RSS
poniedziałek, 26 kwietnia 2004
Rosyjskie fascynacje włoskiego premiera
Włoski premier Silvia Berlusconi chce ulepszyć formułę prezydenta Francji de Gaulle'a, któremu wystarczyła Europa "od Atlantyku do Uralu". Europa - mówił w Moskwie - właśnie się rozszerza, ale w istocie sięga znacznie dalej, rozciąga się od Atlantyku po Pacyfik
Nie przesadzajmy, premier Silvio Berlusconi to nie prezydent Bush, Włoch nie umiał powtórzyć sukcesu Amerykanina, który potrafił zajrzeć w głębię duszy Władimira Putina. Ale to, że do duszy się nie dostał, sprawia, iż podziw Berlusconiego dla Putina jest tym bardziej imponujący. Łza ze wzruszenia kręciła się w oku kiedy, niedawno, w Rosji, obaj przywódcy obejmowali się, padali sobie w ramiona, poklepywali z radością po plecach, brakowało tylko sowieckiego "niedźwiedzia i pocałunku prosto w usta", aby wróciły nam obrazy "bratnich wizyt" minionego okresu i aby świat poznał ogrom przyjaźni Berlusconiego dla Putina.
Ogrom chyba za ogromny. Prawda, powinniśmy być przygotowani. Szef rządu włoskiego od dawna już bierze Putina w obronę przed napastliwością świata, a zwłaszcza zachodniej prasy. Niedawno ostro bronił przecież rosyjskiej polityki w Czeczenii, oskarżając dziennikarzy o "rozsiewanie legend" na ten temat.
Teraz, w ramionach Putina, Berlusconi posunął się znacznie dalej. Europa - mówił w Moskwie - właśnie się rozszerza, ale w istocie sięga znacznie dalej, rozciąga się od Atlantyku po Pacyfik. Europa potrzebuje Rosji. Tylko razem z Rosją Unia Europejska stanie się wielkim organizmem zdolnym mówić jak równy z równym z potęgami świata Nie widzę powodu, dla którego Rosja nie miałaby stać się członkiem Unii Europejskiej i NATO..."
Berlusconi nie widzi, ma chyba zły wzrok. Że jest przyjacielem Putina, z którym, jak wiadomo, dzieli sympatię dla monopolu telewizji i antypatię do opozycji parlamentarnej, to jego sprawa. Że chce ulepszyć formułę de Gaulle'a, któremu wystarczyła Europa "od Atlantyku do Uralu", to komiczne, ale do wytrzymania. Jednak jego propozycja rozciągnięcia Europy od Atlantyku aż po Pacyfik, to inna jakość, każe przytoczyć "powody", których on "nie widzi".
Z okazji otwarcia drugiego mandatu prezydenta Putina, amerykańskie Centrum Studiów Międzynarodowych i Strategicznych przeprowadziło badania opinii, które, gdyby Berlusconi je "widział", uratowałyby go od zadawania niemądrych pytań. Otóż tylko 30 proc. Rosjan uważa, że demokracja jest zawsze lepsza, natomiast 34 proc. jest zdania, że "czasem system autokratyczny jest lepszy", 26 proc. gotowych jest głosować na Stalina (gdyby dziś kandydował), a 19 proc. waha się, ale nie wyklucza, że oddałoby głos na byłego wodza postępowej ludzkości.
Jasne, można się zastanawiać nad przyczynami tych rosyjskich "preferencji": amnezja narodowa, wypaczona nauka historii, manipulowane podręczniki, nacjonalizm, żałoba po imperium, brak mechanizmów demokratycznych, a przede wszystkim generalna odmowa rozliczenia się z przeszłością.
Można i warto się na tym zastanowić, bo to właśnie stanowi zaczyn odpowiedzi na wątpliwości Berlusconiego. Czy np. wyobraża on sobie państwo niemieckie, gdzie jedna czwarta ludności gotowa jest głosować na Hitlera, a niewiele mniej się nad tym zastanawia, a któremu zaproponowałby miejsce w unii narodów demokratycznych? A czy, to już znacznie bliżej Berlusconiego, on sam może sobie wyobrazić w tej unii państwo włoskie, którego prawie połowa obywateli zastanawiałaby się, czy nie warto wskrzesić Mussoliniego?
"Bez wpadania w przesadny realizm" - zakpił kiedyś z prezydenta Francji Francois Mitterrand, można jednak zaryzykować wniosek, że Niemcy leżą w Europie". Według Berlusconiego - Władywostok także.
14:06, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 kwietnia 2004
100 lat "L'Humanité"
Dramatem "L'Humanité" był jej obłąkany, bałwochwalczy kult Stalina i ZSRR. Zaprowadziło to gazetę, redagowaną żelazną ręką z Paryża, a teleredagowaną z Moskwy, do zajęcia na najczulszych zakrętach historii kompromitującego niewolniczego stanowiska zawsze zgodnego z interesem i wymaganiami Kremla
Prasa - powiedział La Fontaine - powinna płacić haracz diabłu. Francuski dziennik "L'Humanité" powinien płacić haracz raczej Stalinowi (co w oczach wielu wychodzi na jedno), ale szampan i tak lał się strumieniami. "L'Huma" obchodzi bowiem właśnie stulecie, pierwszy numer tej gazety ukazał się 18 kwietnia 1904 ze wstępniakiem jej twórcy, socjalisty Jeana Jauresa.
Socjalistyczna "L'Huma" długo nie pożyła. Kongres w Tours w 1920 roku rozbił francuską lewicę, a "L'Huma" stała się organem Francuskiej Partii Komunistycznej.
Od stu lat "L'Huma" niesie w masy (aktualizowane) komunistyczne słowo. Nic nie zmogło tej gazety. Ani wstrząsy ideologiczne, ani kryzysy polityczne, ani konwulsje finansowe. Nie wytrzymała jedynie, jak zresztą wszystkie organy partyjne, zmierzchu partii i ciągle wraz z nią zapada w zapaść ideową i polityczna.
Historia "L'Huma" byłaby patetyczna, gdyby nie była tak pełna nienawiści. Popisywali się w niej "ideolodzy", od Thoreza i Marchais'go po Castro czy Ho Szi Mina; drukowali pisarze i artyści: Aragon, Eluard, Neruda, Picasso, długa galeria świadomych albo manipulowanych "poputczyków" [tym, którym chwilowo było po drodze z komunistami - red.]. Dla wszystkich, "L'Huma" była największą trybuną propagandy komunistycznej i pro-sowieckiej na demokratycznym Zachodzie.
Dramatem "L'Huma" był jej obłąkany, bałwochwalczy kult Stalina i ZSRR. Zaprowadziło to gazetę, redagowaną żelazna ręką z Paryża, a teleredagowaną z Moskwy, do zajęcia na najczulszych zakrętach historii kompromitującego niewolniczego stanowiska zawsze zgodnego z interesem i wymaganiami Kremla: w czasie "procesów moskiewskich", kiedy Stalin likwidował starą kadrę partii i wojska, czy w okresie "przyjaźni" Hitler-Stalin, wobec Krawczenki, "z pierwszej ręki" świadka stalinizmu, autora "Wybrałem wolność", okrzyczanego agentem CIA, czy wobec kolejnych inwazji sowieckich na Budapeszt, Pragę czy Afganistan lub "herezji" jak "Solidarność".
"L,Huma" oddała w służbę partii swą kiedyś ogromną siłę mobilizacji ma w czasie strajków (nawet kiedy trzeba je było kończyć, bo tak kazała Moskwa) i kryzysów politycznych. Jej nakład tuż po wojnie, kiedy FPK była pierwszą czy drugą partią we Francji, przekraczał pół miliona. Długo to jednak nie potrwało. FPK traciła coraz szybciej wiarygodność i siłę przebicia, nakład spadał, a kiedy skończył się ZSRR i wyschły życiodajne abonamenty na Wschodzie, w kasie zrobiło się tak pusto, że niedawno mało brakowało, a "L'Huma" nie mogłaby szampanem gasić stu świeczek.
Historia wzlotu i upadku "L'Humy" to wielka lekcja, przestroga i, paradoks, triumf imperatywu (także finansowej) niezależności prasy. W okresie swojej partyjnej i ideowej niewoli była, jak to wieszczo zauważył jeszcze Flaubert, "szkolą ogłupiania, bo zwalniała ludzi od myślenia". Dziś z bezlitosnej maszyny wojny ideologicznej i prania mózgów "L'Huma" stała się skromną gazetą (50 tys. nakładu), komunistyczną, ale już bez partyjnej firmy. Jest, po "Figaro" i "La Croix", trzecim stulatkiem w prasie francuskiej, i los tej staruszki, mimo okropnej przeszłości i wszystkiego złego, co narobiła, zasługuje na chwilę zadumy. Stuletnia, finansowa i ideowa studnia bez dna, "L'Huma"ciągle twierdzi, że jest i pragnie być blisko tego, co zostało z proletariatu we Francji. I ciągle, najwyraźniej, bez wzajemności. Może w nowym stuleciu.
14:04, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 kwietnia 2004
Gruzja na trakcie do Europy
Marzec 1989, mój pierwszy przyjazd do Polski po 20 latach "non grata". Warszawa była okiem cyklonu, stąd szła zaraza na cały obszar sowiecki, premierem był Mieczysław Rakowski. Udzielił mi wywiadu dla "Le Soir". Był po wizycie w Moskwie. Zapytałem: "Nie boisz się zbrojnej reakcji sowieckiej na polskie ekstrawagancje?" Odpowiedział: "Nie dopóki na Kremlu jest Gorbaczow".
Odpowiedź poszła w świat. Historia zweryfikowała Rakowskiego. ZSRR się wykruszył, Polska przeżyła.
W kwietniu 2004 w oku (mniejszego) cyklonu jest Gruzja. Z Tbilisi także płynie na sąsiadów niebezpieczny zapach "różanej rewolucji". Kilka dni temu rozmawiałem z jej liderem, prezydentem Micheilem Saakaszwilim, który też był po wizycie w Moskwie i spotkaniu, nie z Gorbaczowem, ale z Putinem. Zapytałem go, czy nie boi się ostrej reakcji Putina na wyraźnie prozachodni rozwój sytuacji w Gruzji i na ostentacyjną obecność tam Amerykanów? "To pan sam przecież niedawno powiedział, przypominam prezydentowi, że Rosjanie z trudem akceptują suwerenność Gruzji, że pański kraj nie jest już kolonią. Czy pan naprawdę wierzy, że w swych snach o imperium Rosja zrezygnuje kiedyś z Gruzji?"
Na to pytanie Saakaszwili odpowiedział mniej więcej tak, jak Rakowski przed 15 laty.
„Ja nie znam rosyjskich snów, mówi szybko, przechodząc płynnie z francuskiego na angielski lub rosyjski, ale stwierdziłem radykalną zmianę w rosyjskim mówieniu o Gruzji. Już nie jesteśmy »schronieniem czeczeńskich bandytów «. Jesteśmy partnerem Rosji”.
"Pański rosyjski partner ma dwie ogromne bazy na pańskim terytorium. Pan proponuje ich ewakuację w ciągu trzech lat, Moskwa nie schodzi poniżej dziesięciu. Dziwne partnerstwo".
„Dobry przykład, ripostuje, bo to właśnie się zmienia. Bądźmy konkretni: rosyjskie bazy muszą opuścić Gruzję. Ale Moskwa nie określa już żadnych dat, a sam Putin mówił o »elastyczności « w tej sprawie. Rosjanie zaczynają rozumieć, że bazy to anachronizm, instrument nacisku z ubiegłego wieku. Mamy z Rosją wspólne interesy na Kaukazie: stabilność, pokój, wojnę z terroryzmem. W tym kontekście Rosja takiego „instrumentu” nie potrzebuje”.
"Pan także, wzorem pańskich licznych zachodnich kolegów, wyraźnie uległ fascynacji Putina".
"Nie mam złudzeń, odpowiada, ale Rosja się zmienia. Putin wydał mi się mężem stanu, politykiem chłodnym, ale otwartym, pragmatycznym, przewidywalnym. Putin, takie wyniosłem z Kremla przekonanie, zrozumiał, że należy zmienić politykę Rosji wobec jej sąsiadów".
"Dobra wiadomość - wrzucam - np. dla Bałtów, którzy nie są tego tak bardzo pewni".
"Dla nas także dobra, odpowiedział. Tym bardziej że Putin, takim mi się wydał, z trudem formułuje obietnice, ale kiedy raz się do czegoś zobowiąże, to słowa dotrzymuje. I mówi, że jest z tego dumny".
Pożywiom, uwidim Saakaszwili twierdzi, że nie jest ani prorosyjski, ani proamerykański, a jest proeuropejski. Coś w tym jest. Żonaty jest z Sandrą Roelofs, Holenderką, oboje wykształceni na Zachodzie, znają po kilka języków (ona sześć, uczy się siódmego, syn, dziesięć lat, też zna już cztery) i chcą, w czym ona mu bardzo pomaga, wrzucić Gruzję na trakt (wiedzą, że bardzo długi) ku Unii Europejskiej.
"Po jakiemu, pytam, rozmawiacie w domu?"
"Między nami po gruzińsku, odpowiada, z synem - także po holendersku. Ale uczy się już i po rosyjsku".
14:34, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 kwietnia 2004
Między dżumą i cholerą
Samobójcy, także kobiety, opasani granatami. Bomby. Zakładnicy. Gdzie? Na Bliskim Wschodzie? W Hiszpanii? Na Kaukazie? Nie, w Uzbekistanie. Wniosek: wystarczy mała wojna w jakimś kraju, aby natychmiast uzyskać bardzo dokładne informacje o jego geografii. Nie tylko geografii i nie tylko u nim.
Uzbekistan to jedna z pięciu azjatyckich republik posowieckich i najgorsza z dyktatur, w których przecież rządzą ciągle byli dygnitarze komunistyczni. Islam Karimow zmienił tylko tytuł z sekretarz generalny na pan prezydent.
Tak jak w innych "republikach-siostrach", po dziesięcioleciach dominacji rosyjskiej, społeczeństwo obudziło się w niepodległym Uzbekistanie mocno zlaicyzowane. Z tym, że podobnie jak u "sióstr" w pustce, nazwijmy ją ideowej, Islam w naturalny sposób stał się czynnikiem poszukiwania tożsamości. Nie religijnej, a narodowej. I tak jak w innych satrapiach (choć tu wyjątkowo cynicznej), z braku jakichkolwiek mechanizmów demokratycznych, Islam zaczął rodzić swą własną groźną, zawistną, chorą i gwałtowną karykaturę, to znaczy islamizm, i jego odpowiedź na wyzwania nowoczesności to jest terror lub, jak np. w Tadżykistanie, wojna domowa.
Jasne, dziś bomby w Taszkiencie to część walki o władzę przede wszystkim w Uzbekistanie. Ale nie tylko tam. Chodzi o Azję Środkową i jej niezmierzone bogactwa. Uzbekistan to złoto, w kolosalnych ilościach. Tadżykistan to srebro, w podobnych rozmiarach. Kazachstan ma więcej ropy niż cała Alaska, a także jedną czwartą światowych zapasów uranu. Turkmenistan to czwarte miejsce na liście zapasów gazu. Ropa naftowa w Azerbejdżanie? Nie ma ryzyka przecenienia jej rezerw w Morzu Kaspijskim.
Nic dziwnego więc, że świat się niepokoi. Nie, bynajmniej nie dramatem mordowanych Uzbeków, a groźbą przelania się zarazy do sąsiadów, to znaczy destabilizacji całego regionu. Tylko naiwni mogą sądzić, że islamistyczny terror ograniczy się do Żydów albo niewiernych na zachodzie. W Moskwie i w Waszyngtonie naiwnych nie ma. Dlatego wybuchy w Taszkiencie tam także wywołały lekkie trzęsienie ziemi.
Dla Rosji, poza naftą, ten region to kwestia bezpieczeństwa i marzeń. Bezpieczeństwa, bo tędy idą, i w Rosji częściowo zostają, wszystkie kontrabandy świata. Marzeń, bowiem Azja Środkowa to ciągle część rosyjskich snów o imperium.
Widziany z USA problem ropy naftowej także istnieje: ten rejon mógłby zmniejszyć zależność od dostaw ze Środkowego Wschodu. Ale przede wszystkim, dzięki chytrości Putina, który zrobił na tym bardzo opłacalny interes - wojsko amerykańskie korzysta z baz w Uzbekistanie, Kirgistanie i Tadżykistanie, niszcząc talibów i islamistyczny terroryzm w ogóle.
Historia, wiadomo, jest przewrotna. Rządzić to wybierać, powiedzieli sobie w Moskwie i - z pewnym trudem oraz ku oburzeniu części prasy - w Waszyngtonie. To cel, przypomnieli tam sobie, buduje koalicje, a nie odwrotnie. Wybór między dżumą a cholerą jest odrażający, ale konieczny. Po to, aby skutecznie bić terrorystów, trzeba nawet pomagać, płacąc w dolarach i chronić wyjątkowo ponurego satrapę. I co jakiś czas składać wieńce przed mauzoleum Tamerlana w Taszkiencie.
13:52, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »