RSS
środa, 26 kwietnia 2006
20 lat po Czarnobylu
''Sjesta na naszych reaktorach jest równie bezpieczna co wypalenie papierosa''. Tak ponad 20 lat temu prawił profesor Petrosianc, jeden z ojców sowieckiego przemysłu atomowego.
Niedługo potem, 26 kwietnia 1986 r. w Czarnobylu okazało się, że nie na każdym reaktorze można spać, a dziś każda paczka papierosów ostrzega, że ''palenie zabija''.
Posłanie Czarnobyla nie straciło niczego z aktualności. Stanowi jeden z wielkich tragicznych epizodów historii postępu, moment przełomu w zbiorowej świadomości ludzkości. W Czarnobylu wybuchł przecież nie tylko reaktor, ale cały system sowiecki.
Państwo komunistyczne to miała być elektryfikacja plus sowiety. W Czarnobylu elektryfikacja padła, a państwo sowietów, w niewoli dogmatu tajemnicy i strachu przed prawdą, okazało się niezdolne do sprostania wyzwaniu. W Czarnobylu przeprowadzony został dowód anachronizmu komunizmu i akt - szybszego, niż ktokolwiek się spodziewał - zgonu dyktatury. Radioaktywna chmura tylko jeszcze przez chwilę przesłaniać będzie mur padający w Berlinie.
Ale to tylko początek. Od Czarnobyla wiadomo, że radioaktywność, zatrucie środowiska i w ogóle wszelka zaraza nie znają granic ani murów.
Wczoraj był opad czarnobylski, 100 tys. km kw. skażonej powierzchni, masowy rak tarczycy. Dziś ciągle jeszcze Rosja, Ukraina i Białoruś liczą, nie gwarantując dokładności, jego ofiary. Może warto przypomnieć ten sierpniowy dzień roku 2003, kiedy gigantyczne zerwanie sieci w USA unieruchomiło dziesiątki milionów ludzi, sparaliżowało połowę największej potęgi świata. Chaos był za rogiem. W najbardziej uprzemysłowionym państwie globu.
A może sięgnąć jeszcze dalej, do 28 marca 1979 r. i do najpoważniejszej awarii amerykańskiego reaktora jądrowego w Three Mile Island, kiedy wskutek błędu technicznego promieniotwórcze gazy dostały się do atmosfery. Cudem bez większej szkody.
Ryzyko zero, wiadomo, nie istnieje. Postępu technicznego zatrzymać się nie da, a bać się go nie należy. Odwrotnie, należy starać się go ujarzmić i kontrolować. Bać się zaś należy naszego własnego braku poczucia odpowiedzialności za użytek, jaki z niego człowiek czyni.
Katastrofy ''Challengera'' i ''Columbii'', Concorda i ''Kurska'', to wszystko tragiczne symbole ryzyka, jakie niesie postęp. Czarnobyl to największy taki symbol. To współczesne ''mane, tekel, fares''.
Wypadek w Three Mile Island ostrzega, że w dziedzinie nuklearnej ryzyko awarii niesie groźbę katastrofy nawet w systemie i państwie gwarantującym optymalne bezpieczeństwo. A Czarnobyl ostrzega, że ryzyko awarii nuklearnej staje się wprost nieobliczalne w systemie totalitarnym, pozbawionym - jak wczoraj w ZSRR, a dziś w Iranie lub Korei Północnej - demokratycznych i przejrzystych mechanizmów podejmowania decyzji, gardzących regułami międzynarodowego współżycia, rządzonym bez działania społecznej presji i publicznej, obywatelskiej kontroli dyktatury.
Hiroszima naznaczyła atom stygmatem śmierci. Nie na długo. Czarnobyl zachwiał zaufaniem do atomu w służbie życia. Też nie na długo. Dzisiejszy głód energii i niepewność źródeł i sposobów jego zaspokojenia zrodzona m.in. z rosyjskiej politycznej gry gazem lub z groźby terroryzmu na Środkowym Wschodzie przywracają atomowi jego rangę.
Przypominają, że 450 reaktorów jest w ciągłym ruchu w 32 krajach, że to, co nieprzewidywalne, jest jednak możliwe, a to, co niemożliwe, nie jest wykluczone. I powtarzają pytanie czekające na odpowiedź od 20 lat: czy Czarnobyl był skutkiem tylko zbrodniczej nieodpowiedzialności komunistycznego systemu, czy też atom niesie groźbę zguby niezależnie od stopnia i jakości jego kontroli?
15:18, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
czwartek, 20 kwietnia 2006
Sankcje z Zachodu i ze Wschodu
"Personae non gratae wszystkich krajów, łączcie się !". Apel, lekka parafraza Marksa, skutkuje. Od kiedy władze w Moskwie ogłosiły, że "Pan Leopold Unger ma zakaz wstępu na terytorium Federacji Rosyjskiej ", do klubu zadżumionych dołączył prezydent Białorusi pan Aleksander Łukaszenko, który "ma zakaz wstępu na terytorium Unii Europejskiej".
Naturalnie różnią się nie tylko adresy zakazu. Ja np. jestem sam, oko w oko z Federacją; Łukaszence zaś w niełasce towarzyszy ponad 30 osób. Mnie, tak sądzę, nic gorszego ze strony Federacji spotkać już nie powinno; na Łukaszenkę spaść jeszcze mogą sankcje gospodarcze, np. blokada jego kont w zachodnich bankach.
Najważniejsza różnica leży jednak gdzie indziej. Choć niektórzy twierdzą, że rosyjska banicja to honor i ukoronowanie moich długoletnich starań, to w istocie, nie ma co ukrywać, zakaz dotyka mnie boleśnie, miałem bowiem w związku z Rosją kilka interesujących i przyjaznych pomysłów. Łukaszenko natomiast, choć to pierwszy tak wyróżniony szef państwa sąsiadującego z Unią, daje do zrozumienia, że ma europejski zakaz w nosie, A pan Łozowik, wiceprezes Centralnej Komisji Wyborczej w Mińsku, jest nawet dumny (jego prezydent chyba także) z obecności na europejskiej liście "zakazanych".
Co ciekawsze, polska i w ogóle zachodnia prasa zgadzają się z Łukaszenką i Łozowikiem. Też bowiem są zdania, że decyzja 25 ministrów Unii to kpina, a nie właściwa odpowiedź na gwałcenie przez prezydenta Białorusi wszystkich paragrafów obowiązującej w Europie karty praw człowieka.
Na szczęście jest Federacja Rosyjska. Bez konsultacji z Brukselą (to prawdziwy sekret, ale sprawdzałem w dobrym źródle) Kreml postanowił nie kpić, zastąpić tchórzliwą Europę i jako "prezent" na inaugurację naprawdę dotkliwie ukarać Łukaszenkę. Choć więc najpierw, jak wypada, prezydent Putin (w ekskluzywnym towarzystwie prezydentów Chin, Kuby i Azerbejdżanu) wysłał do Łukaszenki gratulacje z okazji trzeciego mandatu, to potem od razu w dzień po inauguracji ciachnął jak należy tam, gdzie boli. Nie po honorze (to dla Łukaszenki wartość raczej względna), a po kieszeni. Gazprom mianowicie, blisko jak wiemy związany z Kremlem, zapowiedział, że od 2007 r. zamierza co najmniej potroić subwencjonowaną cenę gazu dla Białorusi, niższą dotąd nawet od tej, jaką Rosja stosuje wobec innych byłych republik sowieckich.
Za co taka kara? Może jest tak jak w byłym zaborze, kiedy pewien gubernator rosyjski najpierw zaprosił miejscową szlachtę na kolację, a potem po deserze kazał Kozakom ostro wychłostać gości. Za co, pytali? Aby, odpowiedział gospodarz, "wam się w głowie nie przewróciło".
A może w zamian za utrzymanie niskiej ceny, Gazprom chce zmusić Białoruś do przekazania mu połowy państwowego przedsiębiorstwa kontrolującego gazociąg ku zachodniej Europie. Byłby to co prawda szantaż, ale interes jasny i dla każdego zrozumiały.
To jednak nie koniec. Wiadomo wszak, że gdzie Gazprom, tam polityka niedaleko. Białoruś to tylko jedno ogniwo w neo-gazo-imperialnej strategii Kremla zakładającej, m.in. w odniesieniu do Ukrainy i Polski (w oczekiwaniu na podwodną rurę bałtycką), rosyjską kontrolę wszystkich możliwych dróg tranzytu gazu na zachód.
Sankcje gospodarcze wobec Białorusi zostały więc podjęte. Bez zbędnej i błędnej gestykulacji. Nie przez Europę, tylko przez Rosję. Ale w innym celu.
12:05, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 kwietnia 2006
Jeden Taylor wiosny nie czyni
Nareszcie mam dobrą wiadomość. Ziemia się pod łajdakami kurczy. Charles Taylor, były prezydent Liberii, odpowiedzialny za śmierć 300 tys. jego czarnych braci, wynalazca "batalionów dzieci" i dwóch modeli karnego obcinania rąk: "krótkiego" - do łokcia i "długiego" - po ramię, wzbogacony na "skrwawionych diamentach", przekazany przez Nigerię nowym władzom Liberii, odpowie jednak przed sądem za zbrodnie przeciw ludzkości. Jeszcze dokładnie nie wiadomo, przed jakim (chyba w Hadze), ale uwzględniając wszystkie możliwe zastrzeżenia, można chyba założyć, że kary nie uniknie. Że inaczej niż Pinochet, który prawdziwego procesu już się nie doczeka, lub jak Miloszević, który wyrok usłyszy dopiero na Sądzie Ostatecznym, Taylor jednak tak jak Saddam stanie przed sądem tego świata.
Dlaczego z zastrzeżeniami ? Ano, bo jesteśmy w Afryce. To prawda, że w Afryce działają już sądy międzynarodowe, które badają ludobójstwo w Kongo, Ugandzie, Sudanie, Sierra Leone i Liberii. Ale prawda także, że w Afryce żyją ciągle, w komforcie pod dachem rozmaitych prezydenckich kacyków inni zbrodniarze, którzy już od dawna znaleźć się powinni w komforcie więziennym. Mengistu, pieszczotliwa ksywa "etiopski czerwony terror", korzysta z luksusowej gościny prezydenta Mugabe, ksywa "czarny terror Zimbabwe". Idi Amin, szaleniec z Ugandy i jego następca, także zbrodniarz Milton Obote opuścili padół ziemski na luksusowym wygnaniu, pierwszy w Arabii Saudyjskiej, drugi - w Zambii, bez chwili strachu przed sprawiedliwością.
Czy przekazanie Taylora w ręce sprawiedliwości tworzy precedens? Czy padnie bariera psychologiczna, która odmowę wydawania tyranów każe przywódcom afrykańskim utożsamiać z pojęciem afrykańskiej godności? Niedługo się dowiemy. Odpowie nam niejaki Hissene Habre, kat Czadu, odpowiedzialny za ludobójstwo, tortury i rabunek majątku narodowego.
Otóż pan Habre żyje w dostatku w Senegalu, gdzie, choć jeden sąd uznał, że Habre jest winien zbrodni przeciw ludzkości, to wyższa instancja postanowiła, że nie może on być w Senegalu sądzony za zbrodnie popełnione gdzie indziej. Trzeba więc było sądu w Belgii, który po czteroletnim śledztwie na mocy specjalnej ustawy "o międzynarodowej kompetencji" w ściganiu zbrodniarzy zażądał ekstradycji Habre. Wtedy, jak było do przewidzenia, Senegal przekazał sprawę kombinatorom z Unii Afrykańskiej, ci z kolei powołali specjalną komisję, która swój raport przedłoży (być może) w lipcu, przy czym, też jak było do przewidzenia, kilku prezydentów afrykańskich już wykluczyło wszelką możliwość ekstradycji Habre do Belgii.
Kółko się zamknęło. Niektórzy przywódcy afrykańscy są zdania, że przekazanie Habre w ręce europejskiego wymiaru sprawiedliwości uwłaczałoby afrykańskiej godności. Nie jest to argument pozbawiony racji, Afryka powinna być zdolna sama sądzić swoich zbrodniarzy. Tylko że Afryka nie chce. Senegal twierdzi, że nie może, a żaden kraj afrykański nie wystąpił o jego ekstradycję.
Casus Taylor mógłby, jak sądzą nieuleczalni naiwni, np. w kierownictwie ONZ, stanowić ostrzeżenie pod adresem innych ludobójców ciągle na wolności. Taylor w więzieniu miałby spędzać sen z oczu Karadzicia, Mladicia i doprowadzić ich w końcu przed oblicze sędziów w Hadze. Przypuszczam, że wątpię. Casus Taylor nie może bowiem i nie powinien być rozpatrywany w oderwaniu od casus Habre. Poczucie godności nie powinno obrażać poczucia sprawiedliwości. To Habre na wolności obraża godność. Sprawiedliwość zresztą także.
22:57, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 kwietnia 2006
''Niemiecka partia'' na Kremlu
Były biedny kanclerz jest byłym kanclerzem, ale były bogaty kanclerz jest bogatym. To parafraza starej mądrości żydowskiej dostosowanej do aktualnej sytuacji byłego kanclerza Gerharda Schrödera. Schröder, który jako kanclerz dumnie nosił miano "przyjaciela biznesmenów" został biznesmanem u przyjaciół, zwłaszcza u jednego z nich. Do funkcji doradcy dyrekcji niemieckiego koncernu RAG, szwajcarskiego wydawcy Ringiera i inwestycyjnego banku Rotschilda, doszła jeszcze jedna. W ubiegły czwartek były kanclerz został bogatym byłym kanclerzem. W zamian za 250 tys. euro rocznie Schröder objął oficjalnie prezydenturę przedsiębiorstwa rosyjsko-niemieckiego budującego rurociąg dnem Bałtyku.
Proszę nie podejrzewać mnie o zawiść. To prawda, nic co ludzkie nie jest mi obce. Tylko że z punktu widzenia formalnego zarobki byłego kanclerza są legalne (nawet jeżeli wszystko brzydko cuchnie gazem, konfliktem interesów i podejrzanymi kredytami, nie mówiąc już o stronie moralnej), ale o sam szmal ani ja, ani nikt inny nie może mieć do byłego kanclerza żadnej pretensji. Zresztą nie chodzi mi o pieniądze. Chodzi o Historię.
Niemców nigdy nie brakowało na dworze carów. Czy Piotr Wielki nie nazwał swojej nowej stolicy po niemiecku - Sankt Pietersburg? Czy caryca Anna Iwanowna (1693-1740), bratanica Piotra Wielkiego, nie otoczyła się grupą osobników określanych jako "partia niemiecka", z których jeden był jej kochankiem, drugi - ministrem spraw zagranicznych, a dwaj inni - szefami wojska? Czy carski dwór nie był przez całe dziesiątki lat zdominowany przez kulturę niemiecką? Kres temu położyła dopiero Katarzyna II, zwana Wielką, sama zresztą będąca niemiecką księżniczką z rodu Anhalt-Zerbst, ale frankofilka, admiratorka Woltera.
Tu przerwijmy jednak. Historia związków niemiecko-rosyjskich, widziana zwłaszcza z Warszawy, od Piotra Wielkiego do Gazpromu, jest nie do wyczerpania. Sformułujmy tylko wniosek, że w świetle historii nie powinna nikogo dziwić obecność dwóch Niemców na drugim po Kremlu, a właściwie dzisiaj pierwszym "carskim dworze" Rosji, to znaczy w imponującej siedzibie Gazpromu.
Schröder reprezentuje tam interesy akcjonariuszy, czyli Gazpromu także, podczas gdy bieżące zarządzanie budową znalazło się w rękach innego Niemca Matthiasa Warninga. Ten drugi członek nowej "partii niemieckiej" w Rosji był wcześniej dyrektorem Dresdner Banku (którego filia doradzała w rozszarpywaniu Jukosu i Chodorkowskiego). Jeszcze dawniej był funkcjonariuszem służb specjalnych Stasi w NRD. Schröder, wiadomo, od dawna pozostaje w wielkiej przyjaźni z Putinem. Warning zaś znał chyba Putina z czasów, kiedy obecny prezydent Rosji także był w służbach specjalnych w NRD, tyle że sowieckich.
W ten sposób historia zatoczyła koło. Warto tylko dodać, że drzewiej bywało, iż zbyt widoczna obecność "partii niemieckiej" carów ściągała na nią niełaskę. Np. zwierzchnik kościoła z Nowgorodu nazwał dworskich Niemców "wysłannikami diabła", a caryca Elżbieta musiała chronić swych niemieckich przyjaciół przed gniewem jej ludu.
Ja wiem, historia się nie powtarza. Ale zawsze warto ją znać.
13:05, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »