RSS
piątek, 27 kwietnia 2007
Darfur i Olimpiada

"One world, one dream". "Jeden świat, jedno marzenie" - jakie ładne motto Igrzysk Olimpijskich Pekin 2008.

7 mln biletów jest już w sprzedaży. Nic nie powinno przeszkodzić Chińczykom w przekształceniu olimpiady w ogromny sukces sportowy (to łatwe), organizacyjny (to trudniejsze) i polityczny, w hołd świata dla Państwa Środka (tu mogą być trudności). Nie cały bowiem świat tak samo marzy.

Nic do niedawna nie zakłócało marzeń organizatorów. Ani niewola Tybetu, ani dysydenci w kryminale, ani cenzura, ani zimny wychów mistrzów według modelu dawnej NRD. Aż w Pekinie wybuchł granat z opóźnionym zapłonem pod nazwą Darfur.

Chiny mianowicie są nie tylko importerem 2/3 sudańskiej nafty, nie tylko właśnie w Sudanie uplasowały swoje największe inwestycje afrykańskie, ale są także protektorem islamistycznego reżymu w Chartumie odpowiedzialnym za masakrę w Darfurze, w którym arabskie bojówki wymordowały już co najmniej 200 tys. bezbronnych ofiar. Chiny sprzeciwiają się nałożeniu sankcji na Sudan, udaremniają wszelki skuteczny nacisk na władze w Chartumie.

I wtedy kilka osób przestało marzyć przy dźwiękach hymnu olimpijskiego. Najgłośniej przestało w Hollywood, gdzie Mia Farrow, wspaniała aktorka i ONZ-owska ambasador praw człowieka, rzuciła hasło "Igrzysk ludobójstwa". I skąd Steven Spielberg, kiedyś ten od "Listy Schindlera", a dziś główny reżyser olimpijskiego happeningu w Pekinie, wysłał do Chińczyków list z wołaniem o jakiś gest w Sudanie, bo inaczej show może się popsuć. Intelektualiści w Paryżu poszli ostrzej. Jeżeli, powiedzieli, Chiny nie zadziałają, to wezwiemy świat do bojkotu pekińskiej olimpiady.

Naturalnie, nikt w Pekinie od tego zawału nie dostał. Ale stało się jasne, że choć opłacalna, to symbioza z Sudanem nie stanowi dobrego towarzystwa na rok przed olimpiadą.

Pekin bojkotu się nie boi, wierzy (i ma rację), że inaczej niż to było z igrzyskami po inwazji Afganistanu w 1980 r. w Moskwie i w 1984 w Los Angeles, nikt z powodu Darfuru z podróży do Pekinu nie zrezygnuje, ale wtargnięcie hasła bojkotu do obiegu międzynarodowego może przynieść wielkie szkody wizerunkowi Chin na świecie. A przecież to właśnie jego poprawa miała być głównym politycznym medalem igrzysk.

Nacisk albo jak kto woli szantaż nieśmiało, ale skutkuje. Chiny ciągle na sankcje się nie godzą, ale wysłały jakiegoś dygnitarza do Sudanu, dały dyskretnie do zrozumienia, że będą hamować ludobójstwo w Darfurze, ale wszystko pod warunkiem że nikt i nic nie będzie bezpośrednio wiązać losu Darfuru z losem igrzysk.

Olimpiady, przeżarte korupcją, dopingiem, a przede wszystkim szowinizmem, już dawno przestały uosabiać jakiekolwiek wartości etyczne. Olimpijski znicz się pali, ale przecież już dawno nie grzeje. Dobrze jednak, że może się przydać.

Inaczej mówiąc, jedno hasło bojkotu "Olimpiady ludobójstwa", mądrze i w odpowiednim czasie wysłane do opinii publicznej, przynieść może lepszy skutek niż zabiegi wykwintnych dyplomatów czy gestykulacja bezsilnej jak zawsze ONZ. Przyniesie, ale pod warunkiem że presja nie ustanie, a wprost przeciwnie.

Dlatego do Pekinu powinna ruszyć równocześnie nie jedna, a dwie olimpijskie sztafety. Pierwsza z Grecji, druga z Darfuru.

15:50, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 kwietnia 2007
Zagrajmy z Rosjanami

W 1971 r. Mao rozegrał swoją, jak się później okaże, najważniejszą dyplomatyczną partię w historii. W ping-pongu mianowicie.

Przy dyskretnej pomocy Henry'ego Kissingera Mao zaprosił pingpongistów amerykańskich, sprawił im lanie, ale za to rok później w Pekinie zjawił się Nixon. Mecz przyniósł sukces obu stronom, a światu - sporą ulgę.

Naturalnie, do nirwany ciągle daleko - Tajwan ciągle stoi Pekinowi kością w gardle, ale wyspa buduje 500-metrowy wieżowiec i nie boi się, że go widać z kontynentu, a Chiny kupiły IBM, choć jeszcze niedawno nie mogli jej technologii nawet dotknąć.

Nie wiem, kto jest Kissingerem w dzisiejszym Pekinie. Ale formuła "przez sport do politycznego zdrowia" okazała się trwalsza niż czerwona książeczka Mao.

Czasy się zmieniły. Kiedy Wen Jiabao, pierwszy od lat chiński premier ląduje w Japonii, to nie ping-pong jest tam ważny, ale baseball (po lwowsku "gra w kiczki"), którego popularność w Japonii równa się europejskiemu szaleństwu futbolowemu. Wen rzucił więc pierwszą piłkę w meczu baseballa, a potem odbył prawdziwy jogging, fraternizując się, przed telewizją naturalnie, z przypadkowymi przechodniami.

Na tym Wen sportową symbolikę wyczerpał i przeszedł do interesów. W skrócie usłyszeliśmy: - Tu woła Azja. Co to znaczy, nie jest kwestią wyobraźni, wystarczy zajrzeć do statystyk.

Atom - w każdym wydaniu - na pierwszym miejscu. Pokojowy, bo oba kraje w atomowych elektrowniach widzą jeden ze sposobów na zmniejszenie zależności od zagranicznych (rosyjskich także, jeżeli nie głównie) źródeł energii. Wojskowy, bo obu państwom, niekoniecznie z tych samych powodów, zależy na pacyfikacji północnokoreańskiego dementa. Pomińmy, z braku miejsca, detal - w 2006 r. ich handel sięgał prawie miliarda dolarów dziennie.

Wszystko jasne? Jasne, ale to nie wszystko. Równie ważna, i w europejskiej optyce wyjątkowo pouczająca, jest zgoda na nowe podejście Chin i Japonii do, jak się to w Polsce modnie i perfidnie określa, polityki historycznej albo, mówiąc poważnie, posługiwania się historią do załatwiania porachunków w bieżącej polityce.

Pod tym względem obie potęgi azjatyckie, które dwa lata prowadziły wojnę o treść podręczników szkolnych, dały lekcję rozsądku, pragmatyzmu, patrzenia w przyszłość pomimo ciągle krwawiących, bo nieleczonych ran przeszłości.

Nie bądźmy naiwni, tu także do nirwany daleko. Rany historii mają długie życie. Ale Wen mówił o potrzebie właściwego podchodzenia do różnic w ocenie wydarzeń historycznych ciągle piekących 60 lat po wojnie. Wołał o skruchę za inwazję japońską na Chiny, za potworne traktowanie okupowanej ludności.

A ponieważ Wen przyjechał "topić lody" i "uczciwie badać" wspólną historię, to uznał, co mu popularności w domu nie przysporzy, że "również naród japoński padł ofiarą" drugiej wojny światowej, za którą odpowiedzialność spada na "ograniczoną liczbę militarystycznych przywódców". Niedużo, a cieszy.

Otóż wydaje mi się, że historyczny remanent chińsko-japoński można, z pewną dozą dobrej woli, porównać do historycznego bagażu polsko-rosyjskiego czy polsko-niemieckiego. Pragmatyka zakłada zawsze jakieś ryzyko, ale przecież w polityce historia powinna być bardziej skuteczna w programowaniu przyszłości niż w rozpamiętywaniu przeszłości. Niemcy i Polacy już sobie prawie wszystko powiedzieli. No a Rosjanie i Polacy? Może, żeby jakoś zacząć, zaproponować im jakiś mecz?

15:53, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
wtorek, 10 kwietnia 2007
O zakładnikach

Nie wiem, kto wymyślił zakładników. Umówmy się, że był to Nabuchodonozor, król Babilonu, który po zniszczeniu Jerozolimy wziął w 605 r. p.n.e. młodą, z najlepszych domów elitę żydowska jako zakładników i gwarancję, że się Żydzi uspokoją. Żydzi się nie uspokoili, ale pomysł się przyjął.

Brali wszyscy i wszędzie. Zakładnicy stali się orężem w każdej wojnie, zwłaszcza w konflikcie asymetrycznym, gdzie stoją oko w oko nierówne siły. Zakładnikami gwarantował Tebom pokój Filip Macedoński, rzymskim zakładnikiem u Wizygotów i Hunów był generał Aetius, no i słynni mieszczanie z Calais, którzy, aby ocalić miasto, sami się w XIV wieku oddali w zakład Edwardowi III.

Ale to dopiero nasi współcześni doprowadzili system brania zakładników, m.in. dzięki telewizji, do stanu niezwykłej popularności i użyteczności. Zakładnik to np. narzędzie terroru: o to przecież chodziło hitlerowcom, kiedy rozstrzeliwali przypadkowych przechodniów w Warszawie, lub Stalinowi, kiedy rozwalał ojców rewolucji.

Może służyć do wywołania chaosu: taki jest sens wzajemnego mordowania się muzułmanów w Iraku. Chodzi także o kasę - jak w Nigerii, gdzie biorą głównie zagranicznych inżynierów od nafty.

Zakładnik to argument w polityce. Czasem okrutnie krwawy jak czeczeński atak na szkołę w Biesłanie, czasem okrutnie długi jak niewola Ingrid Betancourt w Kolumbii, czasem wyjątkowo kosztowny, jak dla Libanu było porwanie przez Hamas i Hezbollah kilku żołnierzy izraelskich, a czasem dyplomatyczny, jak przetrzymanie kilkudziesięciu Amerykanów przez ponad 400 dni w Teheranie.

Nie wiemy jeszcze, co zapłacił Tony Blair za wypuszczenie marynarzy z Iranu, ale w każdej z tych hipotez, mówię to bez cienia cynizmu, o coś chodzi. Jest jakaś zbrodnicza, ale widoczna logika.

Jest tylko jedna kategoria zakładników, których branie jest nie tylko zbrodnią, ale i błędem. To dziennikarze. To bowiem właśnie z dziennikarskiego punktu widzenia zakładnik staje się wyjątkowo intrygującym tematem.

W wyobraźni porywacza dziennikarz jest dobry na wszystko. Terror: tak zginął Daniel Pearl z "Wall Street Journal". Forsa: tak odzyskała wolność trójka dziennikarzy francuskich: Florence Aubenas, Malbrunaut i Chesnot. Wymiana: uwalniając terrorystów, prezydent Afganistanu tak wykupił od talibów włoskiego dziennikarza Mastrogiacomo.

Pozostaje na razie wielka niewiadoma - po co Palestyńczycy, no bo nie Mossad przecież, porwali i trzymają cztery już tygodnie korespondenta BBC Alana Johnstona?

Nie pytam o mordowanie dziennikarzy, np. o Politkowską, to inna specjalność i inna kategoria. Tu pytam tylko: po co ich porywać? To nie tylko proceder zbrodniczy, ale i głupi.

We wszystkich takich przypadkach porywacze strzelają sobie w nogę. Eliminują przecież jedynych świadków zdolnych do przekazaniu światu ich właśnie, porywaczy, prawdy, jedynych nosicieli wiarygodnych informacji o ich, porywaczy, racjach i argumentach.

Bić się o coś, słusznego czy nie, bez świadków? To nonsens - walczyć o coś bez świadków to walczyć wszak w próżni.

Cóż za paradoks! Prawda bez świadków żyje krótko, a oni porywają lub mordują właśnie świadków, którzy gotowi są ponieść każde ryzyko, aby zobaczyć i przekazać prawdę, tak jak ją u porywaczy widzieli. Jedynych świadków wiarygodnych w oczach świata.

10:30, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 kwietnia 2007
O niewdzięczności

Reflektory zgasły, bal się skończył. Moskwa wróciła do swych zajęć, Mścisław Rostropowicz, wielki wiolonczelista, wielki człowiek i wielki Rosjanin, po przyjęciu u prezydenta Putina na Kremlu, gdzie obchodził swoje 80. urodziny, wrócił do swoich zmartwień zdrowotnych.

Rostropowicz, to nie rewelacja, zasłużył na wszystkie możliwe hołdy i wdzięczność rodaków. On, tak jak Brodzki czy inni, to przecież jeden z tych wielkich banitów sowietyzmu, dzięki którym przez dziesięciolecia obraz Związku Sowieckiego nie ograniczał się tylko do Gułagu i rakiet atomowych i dzięki którym rosyjska kultura przeżyła komunizm i wygnanie jej twórców.

No ale wiadomo, wdzięczność ma bardzo krótką pamięć, a stosunki między "Rostro" a jego rodakami były i są mniej anielskie niż na fotografiach z Kremla. Można tego nie pochwalać, ale można zrozumieć: zazdrość to przecież powszechne, najzupełniej naturalne ludzkie uczucie, a gratulacje czy życzenia to przeważnie uprzejmość zazdrosnych.

Jedni mianowicie nie mogą się pogodzić z zagranicznymi, ba, światowymi sukcesami Rostropowicza, inni zazdroszczą mu fortuny i salonów, ale najliczniejsi chyba są ci, którzy nie mogą mu wybaczyć jego odwagi wobec satrapii, jego sprzeciwu wobec samowoli i mściwości władzy, a przede wszystkim chyba - schronienia, jakiego udzielił byłemu więźniowi gułagu i KGB Aleksandrowi Sołżenicynowi.

A Sołżenicyn to właśnie inny przykład sowieckiego zadżumionego, który, już na wygnaniu, jako obywatel świata, nigdy nie przestał być Rosjaninem. Jeszcze jeden przypadek, który potwierdza regułę Chamforta: "Uczucie, jakie żywimy dla naszych dobroczyńców, przypomina wdzięczność, jaką odczuwamy wobec dentystów w trakcie wyrywania nam zęba".

Sołżenicyn, autor "Archipelagu Gułag", literacki Nobel, twórca, wizjoner, który chciał przywrócić Rosjanom prawdę, pamięć i godność, jest przecież dzisiaj właściwie ignorowany przez swoich rodaków, uważany, zwłaszcza przez młodych - jeżeli w ogóle o nim coś wiedzą - za starego i nudnego kaznodzieję.

To Michaił Gorbaczow, pierwszy i ostatni prezydent ZSRR, przywrócił obu ich miejsce w ojczyźnie, skąd, tak jak i z rosyjskiego sumienia, chcieli ich usunąć jego poprzednicy. To on w imieniu narodu uznał, że Rosja musi przeprosić obu gigantów rosyjskiej kultury.

Morał: on także znalazł się w orbicie rosyjskiej niełaski i niewdzięczności. Nobel pokoju, bo nie użył siły wobec aspiracji satelitów, jest dziś znienawidzony przez jednych, albowiem otwierając drzwi do demokracji, sprowokował rozpad ZSRR, "największą", jak powiedział Putin, "geopolityczną katastrofę XX wieku"; a przez drugich - albowiem nie otwierając tych drzwi wystarczająco szeroko, nie potrafił definitywnie uwolnić Rosji i Rosjan od chmury i aparatu strachu.

Nic nowego w duszy ludzkiej. Nie ma silniejszego i powszechniejszego uczucia ludzkiego niż bezinteresowna zazdrość i zawiść. Znamy przecież tylu innych ludzi i w tylu innych krajach, także w Polsce, którzy, choć bardzo, a nawet wyjątkowo popularni, szanowani i słuchani na świecie, u siebie nie byli i nie są prorokami, żeby nie powiedzieć gorzej.

Wiemy także, że cudzy sukces wywołuje więcej niechęci niż podziwu. I nawet jeżeli, jak niektórzy sądzą, historia jest może - choć osobiście w to wątpię - mniej niesprawiedliwa niż ludzie, to Aleksander Dumas miał rację: "Bywają przysługi tak wielkie, że opłacone mogą być tylko niewdzięcznością".

12:48, leopold.unger
Link Komentarze (2) »