RSS
wtorek, 08 kwietnia 2008
Igrzyska cynizmu


Olimpijską świątynię burzono wiele razy. W 1968 roku, kiedy policja zamordowała setki studentów w przeddzień otwarcia igrzysk w Meksyku. W 1972 roku, kiedy olimpijska katedra runęła od strzałów Arabów z organizacji Czarny Wrzesień, którzy mordując Żydów w Monachium, chcieli wyzwolić palestyńskich braci...

Na oczach świata wybuchła wtedy prawda o zwyczajnej lipie olimpijskiego pokoju, nastąpił kres olimpijskiej hipokryzji. Wioska olimpijska definitywnie przestała być, choć w istocie nigdy nie była, oazą szlachetności i braterstwa.

Żadna olimpiada nie zapobiegła, nie zatrzymała, a nawet nie złagodziła ani jednej wojny, nie przeszkodziła żadnej masakrze, nie uratowała ani jednego życia ludzkiego. To od dawna nie było żadną tajemnicą, ale naiwność, a częściej cynizm ludzki skłania do kultywowania wiary, że mogą istnieć takie wrota, przed którymi zatrzymuje się historia.

Okazało się, że żadna z wielkich imprez międzynarodowych nie była w swym cynizmie tak obojętna na ludzkie cierpienia jak właśnie olimpiady, że mogą one rewindykować laury szlachetnego współzawodnictwa jedynie za cenę ślepoty, zakłamania lub moralnego przekupstwa.

Wbrew gaworzeniu olimpijskich westalek olimpiada, choć jest - to jasne - imprezą przede wszystkim sportową, to zawsze była również przedsięwzięciem politycznym, propagandowym i nacjonalistycznym oraz ogromnym biznesem. Olimpiada kieruje resentymenty i hece nacjonalistyczne w legalne niejako łożysko.

Wszyscy gorąco podzielają groteskowe stanie na baczność po 100 m stylem grzbietowym i spoglądają ze łzą w oku na sztandar państwowy wciągany przy dźwiękach hymnu narodowego. Podniesienie tony żelaza czy precyzyjne danie w mordę równoważone jest z honorem państwa, prestiżem narodu.

Chociaż statut olimpijski mówi, że "igrzyska są współzawodnictwem nie państw, ale zawodników", to wszyscy oddają się przede wszystkim masturbacyjnej buchalterii medalowej. Nikt jednak nie pytał: ile to, przepraszam, medali wypada na jednego Żyda zamordowanego w Monachium, a ile na studenta zabitego w czasie manifestacji w Meksyku? To wtedy, gdyby cała wioska się zbuntowała, była szansa uratowania idei olimpijskiej. Ale ochotników zabrakło. Dlaczego? Bo idea była już martwa.

Znicz olimpijski się pali. Tak, ale to nie płomień, ale zimne ognie. A kółka na fladze są czerwone.

****

To wszystko, co wyżej, to zwyczajny plagiat. Autoplagiat. Z mojego własnego artykułu w "Kulturze" zwanej paryską z października 1972 r. Sprzed 36 lat! Skąd więc to dzisiejsze święte oburzenie? Dziś tylko trzeba dodać pytanie: ile medali zdobytych w sierpniu w Pekinie wypadnie na jednego zamordowanego Tybetańczyka i ile wiosek tybetańskich spłonie, zanim zapłonie znicz w Pekinie?

I na to pytanie, tak jak na poprzednie, odpowiedzi nie będzie. Skończmy z olimpijskim festiwalem hipokryzji. Pozwólmy sportowcom biegać, skakać i dźwigać. Bez złudzeń i maskarady. Konkurencji pod nazwą "prawa człowieka" nie ma i nigdy nie było w programie igrzysk olimpijskich.

Jest tam natomiast, poza stadionem, wyścig o mistrzostwo w cynizmie, w którym biją rekordy nie sportowcy, ale handlarze, działacze i politycy.

Zimna wojna się skończyła, polityczne olimpijskie bojkoty także, teraz nie ma już wrogów ani przyjaciół, są tylko interesy. Kiedyś sportowcy byli zakładnikami polityki, dziś są w kajdanach notowań giełdowych.

W październiku 2007 r. Dalajlama otrzymał bardzo prestiżowy Medal Kongresu USA. W trosce o Tybet? A guzik. Dla czystego sumienia Ameryki, odpowiedziano wtedy naiwnym. A giełdy sumień nie mają.


15:08, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
Mój kat doktor Aue


Habent sua fata libelli Nie tylko książki, czytelnicy także. Półtora roku temu pisałem w "Gazecie", że miałem dużo szczęścia, albowiem udało mi się nie spotkać podczas drugiej wojny światowej dr. Maksa Aue, sturmbannfhürera SS.

Dr Aue jest główną postacią porażającej przez wszystkie 900 stronic książki, napisanej po francusku przez Amerykanina Jonathana Littella, pod tytułem "Les Bienveillantes", po polsku "Łaskawe" (ma wyjść w październiku w Wydawnictwie Literackim), w aluzji do ironicznego pseudonimu Erynii, boginek kary i zemsty za zbrodnie.

Miałem szczęście, pisałem, albowiem mogłem spotkać dr. Aue w moim Lwowie, pierwszym mieście zajętym przez Hitlera po najeździe na ZSRR. I mogłem, gdybym tam spotkał dr. Aue, być jednym z publicznie powieszonych lwowskich Żydów. To wydarzenie, o którym dr Aue szczegółowo opowiada.

Powieść Littella zrobiła na mnie kolosalne wrażenie. Każdy epizod, choć a priori przecież powieściowy, przywoływał bowiem natychmiast mój własny los. Do dziś prześladuje mnie obezwładniająca, beznamiętna analiza, zimna, szczegółowa kronika, w której dr Aue, intelektualista, amator Bacha, kazirodca, homoseksualista, zamknął swój opis (w pierwszej osobie) zagłady Żydów na froncie wschodnim.

Pokonując połączone w moim odczuciu podziw i odrazę, byłem przekonany, że "Les Bienveillantes" uruchomią sumienia tak jak kiedyś "Gułag" Sołżenicyna. Byłem przekonany, że ciężar zgrozy tej powieści nigdy mnie nie opuści. Podobnie jak nie opuszcza mnie pamięć o tych, którzy - jak mówi dr Aue - nie pozostawili nikogo, kto by nosił po nich żałobę.

Dziś już jest mi lżej. Książka Littella nie nazywa się już "Les Bienveillantes", ale "Die Wohlgesinnten". Wyszła bowiem z wielkim hukiem i w wielkim nakładzie po niemiecku, jest w centrum ogólnoniemieckiej debaty.

Niemcy, to nic dziwnego, przeczytali ją inaczej niż ja. Ich lektura idzie szerokim frontem: od uznania dla "książki wielkiej i zimnej", aż po kpiny z kolejnego kiczu "w literackim Hitler-businessie". Poprzez zarzut sztucznej intrygi i pustych postaci, po poważną krytykę zarówno formy artystycznej, jak i merytorycznej treści książki.

Niemcy próbują odpowiedzieć na pytanie, co "Łaskawe" wnoszą nowego do literatury Holocaustu, jak i czym należy tłumaczyć sukces książki, w jakim stopniu niesłychanie urozmaicona, intelektualnie wyśrubowana postać dr Aue jest realistyczna, odpowiada portretowi nazisty, tak jak go Niemcy widzieli z bardzo bliska, bo u siebie w domu, na swojej ulicy, w mundurze i w akcji.

Krótko mówiąc, Niemcy odbrązowili "mojego" dr. Aue, uwolnili mnie od niego, zrelatywizowali i przenieśli mój odbiór "Łaskawych" ze sfery fascynacji do strefy pamięci, z fazy szoku do fazy namysłu. Czyli tam, gdzie "Łaskawe" Littella, tak jak, toute proportion gardée, "Strach" Grossa w Polsce, powinny się były od początku znaleźć.

"Łaskawe" na pewno nie są kiczem, to wielka i ważna powieść. Pozostaje pytanie, w jakim stopniu kat może mówić głosem swoich ofiar? Niemieckiemu wydaniu "Łaskawych" towarzyszy dyskusja nad możliwością przywrócenia w niemieckim wojsku rozdawanego hojnie przez Hitlera Krzyża Żelaznego. Dr Aue stale go nosił.

15:05, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »