RSS
wtorek, 17 maja 2005
Bawełna koloru krwi
Bawełna, główne bogactwo Uzbekistanu, nabrała koloru krwi manifestantów w Ferganie. Różana w Gruzji, pomarańczowa na Ukrainie, czerwona, wymieszana z zielonym, kolorem Islamu, będzie kiedyś - to tylko kwestia czasu - barwą przewrotu w Uzbekistanie. Sytuacja w Ferganie stanowi tak ostrą mieszankę wybuchową, reżim Karimowa jest tak obrzydliwie brutalny, jego satrapia tak przeżarta korupcją, że kiedy się naprawdę zacznie, to wydarzenia na Ukrainie czy w Gruzji, a nawet w Kirgizji, przypominać będą spacer po Hyde Parku w Londynie.
Dwa państwa podzielają niepokój i odpowiedzialność za kryzys - i za nieuniknioną eksplozję - w Uzbekistanie: Rosja i Stany Zjednoczone. Oba mocarstwa, Rosja ze zrozumieniem, a nawet poparciem dla satrapy, Stany Zjednoczone z lekkim tylko grymasem, tolerowały metody rządzenia Karimowa: morderstwa, 6 tys. więźniów politycznych, tortury, szantaż (rodziny jego przeciwników wrzucane do tiurmy), knebel na mediach, przekupstwo, "rodzinne" przechwytywanie bogactwa kraju.
Rosja się nie gniewa. Putin rozmawia z Karimowem. Strach przed wybuchem i metastazą "zarazy" w Azji, polityka ratowania resztek wpływów Rosji nad tym, co zostało z imperium, jest większy niż odraza Putina do Karimowa. Odraza tym mniejsza, że Karimow dzieli z Putinem spiskową wersję złowieszczej roli rozmaitych zachodnich fundacji w szerzeniu bakcyla demokracji na obszarze posowieckim. Odraza zresztą szalenie względna, bo np. Łukaszenko nie jest większym demokratą niż Karimow, a przecież tkwi ciągle w gorącym uścisku Unii z Rosją.
Amerykański rozdział uzbeckiej epopei jest bardziej żenujący. Konkretny punkt wyjścia jest zrozumiały. Do niedawna nikt w na przykład w stanie Oklahoma nie wiedział, gdzie leży Uzbekistan i kto to jest Karimow. Teraz już wie. Waszyngton zamyka oczy na bezeceństwa Karimowa, bo Uzbekistan jest, od 11 września 2001, strategicznym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych. Minister Rumsfeld odwiedzał prezydenta Karimowa, albowiem Azja Środkowa może w pewnym momencie na nowo stać się teatrem "wielkiej gry" wielkich mocarstw, no i bo w Uzbekistanie, niedaleko granicy afgańskiej, znajduje się amerykańska baza wojskowa, kluczowa dla wojny z talibami.
Kluczowa? Nie tak jak kiedyś. Od kiedy Amerykanie postawili stopę, na trwałe, w samym Afganistanie, baza w Uzbekistanie powoli traci na znaczeniu. Nabiera natomiast znaczenia problem, przepraszam za słowo, moralny. I znacznie szerszy.
Stany Zjednoczone, to nic nowego, kiedy tylko sytuacja tego wymagała i sprzyjała ich interesom, kiedyś w walce z komunizmem, dziś w wojnie z terroryzmem czy w krucjacie o demokrację, nie tylko pomagały, dyskretnie, ale skutecznie, niektórym ruchom wolnościowym, ale także sponsorowały, a nawet chroniły, bez żadnych skrupułów czy wyrzutów sumienia, najbardziej obrzydliwe dyktatury w Ameryce Łacińskiej czy w Afryce. Wpływało to - i wpływa - fatalnie na image Ameryki, zwłaszcza kiedy opinia identyfikuje ją z satrapami znienawidzonymi przez ich narody, pogardzanymi przez demokratyczny świat i - co ważniejsze - dojrzewającymi do eksplozji. Do eksplozji, w którą, mało prawdopodobne, ale możliwe, pod, niekoniecznie prawdziwym, pretekstem islamistycznej groźby, Waszyngton, np. w Uzbekistanie, znalazłby się nagle uwikłany. I co wtedy?!
Dyktatorzy, wiadomo, nie są sami na świecie. Karimow jednak dojrzał do odstrzału na zasadzie "dopóty dzban wodę nosi ". Zanim będzie za późno.
12:11, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 maja 2005
W imię pojednania Putin powinien mówić prawdę
Najłatwiej jest pojednać zmarłych. To się dzisiaj w Moskwie prezydentowi Putinowi zapewne uda. Z żywymi jednak może mieć kłopoty. Jego szlachetne intencje (piekło, wiadomo, jest nimi wybrukowane) "definitywnego pojednania ludzi walczących po obu stronach frontów i przezwyciężenia nieufności między narodami" wyrażone w sobotnim artykule w "Figaro" niosą ryzyko głębokiego nieporozumienia. Brak w nich jednego elementu, bez którego żadne pojednanie nie jest możliwe: brak w nich prawdy.
Historię, wiadomo, można pisać na nowo, ale historii, to także wiadomo, zmienić się nie da. Można natomiast, pod warunkiem odwołania się do prawdy, postarać się przezwyciężyć jej skutki. To w imię przezwyciężenia tych skutków, zapiekłych urazów, nacjonalistycznej mitologii, zakłamania historii Polacy, Bałtowie i w ogóle porwana przez Stalina część Europy z nadzieją (choć bez złudzeń) czekają na to, co powie dziś Władimir Putin na temat owego roku 1945. Nie w celu wymazania, to jest niemożliwe i niepożądane, ale po to, aby nareszcie odesłać do podręczników historii i kolektywnej uczciwej pamięci "bilans" stalinowski i sowiecki, aby nie stał rosyjskim. I żeby przestał blokować pojednanie, o które woła Władimir Putin.
Nie ma tego tak dużo. Chodzi o to, aby Rosja uznała, że druga wojna światowa zaczęła się nie od agresji Hitlera na ZSRR w czerwcu 1941, a od "diabelskiego paktu" w sierpniu i najazdu Polski (a potem Bałtów) we wrześniu 1939. I żeby uznała, że Jałta, tak dobrze przyjęta na Zachodzie, na Wschodzie zalegalizowała pół wieku sowieckiej niewoli.
Rosja ma pełne prawo uczczenia dziś w Moskwie bohaterstwa i poświęcenia jej żołnierzy, jej udziału w sojuszniczym zwycięstwie w 1945 roku. 9 maja to dziś, po likwidacji komunistycznych "prazników", największe święto rosyjskie, czynnik narodzin nowej tożsamości rosyjskiej. To dlatego właśnie dziś na Placu Czerwonym, miejscu jakże symbolicznym, Putin, jeżeli rzeczywiście chce pojednania, powinien zacząć mówić prawdę. Powinien wyjść poza, jakże słuszne, słowa chwały dla sowieckich zwycięstw i rosyjskich cierpień, powinien jak prawdziwy mąż stanu pójść dalej niż Chruszczow w swoim "tajnym raporcie" o zbrodniach Stalina, niż Gorbaczow w jego "głasnosti", powinien zamknąć proces destalinizacji rosyjskiej polityki zagranicznej, odsunąć na zawsze zjawę najgorszych rozdziałów sowieckiej historii, tak aby przestały one, jak bumerang, nieustannie wracać i straszyć nową Rosję.
Żadne państwo nie wyszło z wojny z czystymi rękoma. Każde państwo, każdy naród staje pewnego dnia twarzą w twarz z własną historią. Niemcy przez to przeszły, Watykan, do pewnego stopnia, także, Polacy i Bałtowie się z tym zmagają. Rosji, która jeszcze nie rozliczyła się z własnej przeszłości, to także nie minie. Obchody w Moskwie, największa rosyjska polityczna operacja "public relations", to znakomita okazja. W kilku słowach Władimir Putin, dla którego jeszcze wczoraj upadek ZSRR, jednej, obok nazizmu, z dwóch najbardziej okropnych dyktatur w historii, był "największą geopolityczną katastrofę XX wieku", dziś, właśnie w Moskwie, wobec możnych tego świata i wobec własnego narodu może sprawić, że 9 maja stanie się, teraz i na zawsze, nie tylko świętem upamiętniającym oficjalny akt zgonu II wojny światowej, ale także świętem prawdziwego zwycięstwa, świętem wyzwolenia narodów. Może. Ale czy potrafi?
14:07, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »