RSS
wtorek, 18 marca 2008
Euro i anszlus

"Kibice kochają swoją drużynę, to wszystko, co zostało z tożsamości naszego kraju".

Ten kraj to Austria. A autor tej smutnej refleksji to Hans (Johann) Krankl, najsławniejszy austriacki piłkarz, autor czterech goli na mundialu w 1978 r. i 34 w reprezentacji kraju.

Wie, co mówi, a przypadek sprawił, że jego spostrzeżenie jest dzisiaj podwójnie aktualne. Po pierwsze, bowiem, panuje dziś w Austrii ostry stan gorączkowy przed zbliżającymi się organizowanymi wraz ze Szwajcarią piłkarskimi mistrzostwami Euro 2008. To największa impreza sportowa, jakiej Austria (grupowy rywal Polski) kiedykolwiek się podjęła.

Po drugie, tak się składa, że gorączka futbolowa nakłada się na znacznie mniejsze, ale jednak wzruszenia związane z obchodami 70. rocznicy anszlusu, aneksji Austrii 12 marca 1938 r. przez hitlerowskie Niemcy.

Do czego doprowadził anszlus entuzjastycznie powitany przez Austriaków i takaż ich kolaboracja z Hitlerem (Austriakiem z pochodzenia), wiadomo. To czarna strona historii Austrii, całkowita utrata tożsamości, o której mówił Krankl, a także los 65 tys. Żydów austriackich zamordowanych, 130 tys. obrabowanych i wypędzonych, wśród nich: Freud, Kokoszka i kilku noblistów.

Zaraz po anszlusie, 1 kwietnia, wyruszył pierwszy transport austriackich antynazistów do obozu koncentracyjnego Dachau, instytucji wtedy mało znanej w Europie. Hitler pozyskał kilka dywizji piechoty i większość komendantów jego ludobójczych łagrów.

Obie okazje wywołują, mówię to bez cienia cynizmu, sporo emocji. I tak np. na Heldenplatz, placu Bohaterów, tam gdzie 250 tys. oszalałych ze szczęścia mieszkańców Wiednia witało 15 marca 1938 r. Hitlera i równocześnie traciło tożsamość, 70 lat później zapanowała noc milczenia. Zapaliły się tysiące świec, odbyła się ekumeniczna uroczystość, mająca w skupieniu oddać żal i oddalić wspomnienie samobójczej euforii owego dnia.

Sto dni później, 7 czerwca, Austria i Szwajcaria uruchomią szaleństwo pod nazwą Euro 2008. Właściwie wszystko jest gotowe. W Wiedniu wielka przestrzeń rozciągająca się między placem Ratusza i Bramą Bohaterów, wiodącą na plac o tej samej nazwie, ten sam, gdzie wiedeńczycy witali Fuhrera, będzie przez cały czas Euro zarezerwowana dla 100 tys. miłośników futbolu, którzy będą mogli na dziewięciu megaekranach oglądać na żywo igrzyska z piłką. Entuzjaści piłki będą znowu mogli kochać swoją drużynę i, jeżeli ją jeszcze pamiętają, zastanawiać się nad sensem i aktualnością spostrzeżenia Krankla.

Pozornie nic sensownego nie łączy obu tych epizodów. Ich zestawienie zakrawa na demagogię albo nawet na złą wolę. Nie przyznaję się ani do jednego, ani do drugiego. Nic mianowicie ich nie łączy, z wyjątkiem fanatyzmu kibiców. W istocie bowiem oba przestrzegają przed tą samą plagą ślepego, bezmyślnego odruchu zawierzenia, np. bezwarunkowego poparcia Hitlera w 1938 r. lub - toutes proportions gardées - tłumu kiboli dla swojej drużyny futbolowej.

Mówiąc nie o skromnym Euro, ale o gigantycznym futbolowym mundialu, Alain Finkielkraut zauważył, że dzieje się tak, jakby "tożsamość narodowa mogła już tylko się przejawiać w formie sportowego szowinizmu". Krankl powiedział to samo, tylko inaczej. Wielki filozof i wielki piłkarz chcą tego samego: aby sport wychowywał nie kibica, ale obywatela. Bez, a szkoda, większych szans na sukces.
15:08, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
środa, 12 marca 2008
Za wielkie zasługi zawsze niewdzięczność


Dowiedziałem się, że Adam Michnik nie został zaproszony przez prezydenta RP na uroczystość związaną z 40. rocznicą tzw. wydarzeń marcowych z 1968 r. Michnik, wiem z prasy, uważa, że komentowanie jego nieobecności na tej uroczystości przez niego samego byłoby "niestosowne". Takie stanowisko dobrze świadczy o skromności Michnika, innym jednak daje do myślenia. Np. mnie.

Po pierwsze, mimo innej okazji, ale także związanej z Marcem, ja też nie byłem zaproszony do Pałacu. I słusznie. Nie miałem bowiem zamiaru ubiegać się o zwrot obywatelstwa polskiego. Już je raz miałem i na jedno życie wystarczy. No a poza tym język, kultura i przyjaźnie, choć nie wymazują marcowego paskudztwa ani niezapomnianych okoliczności wyjazdu "bez prawa powrotu", całkowicie kompensują rozkosze związane z posiadaniem polskiego paszportu. Ponadto mało wymagające obywatelstwo Belgii, gdzie jak najbardziej lojalnie płacę wysokie podatki, najzupełniej mi wystarczy, zwłaszcza że ponieważ anim Walon, anim Flamand, mam tym dojrzalsze poczucie obywatelstwa już europejskiego.

Po drugie, i przede wszystkim, 40-lecie Marca możemy, Michnik i ja, obchodzić jednak wspólnie, każdy, to jasne, w swoim rejestrze. Polskie "idy marcowe" stanowią przecież, choć dla każdego oddzielnie, zwrotny moment w życiorysie. To od wydarzeń w różny sposób, ale równolegle w Warszawie wtedy przeżywanych, każdy z nas rozpoczął następnych, pod każdym względem nowych 40 lat. Nasze drogi się wtedy rozstały, każdy wybrał coś innego. Nasze biografie są nieporównywalne, skakaliśmy przez inne góry. Michnik tworzył historię, ja starałem się ją tłumaczyć. I, choć nie bez ryzyka, wyszliśmy na ludzi.

Michnik, 40 lat po Marcu, w jednym z esejów w książce "W poszukiwaniu utraconego sensu" pisał tak: "Stendhal dobrze zapamiętał rój pochlebców wokół uwielbianego Napoleona... Francja była zmęczona arogancją dworaków, prefektów, burmistrzów... Z ich rysów przebijał odcień obłudy, wyraźny ślad cesarstwa i jego serwilizmu... Co za otchłań podłości i tchórzostwa...".

Ja, rok po Marcu, też w eseju i też poszukując sensu, pisałem: "Ten polsko-sowiecki narodowy socjalizm, ta władza kurczowo trzymająca się koryta, od dawna pozbawiona w ogóle ideologii, ożywiona jedynie chęcią utrzymania korzyści związanych ze zniewoleniem narodu, taka kasta pozwala odżyć wszelkim wersjom antysemityzmu, tego beblowskiego socjalizmu imbecyli".

Te dwa cytaty dotyczą dwóch różnych republik (jedna nie ma numeru), ale przecież pasują: to taka władza i tacy dworzanie wsadzili Michnika do kryminału, a mnie skazali na wygnanie.

Michnik jest niepoprawny, wierzy w człowieka. W tym samym eseju pisze: "Świat jest zawsze taki, jakim my, ludzie, go tworzymy. Przecież w najgorszym nawet świecie, wśród opresji i poniżenia, można żyć według wartości wymaga to tylko szczypty wyobraźni i odrobiny konsekwencji. Albo też trochę odwagi i sporej cierpliwości, gdyż po każdej - nawet najdłuższej - nocy wschodzi świt".

Do świtu daleko. Ale ponieważ Michnik jest zakochany we francuskim XIX w., to chcę, aby wiedział, co o takich jak on myśli pisarz, którego on ani razu w całej książce nie cytuje. Aleksander Dumas powiedział mianowicie: "Są zasługi tak wielkie, że można je opłacić tylko niewdzięcznością". Czekając na świt, warto o tym pamiętać.

15:38, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 marca 2008
Putin i Castro


Mamy prezydenta Rosji. Mamy nawet dwóch, bo Putin dopiero w maju przekaże urząd, a nawet trzech, bo Gorbaczow czuje się dobrze.

Mamy także dwóch szefów państwa kubańskiego. To też wydarzenie, bo to pierwsza zmiana tronu po 50 latach. Co je łączy? Głównie sceptyczne komentarze co do pozytywnych skutków tych obu sukcesji. Zmiany te tłumaczą fachowcy, zachodzą bowiem wewnątrz rządzących kamaryli i niewiele - albo niczego - zmienią w systemie rządzenia. Rosja miałaby więc pozostać państwem autorytarnym, a Kuba - dyktaturą.

W Rosji, powiadają, Dmitrij Miedwiediew jest nowym prezydentem, ale z łaski i nadania Władimira Putina, który jako premier zabierze ze sobą najważniejsze prerogatywy szefa państwa. Miedwiediew, dodają, prezydencki klon, obejmie Kreml, utrzyma splendor funkcji, ale istota władzy z Kremla przeprowadzi się do siedziby premiera.

Na Kubie nikogo klonować nie trzeba, bo jest brat Fidela Raul. Starszy Castro, powiadają, z władzy państwowej zrezygnował, ale została ona w rodzinie, a Fidel pozostał szefem partii komunistycznej kontrolującej Kubę, u którego Raul, jak sam powiedział, będzie szukać rady w najważniejszych sprawach państwowych.

Wszystko jasne, nie ma o czym mówić? A może jest? A może warto pamiętać, że historia zna wypadki kiedy prowizoryczni władcy, ci pozornie najmniej groźni, przekształcali się czasem w reformatorów, a czasem w mężów stanu?

I że po zmianie szefa państwa autorytarnego czy dyktatury następowały czasem głębokie i trwałe zmiany. Putin nie Stalin, Fidel nie Mao, no ale, choć to trąci demagogią, warto pamiętać, jak się zmienił ZSRR - i cała satelitarna Europa - po śmierci Stalina, czy Chiny po zejściu Mao? Czy Gorbaczow był kontynuacją Breżniewa? A Putin Jelcyna?

Może warto się przyjrzeć niektórym subtelnościom obu sukcesji? W Rosji np. może się po jakimś czasie okazać, że liberał (tak się przedstawia) Miedwiediew nie zechce być klonem byłego oficera KGB, że jego sposób zarządzania państwem będzie się różnić od prostego administrowania dziedzictwem Putina.

14 lutego Putin, przyszły premier, oświadczył: - To rząd i jego szef stanowią najwyższy organ władzy wykonawczej w Rosji. Na co Miedwiediew, przyszły prezydent, odpowiedział: - Nie może być w Rosji dwóch, trzech czy pięciu ośrodków władzy. Rosją kieruje prezydent.

Farsa, układ, podział ról? Poczekajmy

A na Kubie? Też smugi cienia. Wtajemniczeni twierdzą, że ten sam Raul Castro, który odegrał kluczową rolę w rozmieszczeniu na Kubie sowieckich rakiet, postanowił po upadku ZSRR zmniejszyć liczebność wojska z 300 do 60 tys., mówiąc: - Fasola jest ważniejsza od armat.

Otóż Raul jest rzekomo zwolennikiem chińskiej drogi: wolność ekonomiczna, absolutna kontrola polityczna, dążenie do normalizacji stosunków z USA. To nie przypomina sloganu "Patria o muerte" Fidela. Co dalej? Poczekajmy, zobaczymy

Warto tym bardziej poczekać, że niedługo będzie także nowy, piąty żyjący (razem z Carterem, Clintonem, dwoma Bushami) prezydent w USA. Ten piąty może mieć wpływ na to, co dziać się będzie u tamtych trzech w Rosji i dwóch na Kubie. Jeżeli zechce i jeżeli potrafi.

11:21, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »