RSS
poniedziałek, 24 maja 2004
Gra w Azję
Z helikoptera Grozny wygląda strasznie  - westchnął Władimir Putin po locie nad zniszczoną stolicą Czeczenii. Prezydent Rosji wie, co i o czym mówi. Putin odwiedził niedawno (z "okazji" zamachu na Kadyrowa) byłe miasto Grozny po trzech latach nieobecności i od razu zauważył różnicę. Nic dziwnego, to on przecież jako kandydat na prezydenta taki widok miasta wyrysował: zapowiedział "ścigać będziemy Czeczenów aż do latryny", co, to wszak logiczne, zakłada uprzednie, po drodze do latryny, zniszczenie stolicy.
Putin mówił o ruinie miasta, ale patrząc z góry (nawet bez helikoptera), mógł mieć na myśli coś większego. Widziany z góry, to znaczy z Moskwy, dramat Czeczenii to tylko krwawy epizod. Putin przeleciał nad Groznym, aby potwierdzić dominację rosyjską nad zrujnowaną Czeczenią, ale, politycznie biorąc, "dalsza bliska zagranica" Rosji nie jest w dużo lepszym stanie.
Np. sąsiad gruziński. Łagodna perswazja Kremla w Adżarii pchnęła na komfortową emigrację Asłana Abaszydzego, wielkiego gangstera, sojusznika Moskwy. Rosja traci w ten sposób nie jednego agenta, ale bardzo istotny punkt oparcia na Kaukazie. Stawka jest spora. Od rozpadu ZSRR w 1991 roku Kreml stara się utrzymać wpływy na Kaukazie, strategicznym punkcie na styku z Turcją, członkiem NATO, i z Iranem. Głównym instrumentem intryg i argumentem nacisku w tej okolicy są dwie bazy rosyjskie w Gruzji, w tym jedna właśnie w Adżarii.
Rachunek więc niełatwy. Użycie siły przez Rosję wobec sąsiadów nie wchodzi raczej w grę ani politycznie, ani wojskowo (drugi front tuż obok Czeczenii?!). Podobnie więc jak wobec "rewolucji róż", usunięcia Szewardnadzego i wyboru Saakaszwilego w Tbilisi, Kreml, kiedy musiał wybierać, także w Adżarii wybrał pragmatyzm i stabilizację.
Ta gra ma szersze i bardziej skomplikowane znaczenie. Od pewnego czasu "bawi" wszak w regionie inny jeszcze aktor dziejów, Waszyngton mianowicie, a z nim się (na razie) godzić trzeba. Ma coś do powiedzenia w miejscowych sprawach, choćby poprzez swoją obecność, skromną, ale symbolicznie ważną, w Gruzji właśnie, a przede wszystkim chyba poprzez budowę w poprzek Gruzji rurociągu z naftą kaspijską i w ogóle azjatycką na zachód, ale z ominięciem Rosji, która bardzo niechętnie widzi koniec jej monopolu na transport energii z terenów jej byłych republik.
Należy więc powiększyć mapę zmartwień Putina. Moskwa stara się utrzymać jak najlepsze stosunki ze Stanami Zjednoczonymi. To Bush gwarantuje Putinowi "superwielki" status, to Bush oficjalnie uznał rosyjską politykę spalonej ziemi w Czeczenii za część sprawiedliwej wojny z terroryzmem. Bush to więc bezcenny sojusznik. Ale sojusznik, który ma także swoje interesy. Putin więc zastanawia się nad intencjami USA, które coraz wyraźniej instalują się w bazach ulokowanych w 2001 roku w posowieckiej Azji Środkowej w ramach operacji przeciwko talibom w Afganistanie. Amerykanie zapewniają, że opuszczą bazy natychmiast po zakończeniu działań wojskowych w Afganistanie, ale nie podali dokładnego terminu
Prezydencka wycieczka helikopterem nie trwała długo. Po wylądowaniu w Groznym Władimir Putin powiedział: "Najważniejsze, że mamy poparcie ludności Czeczenii". Nie tylko w Czeczenii, lecz posowieckiej Azji w ogóle. Takie poparcie, jakie mają Amerykanie w Iraku.
14:14, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
czwartek, 20 maja 2004
Ostatni koniec wojny
Jeszcze jeden koniec drugiej wojny światowej, może nawet już ostatni. 6 czerwca w obchodach 60. rocznicy lądowania wojsk antynazistowskiej koalicji w Normandii udział weźmie Gerhard Schroeder, pierwszy kanclerz niemiecki zaproszony z tej okazji. Wydarzenie ma podwójną wymowę, symboliczną i polityczną
Symbolicznie biorąc, to paradoks. Niewykluczone bowiem, że właśnie Schroeder (urodzony w 1944 r.) - pierwszy szef rządu niemieckiego niemający wojennych wspomnień - przejdzie do historii jako ten polityk, który być może zamknie cykl wielkich aktów pojednania Niemiec z ich byłymi ofiarami i przeciwnikami. Uzyskując zaproszenie do Normandii, kanclerz otrzymał szansę dokonania gestu na skalę dziejową. Gestu, na jaki wobec Żydów zdobył się Brandt na kolanach u stóp pomnika getta w Warszawie, jakiego próbował dokonać Kohl wobec Francuzów, odwiedzając razem z Mitterrandem pole bitwy w Verdun, takiego wreszcie, na jaki, być może, zdobędzie się sam Schroeder albo prezydent Niemiec (gest bardzo pożądany w obecnej sytuacji) wobec Polaków, uczestnicząc w stolicy Polski w uroczystościach 60. rocznicy Powstania Warszawskiego 1944 r.
Tak więc w Normandii koło być może się zamknie: Niemcy, naród, który uczciwie i boleśnie podjął rozrachunek z przeszłością i podsumował (na ile to możliwe) "remanent" odpowiedzialności za okropne pasmo nieszczęść cudzych i własnych, spróbuje wrzucić swój "pierścień" w wody Atlantyku na znak, że jego zamiarem jest ostateczne pojednanie ze światem reprezentowanym przez ogromną koalicję przeciwników w drugiej wojnie światowej.
Jasne, "dazu braucht man zwei", po polsku: "aby dwoje chciało naraz". Jasne także, że o polityków możemy być spokojni, oni będą chcieli, oni żyją pragmatyzmem. Pytanie tylko, czy ci bardziej pamiętliwi, a głównie resztki weteranów z Ameryki, Polski czy Rosji (Putin też tam będzie, wschodni front jest tego godzien, chociaż Rosja swego obrachunku z przeszłością, np. za lata sojuszu z Hitlerem, jeszcze nawet nie zaczęła), do takiego ostatecznego zamknięcia cyklu już dojrzeli.
Wątpliwość tym bardziej uzasadniona, że nie brak nieufnych, którzy w operacji "Normandia 2004" dopatrują się mało szlachetnych manipulacji politycznych. Podejrzewają, że Schroeder, premier coraz bardziej osłabiony, chce po prostu pokazać się w wyjątkowym towarzystwie (królowa brytyjska, Bush, Putin, Blair, Kwaśniewski itd.) i godnie reprezentować Niemcy w szczególnie delikatnych okolicznościach, a potem to wykorzystać w nadchodzących, bardzo dla niego niepewnych, wyborach. Francja z kolei, w której imieniu Chirac zaprosił Schroedera, chce umocnić "duet" francusko-niemiecki jako zarówno motor (niektórzy mówią "dyrektoriat") Europy, jak i trzon antyamerykańskiej, np. w sprawie Iraku, polityki Unii Europejskiej.
Mniejsza o intencje. W każdym razie można sformułować trzy uwagi końcowe. Po pierwsze, że świat poszedł naprzód: 10 lat temu, z okazji 50., a więc wyjątkowo okrągłej rocznicy "D-day", kanclerz Kohl takiego zaproszenia się nie doczekał.
Po drugie, że zapraszając pokonanego, zwycięzcy wykazują, iż nareszcie nie tylko oni piszą historię.
I po trzecie, ponieważ uroczystości odbędą się głównie, co jest niestety zrozumiałe, na cmentarzach, to Anatol France miał rację, kiedy zauważył, iż "najłatwiej pojednaniu poddają się martwi". Co do żywych, to się okaże.
14:13, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
środa, 12 maja 2004
Terroryzm i olimpiada
"Ogłaszam otwarte Igrzyska 28. Olimpiady, Ateny 2004". Na dokładnie 100 dni przed 13 sierpnia, kiedy to strzał startera wrzuci na bieżnie pierwszych atletów, trzy wybuchy przed komisariatem policji w stolicy Grecji ogłosiły otwarcie tego największego "święta braterstwa narodów świata" odbywającego się co cztery lata.
Komu się tak spieszyło? Rząd grecki nie miał wątpliwości: to wina, oznajmił, "miejscowych ekstremistów". Możliwe. Międzynarodowy Komitet Olimpijski także zachował olimpijski spokój. Nic - powiedział - nie wskazuje na jakikolwiek związek między wybuchami a Igrzyskami. Też możliwe. Tak bardzo nawet możliwe, że ci mniej przekonani, którzy odważyli się wyrazić zaniepokojenie wybuchami w kraju mającym w tej dziedzinie spore doświadczenie, zostali natychmiast oskarżeni przez naszych greckich kolegów o sianie "histerii terroru".
Dziennik "Ta Nea" np. dziwił się, że niektórzy zagraniczni dziennikarze "tak się zagalopowali, że aż doszukali się związku między bezpieczeństwem Igrzysk a al-Kaidą". Gazeta "Ethnos" potępiła "światowe szaleństwo na granicy idiotyzmu w niektórych mediach zagranicznych, na temat rzekomych ataków al-Kaidy". Ale to dopiero dziennik " Elefterotypia" sięgnął do sedna sprawy. Winna jest, jak pisze, "wojownicza polityka Busha i Blaira", którzy zmierzają "do przekształcenia tak pokojowego wydarzenia jak Igrzyska w wojowniczą operację, aby wzmagać światową histerię pod pretekstami bez znaczenia".
Też możliwe. Ale zanim prasa grecka sięgnie po ostateczne wnioski, warto przypomnieć:
•  że „terroryzm olimpijski” jest starszy od Busha i Blaira i ich „wojowniczej polityki”. Zamach terrorystów palestyńskich na izraelskich sportowców w Monachium, który rzeczywiście „przekształcił to pokojowe wydarzenie”(dla niektórych co prawda tylko na krótko), przeprowadzony został w 1972 roku, 30 lat przed 11 września 2001 i narodzinami „wojowniczej polityki”;
•  że chyba nie chodzi o „idiotyzm” skoro Igrzyska ubezpieczyły się, m.in. od groźby ataku terrorystycznego, na 170 milionów dolarów, a niepełny koszt środków bezpieczeństwa Igrzysk już sięga miliarda dolarów;
•  że Igrzyska w Atenach to pierwsza Olimpiada po ataku na World Trade Center w Nowym Jorku, gdzie jakieś sto dni przed 11 września odbyła się „próba generalna” w tym samym miejscu i że bardzo szkoda, iż prasa światowa, w tym grecka, nie potrafiła wtedy właśnie wzniecić „światowej histerii”, wokół wydarzenia, które dziś określiłaby jako „pretekst bez znaczenia”; (że Olimpiada jest wspaniałym widowiskiem, ale - niestety - otwarta jest nie tylko dla sportowców, chociaż do nich powinna przede wszystkim należeć, a bez parawanu hipokryzji, trzeba stwierdzić, iż igrzyska olimpijskie zawsze się toczyły w cieniu jakiejś wojny i nigdy nie były wolne od intryg czy demonstracji politycznych: w Berlinie, gdzie sportowcy maszerowali przed Hitlerem, w Monachium, gdzie MKOl postanowił, że „the show must go on” mimo masakry Izraelczyków (mecz Polska-Rosja odbył się na tym samym boisku, na którym nieco wcześniej pożegnano izraelskie trumny), w Moskwie i Los Angeles, gdzie doszło do bojkotu dwóch kolejnych olimpiad z powodów wyłącznie i wyraźnie (sowiecka inwazja na Afganistan ) politycznych; (że życząc olimpiadzie ateńskiej jak najlepiej, trzeba - niestety - przypomnieć, że międzynarodowy (a także grecki) terroryzm stanowi właśnie jak najbardziej współczesną - i krwawą - formę uprawiania polityki. W Atenach także.
14:12, leopold.unger
Link Komentarze (6) »
piątek, 07 maja 2004
Witamy w Europie
Witamy w Europie. Te słowa wygłosił kilka dni temu Romano Prodi, przewodniczący Komisji Europejskiej, witając serdecznie w Brukseli pułkownika Kaddafiego. Był tak przejęty, że pofatygował się na lotnisko po drogiego gościa (nigdy przedtem takiego gestu nie uczynił). I w naszym imieniu (z uwagi na swą funkcję) dał wyraz "niecierpliwości", z jaką rzekomo Europa czekała na ten "wielki dzień".
Była to pierwsza po 15 latach podróż libijskiego przywódcy do kraju demokratycznego. "Dzień tak wielki", że Prodi nie wahał się - znowu w naszym imieniu - wyrazić przekonanie, iż teraz droga przed satrapą jest już otwarta, a jego Libia zajmie należne jej miejsce w międzynarodowej rodzinie.
Wczorajszy wyrok dowodzi, że Prodi się mylił; że dzień nie był wielki, lecz czarny; że kwarantanna trwała za krótko. A starania pułkownika o europejskie świadectwo moralności to zwyczajna manipulacja, jako że Kaddafi nie strąca już samolotów pasażerskich, ale po krótkiej przerwie w namiocie w Brukseli wrócił do tortur, gwałtów, łamania ludzi i oszukiwania świata. Państwa, w których imieniu Prodi witał Kaddafiego, nie powinny - mimo upojnego zapachu nafty - być z nim w tej samej rodzinie.
Carski gubernator zaprosił kiedyś miejscową arystokrację na wystawną kolację, a potem wezwał kozaków i kazał zlać gości nahajkami.
- Dlaczego? - spytali zdumieni i obolali.
- Żeby wam się w głowie nie przekręciło.
Pielęgniarki, naturalnie, nie zostaną rozstrzelane, humanitarny pułkownik każe je ułaskawić. Ale przesłanie jest jasne: Żadnych mrzonek, Panowie.
14:10, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 03 maja 2004
Prodi kompromituje Europę
Bruksela, miasto zielone, pełno drzew, na drzewach pełno ptaszków, wszystkie od dawna śpiewają, że Prodi to najgorszy, "ab urbe condita" ("od założenia Rzymu"), przewodniczący Komisji zarządzającej Unią Europejską. I że nic gorszego w tej branży nie może już nas spotkać. To nieprawda. Podejmując pułkownika Kaddafiego, Prodi pokazał, że może być gorzej.
Zygzaki w polityce to nic nowego w historii. Ciągle przecież gdzieś na świecie jakiś osobnik przestaje być, w ciągu kilku godzin, wrogiem ludzkości i bezboleśnie przechodzi do kategorii partnera czy sojusznika. Real-polityk nie zna pojęcia cnoty, zna tylko interesy. Gdyby polityka zagraniczna państw demokratycznych miała się ograniczyć do kontaktów z innymi państwami demokratycznymi, to zmieścilibyśmy się wszyscy w niewielkim salonie. Dlatego wystarczy, że kandydat ubiegający się o nowe dziewictwo uczyni kilka gestów, najlepiej popartych otwarciem dostępu do kasy lub surowców, aby nasze demokratyczne sumienia usnęły, a rygory zelżały.
To jednak, co pokazał Prodi, czołgając się prawie przed specjalnie zbudowanym beduińskim namiotem (żeby gość nie czuł się zbyt obco) pułkownika Kaddafiego, wykraczało poza najbardziej elastyczne normy traktowania dyktatorów, gwałcących, kiedy są u siebie, podstawowe reguły przyzwoitości.
Kaddafi, to prawda, siał petrodolary, przed i w czasie wizyty w Brukseli. Wczoraj jeszcze sponsor terroryzmu, na razie zrezygnował z jakiegoś, ciągle nie wiadomo jakiego arsenału, zapłacił, Amerykanom więcej, Francuzom - mniej, za każdego pasażera dwóch samolotów strąconych wybuchem bomby podrzuconej na pokład najpewniej z jego rozkazu, obiecał, że wykupi się także z bombardowania w 1986 roku amerykańskiej dyskoteki w Berlinie i wreszcie, to najważniejsze, podpisuje coraz większe umowy z zachodnimi nafciarzami.
Rozumiemy Kaddafiego i nafciarzy. Po co jednak Prodi, urzędnik europejski, ofiarował mu salony Komisji na pierwsze wejście w cywilizowany świat, otwarcie zachłystywał się uwielbieniem dyktatora? Kto go upoważnił do wyrażenia, w naszym imieniu!, "niecierpliwości", z jaką czekaliśmy na "wielki dzień" pojawienia się Kaddafiego w Komisji? Dlaczego, w ostentacyjny sposób, pofatygował się osobiście na lotnisko po drogiego gościa, chociaż nigdy przedtem takiego gestu, dla nikogo, nie uczynił?
Naiwne pytania. Prodiego też trzeba zrozumieć. On już nie myśli ani o Europie, ani o Komisji. On myśli już tylko o Włoszech, gdzie lewica czeka na niego, jak na Dawida, jedynego zdolnego powalić w wyborach Goliata o nazwisku Berlusconi. "Włoska wojna" w Brukseli trwa zresztą już od dawna - w listopadzie roku ubiegłego, kiedy Europa była w oku konstytucyjnego cyklonu, Prodi, szef europejskiej egzekutywy, ogłosił, jak gdyby nic, swój osobisty "manifest" do Włochów. W imię tej "wojny", Prodi, w salam-alejkumach przed Kaddafim i w oczekiwaniu na jego naftę, nie waha się kompromitować i tak mocno nadwyrężonego prestiżu najważniejszych instytucji wspólnoty, zmniejsza, i tak już postrzępione, zaufanie obywateli do technokratycznej maszyny europejskiej sprawiającej wrażenie, że aby zakopać przeszłość, Europa gotowa jest zrezygnować ze swych podstawowych wartości.
Prodi ma szczęście. "Brat" Kaddafi strącił samolot amerykański i francuski. Włoskiego nie zdążył.
14:08, leopold.unger
Link Komentarze (1) »