrów potrafił jednak przekonać wszystkich, że Europa bez wspólnoty nie ma przyszłości, a jeżeli ma, to czarną.

Dokument jest na historyczną skalę. - Genialny, prawdziwy klejnot - powiedzą później. Ów klejnot, jak wiadomo, podpisano w Rzymie dokładnie 50 lat temu. - Rzym, wieczne miasto - powie tam rzadko wzruszający się Spaak - był i jest kolebką Europy.

Rocznicowe reflektory zgasły, pytanie zostało: dlaczego tyle o Spaaku? Europa ma przecież wielu ojców.

Tak, ale to Spaak pokazał, m.in. właśnie w "mowie strachu" do Wyszyńskiego, jakie miejsce zająć mogą, jeżeli mają coś do powiedzenia, małe państwa w dużej polityce. Nie proszą, wołał Spaak, ani o łaskę, ani o wdzięczność, ale niepokoją się o przyszłość, o tragedie, jakie chmura sowiecka czy inna może ludzkości przynieść.

Inaczej mówiąc, małe kraje mogą odegrać wielką rolę. Jeżeli chcą i jeżeli potrafią. Średnie kraje także. I także jeżeli chcą i jeżeli potrafią.

15:40, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
środa, 21 marca 2007
Intelektualista - kto to taki?

Carski oficer bije żołnierza. Przechodzi Tołstoj.

- Nie wstydzisz się poniewierać człowieka? Nie czytałeś Ewangelii - woła. Oficer na to: - A ty czytałeś regulamin wojskowy?

Dialog o sporze sumienia z regulaminem pochodzi z przedmowy Juliana Bendy, autora "Zdrady klerków" (1927).

Dziś nikt już prawie nie wie, kto to Benda, niektórzy znają tylko tytuł, atrakcyjny skrót w sporach o miejsce i rolę intelektualistów. To od klerka Bendy (ze średniowiecznego scribe, po polsku skryba) zaczęła się współczesna faza tego antycznego jeszcze sporu. Angielski tytuł "Zdrada intelektualistów" jest dlatego bliższy intencji autora.

Benda ubolewa nad zdradą intelektualistów, którzy odeszli od swej roli strażników wartości dreyfusarskich, czyli uniwersalnych (prawda, sprawiedliwość, rozum) w imię realizmu politycznego i związanych z tą postawą koncesji, kompromisów i kompromitacji. Raymond Aron w "Opium intelektualistów" ujął to krótko: Intelektualista to twórca idei i zaangażowany obserwator.

Obaj mają rację, reszta to wariacje na temat. Jest zgoda, że intelektualista uzbrojony w zmysł krytyczny, mocną pozycję w społeczeństwie i związany z nią autorytet powinien wtargnąć w obszar publiczny i bronić wartości, bić się o niezależność od instytucji, tak jak Wolter bronił Calasa (protestant ścięty w Tuluzie), Zola i Mirbeau Dreyfusa czy bardziej współcześnie Bourdieu bezrobotnych, a Pinter czy Sontag więźniów Guantanamo.

Sartre, który lubił paradoksy, powiedział, że intelektualista to człowiek, który się miesza w nie swoje sprawy. W istocie takich spraw nie ma. On sam bronił ofiar tortur w Algierii, był członkiem Trybunału Russella (też intelektualista) sądzącego zbrodnie w Wietnamie. Kropkę nad i postawił Camus: "Pisarz, a więc intelektualista, nie może być w służbie twórców historii, lecz w służbie jej ofiar. Naszą racją bytu, jeżeli w ogóle istnieje, jest mówić w imieniu tych, którzy mówić nie mogą". Dodajmy: albo się boją.

Inaczej mówiąc, intelektualista to ktoś, kto w poczuciu własnej odpowiedzialności i w konkretnej sytuacji odmawia udziału w nadużyciu prawa, w wymiarze niesprawiedliwości, odrzuca monopol ideologii, której celem jest uzasadnienie gwałtu i fałszu.

Konkluzja: odrzucając zależność od jakiejkolwiek partii politycznej, zachowując pełen dystans krytyczny i pełną autonomię słowa, intelektualista powinien zaangażować cały swój prestiż narodowy i międzynarodowy w krytykę nadużycia prawa i zagrożenia rozumu.

Tych kilka uwag z bezpiecznej odległości dedykuję z szacunkiem profesorom Hannie Świdzie-Ziembie, Karolowi Modzelewskiemu, Krzysztofowi Jasiewiczowi, Tadeuszowi Pilchowi i innym, do których tekstów nie miałem dostępu, i którzy uważają, że Polska to nie Białoruś, że każdy powinien dokonać wyboru we własnym sumieniu w obronie godności osobistej, tej wartości najwyższej, że "odruch własnego sumienia jest ponad ustawą", i którzy tak jak Camus i inni angażują swój autorytet intelektualisty w obronie "poszanowania wartości trwalszych od wszelkich politycznych konfiguracji, a nawet ustrojów".

Z najemnikami tak jak z niewolnikami budować można piramidy, ale nie komputery. Demokracji także nie. Tak napisałem dawno już w "Kulturze". Nie sądziłem, że się ten skrót jeszcze przyda.

08:47, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 marca 2007
Putin u Benedykta

Najpierw był zięć. Aleksij Adżubej, żonaty z córką Nikity Chruszczowa, jako specjalny emisariusz szefa partii komunistycznej został na prośbę teścia przyjęty przez Jana XXIII.

Potem, już bez pośredników, doszło do historycznej audiencji, 1 grudnia 1989 r., Michaiła Gorbaczowa u Jana Pawła II. Droga była przetarta. Po dwa razy przekroczyli Spiżową Bramę, na zaproszenie polskiego papieża, Borys Jelcyn i Władimir Putin.

Dziś dojdzie do pierwszego spotkania prezydenta Rosji z Benedyktem XVI. Te kolejne, po Gorbaczowie, rosyjskie pielgrzymki ad limina apostolorum nigdy nie były banalne, ale historii już nie pisały. Ta dzisiejsza też jej nie napisze.

Politycznie biorąc, ten przystanek Putina w Watykanie (bo w istocie prezydent jest w drodze do Włoch i do Grecji) jest także wpisany w jego agresywną dyplomację przeciw dominacji USA. Ponieważ jednak sławne pytanie Stalina "Papież, ile ma dywizji?" z maja 1935 r. nie ma dziś sensu, bo obie strony znają dobrze swoje silne strony, rangę spotkania wyznaczy nie tyle polityka, co religia. Nie o armie tu chodzi, lecz o Kościoły, w tle jest zaś nie nowa zimna wojna, lecz stara schizma.

Dwa aspekty dodają tej wizycie nieco dreszczy. Będzie inna atmosfera. Dzisiejszemu spotkaniu nie będzie mianowicie towarzyszyć zrozumiałe psychologicznie zażenowanie, nieuniknione w chwili, kiedy Jan Paweł II, ofiara zamachu z 13 maja 1981 r., ściskał dłoń Władimira Putina, oficera KGB, instytucji mającej swój udział w dramacie na placu przed bazyliką. Witał wówczas prezydenta, który uważa rozpad Sowietów, do czego Karol Wojtyła mocno się przyczynił, za największą tragedię XX w.

No i zmienił się papież. Marzeniem-misją Wojtyły była podróż do Rosji. Odpowiedź z Moskwy była niezmiennie "niet". Zdaniem prawosławnego Synodu warunkiem zmiany ma być "pokonanie pewnych przeszkód", praktycznie biorąc przełamanie podejrzeń o katolicki prozelityzm i agresywność Watykanu nie tylko w Rosji, ale i na terenach postsowieckich, przede wszystkim na Ukrainie.

Prawosławie w Rosji to nie tylko religia, ale i polityka. Z uwagi na jego narodowy charakter, jego więź z historią Wszechrosji i z każdym kolejnym Kremlem w szczególności, prawosławie koi i zaspokaja ciągle żywą, na gruzach marksizmu, ludową tęsknotę za jakąś jedynie słuszną ideologią.

W warunkach całkowitej dyskredytacji i korupcji instytucji państwowych Rosjanie skłonni są wierzyć Cerkwi. Tym bardziej że Putin, któremu także wierzą, przy każdej okazji podkreśla swój związek z Cerkwią. Na pytanie, czy Jan Paweł II będzie zaproszony do Rosji, Putin kiedyś odpowiedział: - To nie zależy ode mnie.

To nieprawda, od Putina także zależy, ale można jego odpowiedź zrozumieć. W Rosji idą wybory parlamentarne i prezydenckie. Kwestia tego, kto będzie rządzić Rosją bez Putina, tak jednak jak on tego będzie chciał, to dziś prawdziwa obsesja Kremla. W tych warunkach ewentualna prezydencka inicjatywa podniesienia prawosławnej "żelaznej kurtyny" zostałaby bardzo źle przyjęta i przez Cerkiew, i przez naród.

Zbitka "Polak katolik" na hasło wyborcze w Rosji na pewno się nie nadawała. No a Niemiec katolik? Czy niemiecki papież przekroczy bramę Trzeciego Rzymu, do której polski papież bezskutecznie pukał?

11:04, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
wtorek, 06 marca 2007
Życie na podsłuchu

Kartka formatu A4. Data: Warszawa, 24 lipca 1968 r. Z prawej strony: Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Z lewej: Tajne. Specjalnego znaczenia.

To fotokopia meldunku, w którym płk St. Łyszkowski, dyrektor Biura „T” MSW, informuje płk. H. Piętka, dyrektora Departamentu III MSW, że „Wydział VII Biura »T « może założyć instalację PP pod wskazanym adresem tylko wówczas, jeżeli wprowadzi się naszych pracowników do obiektu dwukrotnie, na kilka godzin w każdym wypadku”.

"Wskazany obiekt" to moje mieszkanie w Warszawie. Kopia dokumentu pochodzi z mojej, sprzed 1968 roku, ostro przetrzebionej teczki, jaką IPN mi przekazał długo przed lustracyjnym szałem w celu drugiego wydania uzupełnionego właśnie o teczkę mojego "Intruza" (ale nie znalazłem wydawcy).

Nie wiem, czy biuro "T" w końcu założyło u mnie PP. Miałem inne zmartwienia: czekaliśmy na walizkach, w strachu po kilku odmowach, na jednokierunkowy dokument na azyl do Belgii. Potem przez 40 lat myślałem, że ten strach opuścił mnie na zawsze. Błąd. Niemiecki film "Życie na podsłuchu" obudził go na nowo.

Wschodni Berlin, rok 1984. Gerd Wiesler, oficer Stasi, śledzi i podsłuchuje pisarza Georga Dreymanna i jego przyjaciółkę, aktorkę Christę-Marię Sieland. Wiesler potrafił "wprowadzić ludzi" i zainstalować PP na strychu "obiektu". Podsłuch 24 godziny na dobę.

Polakom tego mechanizmu nie trzeba tłumaczyć. Takich zleceń jak moje kursowało w MSW tysiące. W filmie jednak następuje cud - Wiesler zaczyna wątpić. Myślał, że służy socjalistycznej ojczyźnie, a tymczasem ma po prostu odebrać pisarzowi kochankę, na którą czyha okropny minister kultury NRD.

Następuje przełom. Wiesler nie tylko nie denuncjuje antysocjalistycznych kochanków, ale fałszuje raporty na ich korzyść.

Wielki film. Przeciwieństwo przelukrowanego ost-nostalgicznego "Bye, bye, Lenin". Wiemy, co prawda, że takiej metamorfozy jak Wiesler żaden oficer Stasi nie przeszedł. Nawet w Polsce, mniej stalinowskiej niż NRD, był chyba jeden taki przypadek (Hodysz). Ale "Życie na podsłuchu" jest tak znakomicie, surowo, bez patosu zrobione, że nie zwraca się uwagi na jego naiwności i nieprawdopodobieństwa.

Żaden film nie może rewindykować ani całkowitego realizmu, ani tym mniej pełnej prawdy historycznej. Tutaj jednak młody reżyser Florian Henckel von Donnersmarck potrafił przejmująco, prawie jak w dokumencie odtworzyć nie tylko faktograficzną rzeczywistość. Dobrze bowiem pamiętam ponure korytarze w UB na Koszykowej w Warszawie i sto moich recytacji życiorysu.

Henckel von Donnersmarck potrafił także, a może przede wszystkim, uświadomić sobie atmosferę podejrzliwości, szantażu, donosicielstwa, wszechobecnego strachu przed 100 tys. agentów (plus 200 tys. TW), w jakie Stasi skuła 17 mln mieszkańców NRD. Koszmar? Na ekranie? No a dzisiejsza Kuba, Korea Północna, Iran i inne?

- Tak, taka właśnie była dyktatura - powiada na użytek współczesnych (kto wie, z jakim skutkiem) Ulrich Mühe, znakomity w roli Wieslera. Wie, o czym mówi. W filmie Dreymanna denuncjuje jego kochanka złamana przez Stasi. Mühego denuncjowała jego żona. Nie w kinie, w życiu.

Wspomnienia, powiada lud, bywają gorsze od śmierci, czasem lepiej do nich wracać.

11:12, leopold.unger
Link Komentarze (3) »