RSS
wtorek, 30 maja 2006
Ahmadineżad fauluje przed meczem
Idzie wojna futbolowa. Nie ta, którą opisał Kapuściński, lecz ta, którą pisze prezydent Iranu Mahmud Ahmadineżad. To za jego sprawą pierwsza czerwona kartka może pokazać się w Niemczech, zanim jeszcze gwizdek sędziego uruchomi pierwszy akt zbiorowego szaleństwa, czyli pierwszy mecz mistrzostw świata
Prezydent Iranu kocha futbol i ma rzekomo zamiar pojechać do Niemiec, aby kibicować swojej drużynie. Jasne. Tylko że futbol to niejedyna pasja prezydenta. Tak mocno, jak kocha futbol, tak ostro nienawidzi Izraela i z taką siłą neguje Holocaust. Jest zdania, co brzmi wyjątkowo znamiennie w tym konkretnym geograficznym i historycznym kontekście, że należy zetrzeć Izrael z mapy świata i że Holocaust, Auschwitz i masakra milionów Żydów przez Hitlera to mit sfabrykowany przez państwa zachodnie.
Otóż głosząc takie poglądy prezydent Iranu ryzykuje, że znajdzie się od razu na pozycji spalonej i wywoła głośny gwizdek nie sędziego futbolowego, ale sędziego w ogóle. Prawo jest bowiem jasne: negowanie Holocaustu stanowi w Niemczech (w Polsce również) przestępstwo surowo karane.
Sprawa jest wielostronnie drażliwa. Jest aspekt prawny. I tak np. David Irving, historyk brytyjski, obsesyjny negacjonista, został niedawno właśnie za "kłamstwo oświęcimskie" skazany w Austrii na kilka lat więzienia. A parlament francuski obraduje akurat nad ustawą, która karze nie tylko oświęcimską (ta już obowiązuje), ale także ormiańską wersję negacjonizmu, czyli kwestionowanie tureckiego ludobójstwa na Ormianach.
Jest także aspekt polityczny. Prezydentowi Iranu, który jak wszyscy szefowie państw nie potrzebuje wizy do Niemiec i korzysta z immunitetu dyplomatycznego, nie grozi naturalnie ani proces, ani więzienie. Ale jego przyjazd niesie widmo ogromnego skandalu, który położyłby się cieniem nad Niemcami w ogóle, a nad Norymbergą, gniazdem nazizmu, w szczególności - akurat tam bowiem Iran gra swój pierwszy mecz (z Meksykiem).
Dla Niemców, którzy ciągle biją się ze smugą nazizmu i rasizmu, sukces mundialu, najbardziej "namiętnej" i rozkołysanej szalikami imprezy sportowej świata, ma być ostatecznym glejtem do czystej hipoteki, zatrzeć ślady dramatu igrzysk w Monachium, sugestywnie przypomnianego (niedobrym) filmem Spielberga. Gdyby doszło do skandalu wokół Holocaustu właśnie w Niemczech i właśnie w Norymberdze, odżyłaby najgorsza klatka pamięci.
No i jest aspekt, jakby to powiedzieć, intelektualny. Sprawa Irvinga czy, niedługo, Turków, a tym bardziej skandal wokół prezydenta Iranu, który poszedł najdalej - i bezkarnie - ze wszystkich negacjonistów ożywi debatę na temat "prawdy historycznej". Europa jeszcze się nie otrząsnęła z awantury o wolność słowa wokół karykatur Mahometa, a już znowu będzie musiała szukać odpowiedzi na pytanie, czy państwo - dekretem, parlamenty - ustawami, a Kościół - anatemą powinny, mocą prawa czy klątwy, zastępować naukowców i dyktować pisanie "prawdziwej wersji" historii, nawet takim fałszerzom jak Irving czy takim prowokatorom jak prezydent Iranu.
"Świat nie jest piłką futbolową, świat się podbija głową, głową, głową..." nauczał Antoni Słonimski. Co prowadzi do wniosku, że skoro pan Ahmadineżad jednak przyjedzie na mecz, to, ponieważ nie można go aresztować, należy go zawieźć nie do Norymbergi, lecz do Auschwitz. Może tam zrozumie, że siła jego nienawiści to w istocie dowód jego słabości.
14:16, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
środa, 17 maja 2006
Kompromitacja w komisji praw człowieka ONZ
Pomysł był desperacki, ale ambitny. Minister spraw zagranicznych dużego państwa w Europie Środkowej podjął inicjatywę międzynarodowej debaty na temat przyszłości (ratowania!) ONZ. Byłem zaproszony do udziału w tej dyskusji (korespondencyjnej). Całość miała stanowić wkład w program reformy ONZ pogrążonej w kryzysie stałej niemożności. Minister uprzejmie podziękował, ale wątpię, czy był z mojej wypowiedzi zadowolony. Byłem bowiem bardzo sceptyczny i szczegółowo wytłumaczyłem dlaczego. Minister słusznie zauważył, że "świat się zmienia szybciej niż Narody Zjednoczone", ja tylko dodałem, iż nie sądzę, aby ONZ była w stanie ten zmieniający się świat w historycznie przewidywalnym terminie dopędzić. I do listu dołączyłem mój artykuł o niemożliwej aktualnie poważnej reformie ONZ, jaki pod wymownym tytułem "Tylko Luter może zbawić Savonarolę" ukazał się w 1999 roku w paryskiej "Kulturze". Artykuł (jest do wglądu w niedawno wydanej książce brukselczyka "Wypędzanie szatana") kończył się wnioskiem: "Niezdolność papieży do poskromienia nadużyć w ich instytucji otworzyła drogę nie do reformy, a do reformacji".
Od tego czasu minister się kilkakrotnie zmienił, ale ONZ nie bardzo. Wprost przeciwnie. "Remanent", już po sprawie Srebrenicy: od masakry w Sierra Leone, w Liberii, ludobójstwa w Ruandzie i Sudanie (Darfur!) aż po Irak i skandal z "Ropą za żywność", potwierdził mój sceptycyzm.
Najnowszy pomysł reformy nie całej ONZ (zapomnijmy o tym), ale jej jednej tylko agendy niesłusznie zwanej Komisją Praw Człowieka, miał być jakąś próbą wyjścia z impasu. Próba się nie udała. Skompromitowaną Komisję zastąpiła Rada Praw Człowieka o większych kompetencjach. Ma prawo do regularnego sprawdzania sytuacji praw człowieka w każdym kraju. Będzie nawet mogła, głosami dwóch trzecich Zgromadzenia Ogólnego, zawiesić "gwałciciela" w prawach członka.
Ale jest druga strona medalu. Dostęp do Rady miał mianowicie być trudniejszy, tak aby nie mogły tam bezkarnie, tak jak do tej pory, hasać Arabia Saudyjska, Kuba, Chiny czy Rosja etc., znane z troski o prawa człowieka. Aby to osiągnąć, o wejściu do Rady decydować miało Zgromadzenie Ogólne większością co najmniej dwóch trzecich 191 członków ONZ.
No i ta właśnie bariera od razu padła. Wystarczyła trzecioświatowa zablokowana "maszynka do głosowania", aby - to jasne - Rosja i Chiny, ale także Arabia Saudyjska, Pakistan czy Kuba, znalazły się w Radzie i nadal mogły torpedować niewygodne dla nich rezolucje.
Ułomny projekt został więc przyjęty, zbyt wielu jest w ONZ zwolenników dogmatu "świętego spokoju" i konsensusu za wszelką cenę. Dlatego, chociaż to dziś niepopularne, zgadzam się z USA, które głosowały przeciw i nie starały się nawet o wejście do Rady.
Szkoda, próba była ambitna, ale wygrał cynizm i real-polityka, kompromis w podstawowych sprawach, przede wszystkim co do kryteriów i procedury członkostwa, rozwodnił projekt i związaną z nim nadzieję przeprowadzenia takiej reformy Komisji Praw Człowieka, aby mogła ona stać się kluczowym elementem reformy ONZ w ogóle. Tak jak tego pragnął ów wspomniany na wstępie minister. Zamiast tego stało się tak, jak to ujął były nie minister, ale były rosyjski premier Wiktor Czernomyrdin: "chcieliśmy jak najlepiej, a wyszło jak zawsze".
19:54, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
czwartek, 11 maja 2006
Pożegnanie Jean-François Revela
Wstukiwałem na pozór normalnie: najpierw Onet.pl , potem Czytelnia, a na końcu Jean- François Revel. "Niestety, nie znaleziono takich książek" - odpowiedział wielki portal. To niemożliwe, pomyślałem. Po rozpaczliwym przeszukaniu rubryk: filozofia, historia, literatura faktu, socjologia dotarłem do celu: jest Revel, jedna książka: "Mnich i filozof", dialog ojca i syna, filozofa i buddyjskiego mnicha.
Oczywiście jest inaczej. Sam kiedyś pisałem o "Ani Marks, ani Jezus" Revela, pamiętam, że inne jego książki także były tłumaczone na polski. Z obfitości uzyskanych w Onecie informacji wynika, że nie są one dzisiaj w Polsce łatwo dostępne.
A szkoda. Jean-François Revel (zmarł właśnie w wieku lat 82) był bowiem jednym z najważniejszych obok Raymonda Arona świadków i analityków wieku, który, jak mówił, "w dziedzinie zbrodni przekroczył wszystkie granice".
Revel, prawdziwy mędrzec odważny idący na przekór obowiązującym prądom, miał bardzo licznych zwolenników i chyba niemniej licznych przeciwników, głównie na francuskiej lewicy. Był filozofem, historykiem sztuki, poetą, pisarzem i eseistą, no i moim zdaniem przede wszystkim mistrzem trzeźwej analizy politycznej i asem polemiki. A poza tym smakoszem lubiącym luksus.
Nawet niepełnej listy dziesiątków książek i esejów, nie uwzględniając już publicystyki Revela, wymienić się tutaj nie da. Obok "Ani Marks, ani Jezus" trzeba jednak przypomnieć "Jak umierają demokracje", "Wiedzę bezużyteczną", "Pokusę totalitarną", "Terroryzm przeciw demokracji" no i "Obsesję antyamerykańską" (za polskie tytuły nie ręczę). Odegrały one ogromną rolę w otwieraniu oczu Zachodu na otaczającą go rzeczywistość.
Revel był przekonany, że liberalizm gospodarczy i demokracja stanowią najlepszą drogę postępu; uważał, że los człowieka i ludzkości zależy od dokładności lub fałszu posiadanych informacji i od sposobu ich wykorzystania. Zastanawiał się więc, dlaczego poszczególni ludzie, a także całe społeczności czy rządy, wybierają na ogół właśnie fałsz czy kłamstwo i zaślepienie.
Na wszystkich możliwych frontach Revel bronił dysydentów (także polskich) walczących z dyktaturą i totalitarną nocą. Był prorokiem wolnej myśli i niezależnego sądu; rozszyfrowywał arogancję i ignorancję polityków zdolnych w wojnie o władzę do każdego draństwa, aby "sprzedać" społeczeństwu ich własne obsesje i frustracje.
Revel, trzeźwy sceptyk, nie ulegał żadnej ideologii i modzie. Główny message, jaki zostawił, to chyba imperatyw obrony przed wiarą, która dusi rozum, przed złudzeniami, które zastępują logiczną analizę, i przed emocjami, które neutralizują prawo. Nic dziwnego, że to Revel właśnie wynalazł formułę "prawa do ingerencji" w obronie praw człowieka. Jego credo, jakby prosto z oświecenia, to postulat "związku polityki z prawem, akcji z rozumem i wiedzy ze sprawiedliwością". Walka o to trwa i potrwa. Szkoda, że bez Revela.
10:11, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 maja 2006
Teoria Cordella Hulla
"To sk...syn, ale to nasz sk...syn". Tak dokładnie brzmiała formuła ukuta przez sekretarza USA (1933-44) Cordella Hulla, który w ten sposób tłumaczył prezydentowi Rooseveltowi poparcie Waszyngtonu dla Rafaela Molina Trujillo, rzeczywiście wyjątkowego drania, dyktatora Republiki Dominikańskiej, pierwowzoru tego, co się do dziś określa jako republika bananowa.
Otóż niecały wiek później dwóch innych prezydentów zechciało, choć naturalnie bardziej od Hulla dyskretnie, posłużyć się tą samą formułą. Pierwszym był prezydent Putin, który kilka dni po wyborach na Białorusi przyjął prezydenta Łukaszenkę. Putin skorzystał z okazji, aby zachęcać białoruską opozycję, by "gdy opadną emocje" po wyborach, wzięła udział w "konstruktywnej pracy nad rozwojem państwa".
Opozycja może mieć jednak pewne trudności z wysłuchaniem rady prezydenta Rosji, jako że - o czym ów prezydent zapewne nie wiedział - do wyboru Łukaszenki doszło po złamaniu konstytucji w atmosferze gwałtu i represji, a opozycja, do której się szef państwa rosyjskiego tak życzliwie zwraca, znajduje się z jej dwoma kandydatami na prezydenta na czele w mińskim kryminale.
Drugim prezydentem, który zachował się zgodnie z zasadą Cordella Hulla jest George W. Bush. W tym samym mniej więcej momencie, kiedy Putin przyjmował Łukaszenkę, prezydent USA przyjął prezydenta Azerbejdżanu Ilhama Alijewa.
Rozmawiał z nim m.in. o kwestii bezpieczeństwa energetycznego i programu atomowego Iranu. Bardzo ciekawe i ważne sprawy. Szkoda tylko, że odwrotnie, niż jak to uczynił kilkanaście dni temu wobec Łukaszenki, amerykański prezydent nie zapytał azerskiego gościa o skandal wokół zrabowania przez niego stanowiska prezydenta Azerbejdżanu, o represje wobec opozycji w Baku oraz oszustwa i manipulacje w czasie zeszłorocznych wyborów parlamentarnych.
No i o korupcję: członkowie klanu Alijewa mieli rzekomo prywatyzować państwową firmę naftową po prostu za łapówki.
Jasne, ja rozumiem. Każdy prezydent, tak jak uczył Cordell Hull, ma swój interes w popieraniu swego "sk syna". Białoruś to dla Putina państwo-bufor, ważny odcinek transportu rosyjskiego gazu na zachód, no i dość wątpliwy szaniec na drodze istniejącej na razie tylko w wyobraźni Kremla wschodniej strategii NATO.
Bush rozumuje podobnie. Alijew to kawał łobuza, ale zwyciężyły względy bezpieczeństwa energetycznego i rywalizacja z Rosją o wpływy w strategicznym regionie Zakaukazia i Morza Kaspijskiego. Waszyngtonowi zależy na tym, aby Azerbejdżan, sąsiad Iranu, wysyłał swoją ropę rurociągiem przez Gruzję i Turcję do Morza Śródziemnego, a więc z pominięciem Rosji. I aby Azerbejdżan jako jeden z nielicznych krajów muzułmańskich nadal wysyłał swoich żołnierzy do Iraku.
Tyle, w skrócie, o pożytku z teorii Hulla. Interes Putina jest jasny, on z niczego nie rezygnuje: u siebie sam sprawuje rządy autorytarne, też praktycznie nie ma opozycji, nie przeszkadza mu więc podobny model w wydaniu białoruskim.
Ale Bush? Szef państwa, które w celu zaprowadzenia demokracji poszło na wojnę aż do Iraku?
Dlaczego Łukaszenko jest persona non grata na Zachodzie, a Alijewa Bush zaprasza do Białego Domu?Jaka jest wiarygodność Busha, przyjaciela Alijewa, zapewniającego o poparciu Ameryki w promowaniu na świecie demokracji, jej pomocy dla wszystkich potencjalnych demokratów? Co odpowiada Bush na ich zdziwione pytanie, jaka w jego ujęciu jest różnica między Łukaszenką a Alijewem? I czy demokracja rzeczywiście jest tak łatwo rozpuszczalna w nafcie?
17:38, leopold.unger
Link Komentarze (2) »