RSS
środa, 30 maja 2007
Obrażajcie negacjonistów

W tym samym tygodniu, w odstępie kilku dni, dwa wydarzenia w Warszawie i Paryżu wrzuciły nas znowu w gnilną problematykę negacjonizmu.

W Warszawie Brytyjczyk David Irving, który podaje się za historyka (specjalizacja: negowanie Holocaustu), został w piątek 18 maja usunięty z targów książki, gdzie miał się spotkać z wydawcami i dziennikarzami. Nie wiadomo, komu należy zawdzięczać pomysł zaproszenia Irvinga do Polski. Jest on persona non grata w całej cywilizowanej Europie i - co nie jest tajemnicą dla żadnego wydawcy - odsiedział nawet za szerzenie historycznej trucizny dwa lata w Austrii.

Wniosek o usunięcie Irvinga przyszedł z Muzeum Auschwitz-Birkenau, które poniewczasie - skandal już był w prasie, także zagranicznej - przypomniało organizatorom, że "kto publicznie zaprzecza zbrodniom nazistowskim i komunistycznym, podlega karze do trzech lat więzienia". Nie wiem, czy Irving poszedł do więzienia, ale z targów wyleciał, co biorąc pod uwagę jego "osiągnięcia", równa się po prostu bezkarności.

Trzy dni później inny osławiony negacjonista, Francuz Robert Faurisson, choć nie był zaproszony na targi w Polsce, także znalazł się w gazetach. Wytoczył mianowicie proces o zniesławienie Robertowi Badinterowi, jednemu z najbardziej znanych prawników francuskich, byłemu ministrowi sprawiedliwości. Badinter, którego część rodziny zginęła w Zagładzie, określił Faurissona negującego istnienie komór gazowych jako "fałszerza historii". Faurisson się obraził, ale proces przegrał. Sąd uznał, że Faurisson historię rzeczywiście fałszował.

Debata nad dylematem "wolność słowa a wolność fałszowania historii" toczy się od dawna, wszyscy już się wypowiedzieli, od Warszawy po Teheran. Większość uważa, że kara więzienia za negowanie prawdy historycznej w jakiś sposób wolność dyskusji naukowej jednak ogranicza, jest więc przeciwko rozstrzyganiu nawet takich sporów na drodze prawnej.

OK. Jak wobec tego uniemożliwić Irvingowi czy Faurissonowi propagandę trucizny, której obfity opad można znaleźć także w Polsce? Sprawy "Irving i Faurisson kontra prawda" wskazują być może właściwy trop.

W 1994 r. Amerykanka Deborah Lipstadt w książce "Denying the Holocaust" oskarżyła Irvinga o fałszowanie historii i określiła go jako zwolennika Hitlera. Irving się obraził i wniósł pozew o zniesławienie. Wyrok był odwrotny do zamierzonego: Irving został napiętnowany przez sąd jako fałszerz historii, obciążony kosztami procesu, w Anglii z reguły bardzo wyśrubowanymi, i doprowadzony do bankructwa naukowego oraz (tu leży klucz) materialnego.

Irving żyje pod pręgierzem - albo jako gość prezydenta Iranu, z którym marzy o następnym Holocauście, albo ze sprzedaży książek, wyjątkowo obficie publikowanych w Polsce.

Faurisson został potraktowany łagodniej. Uznany przez sąd, tak jak Irving, za fałszerza historii Faurisson do więzienia nie pójdzie, ale ma zapłacić 5 tys. euro zwrotu kosztów procesu. Nie jest to suma zawrotna, sądy francuskie są bardziej od angielskich tolerancyjne, ale wniosek się narzuca.

Fałszerzy historii, proroków hańby należy po prostu obrażać. Jak najmocniej. Z wyobraźnią. Ostrym językiem. Publicznie, jak najgłośniej. Tak obrażony fałszerz nie ma dobrego wyjścia. Albo nie wniesie sprawy do sądu, ale wówczas potwierdzi, że jest fałszerzem. Albo wniesie, przegra przed każdym demokratycznym sądem i stanie na progu (wszystko jest względne) bankructwa. Moralnego, ale tym ci "historycy", jak uczy doświadczenie, się nie przejmują. I finansowego, co jest dla nich bardziej bolesne. I może być skuteczne.

13:37, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
wtorek, 22 maja 2007
Putin się pomylił

Żadnych złudzeń, panowie, powiedział do Polaków już dawno jeden car Wszechrosji. Zły humor Putina w Samarze też nie powinien rodzić złudzeń. Na rok przed końcem prezydentury Putin stracił trzech przyjaciół na Zachodzie. Jednego, Schrödera, jakoś urządził. Ale ilu synekurami w Gazpromie Putin dysponuje? Chirac zresztą byłby na taką posadę zbyt zarozumiały, a Berlusconi - za bogaty. Nabożeństwo żałobne po tej ciężkiej stracie odprawione zostało w Wołżskim Utiosie, posowieckiej riwierze pod Samarą.

Co do tego, że ze szczytu w Samarze nic nie wyjdzie, nikt nie miał od dawna żadnych wątpliwości. W marcu, ale można sięgnąć dalej, na forum Rosja - Europa w Wiedniu jedyna zgoda, do jakiej doszli eksperci obu stron, dotyczyła niemożności porozumienia się w tym momencie co do żadnej kwestii spornej dzielącej obie wysokie strony.

Porozumiejmy się: gdyby Putin chciał utrzymać partnerskie stosunki z Zachodem lub choćby pomoc w poszukiwaniu wyjścia z impasu, to takie sprawy jak polskie mięso (to nie od niego wymierają Rosjanie), pomniki w Estonii (sami Rosjanie zwalili ich tysiące) czy nawet tarcza amerykańska (jest może zbędna, ale żaden strateg nie widzi w niej prawdziwego zagrożenia Rosji) zostałyby w zamian za określone gwarancje czy ustępstwa, prestiżowe lub polityczne, potraktowane, jak uczył Kissinger, jak "orzeszki" i zamiecione pod dywan. A tymczasem jest wprost przeciwnie. Od rosyjskich decybeli w Samarze uszy pękały.

O co tutaj chodzi, jak pytał przed wojną, w warunkach prawdziwego, a nie retorycznego zagrożenia, polski minister Beck. Może to być objaw narastającej wraz z ceną ropy osobistej arogancji Putina, byłego oficera KGB cudem wrzuconego na carski tron. Albo przejaw jego imperialnych wielkomocarstwowych ambicji, przede wszystkim wobec państw strefy posowieckiej. Albo jego kalkulacja, że szantaż gazowy może w polityce zagranicznej zastąpić szantaż atomowy i że potrafi, tak jak to wydawało się możliwe za Schrödera czy Berlusconiego, podzielić, a nawet rozbić Unię w takich pozornie śmiesznych, drugorzędnych sprawach jak jakiś pomnik gdzieś na peryferiach Europy czy wieprzowina z Polski, kraju, który i bez mięsnego weta nie cieszył się wielką popularnością na Zachodzie. Albo, last but not least, że Putin gra na czas, że jego arogancja kryje w istocie niepewność i wątpliwości, czy uda mu się dojść do wyborów w aurze cara, co przywrócił na świecie sowieckie miejsce dzisiejszej Rosji, gra w pierwszej lidze, rozwiewa złudzenia i się nikomu nie kłania.

Możliwy jest każdy wariant oddzielnie, a najlepiej wszystkie razem. Wniosek jest jednak tylko jeden: Putin chciał uciec do przodu, ale się pomylił. To nie Europa, lecz on sam powinien się pozbyć złudzeń. W Samarze usłyszał to, co Unia powinna mu była już dawno jasno i kategorycznie powiedzieć: wobec szantażu w drobnych, według Moskwy, sprawach Europa nie ustąpi, nie tylko dlatego, że solidarność, taka jak w "Trzech muszkieterach", w małych i dużych sprawach, jest wpisana w jej kod genetyczny, ale przede wszystkim dlatego, że jak uczy historia właśnie współczesnej Europy, szantażowi nie byłoby końca.

Samara to żaden dramat, to epizod, wypadek "po drodze". - Europa - powiedział prof. Rotfeld - potrzebuje Rosji, ale jeszcze bardziej Rosja potrzebuje Europy.

Teraz trzeba przekonać o tym Rosję. To kwestia czasu. I właśnie unijnej jedności. Prawdziwej. Bez złudzeń.

11:39, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
wtorek, 15 maja 2007
Koniec francuskich komunistów

R.I.P. Ciszej nad tą trumną! Właściwie nie trzeba nawet wołać. Jest cicho. Triumf Sarkozy'ego przyćmił inne historyczne wydarzenie - śmierć Francuskiej Partii Komunistycznej.

A przecież jest w tym coś patetycznego. Partia, która współrządziła powojenną Francją, dochodziła do 30 proc. głosów, była zdolna poprzez kontrolowane przez siebie związki zawodowe paraliżować strajkami cały kraj, potrafiła manipulować Aragonem, Joliot-Curie i Picassem i życiem intelektualnym Francji w ogóle, uzyskała w pierwszej turze wyborów prezydenckich we Francji 1,9 proc. poparcia, najgorszy wynik w całej jej historii. Sic transit...

Swój okres chwały i potęgi miała w Europie nie tylko kompartia francuska. Włoscy komuniści także trzęśli krajem. Ale klęski uniknęli. Różnica - we Francji ciągłe są komuniści, jest sierp i młot, śpiewa się Międzynarodówkę; we Włoszech komuniści kolejno rezygnowali z nazwy i ideologii, przechodząc z euro- i postkomunizmu z pieśnią "Niebo jest niebieskie" na ustach na pozycje reformizmu. Kiedy komuniści francuscy bili pokłony Moskwie, bronili sowieckiej inwazji na Afganistan podjętej, aby wyplenić afgańskie "prawo pierwszej nocy", to Włosi od dawna kolejno trzeźwieli - po masakrze w Budapeszcie w 1956 r., po zdławieniu Praskiej Wiosny w 1968 r., po polskim 13 grudnia, no i ostatecznie po krachu muru berlińskiego.

Kiedy FPK ciągle zapatrzona była na Kreml i na rewolucje, to WPK już miękko lądowała w socjaldemokracji. Kiedy FPK wylatuje na margines historii, to byli komuniści włoscy stanowią nie do pominięcia składnik centrolewicowej koalicji Prodiego, rządzącej dzisiaj w Rzymie. I mają nareszcie swój drogi (dosłownie i w przenośni) kompromis historyczny.

Problem jest jednak najzupełniej współczesny. Nie dotyczy tylko komunistów, ale całej lewicy. Pamiętam ten fascynujący moment, kiedy po ogłoszeniu wyniku wyborów o godz. 20 w TV, o 20.01 w tej samej TV komentarz najmądrzejszego socjalisty francuskiego Dominika Straus-Khana dotyczył nie sukcesu Sarkozy'ego, ale klęski jego własnej partii. Wszystko, powiedział, trzeba zmienić od podstaw. Potrzebne jest tsunami, gruntowna reforma, niech żyje socjaldemokracja.

Trzeba było wyborczego lania, aby nareszcie wybiła godzina reformy lewicy francuskiej. Kryzys niedopasowania do wyzwań współczesności, do zmian, jakim podlega świat, jest tam z przyczyn historycznych, choć także personalnych, wyjątkowo widoczny. Bipolaryzm, dwupartyjny (prawica-lewica) system polityczny rządzi Europą. Lewica, w rządzie czy w opozycji, wszędzie jest instrumentem demokratycznego rządzenia. Pytanie, jaka lewica? Nikt na razie nie wymyślił jej lepszego modelu niż skandynawscy socjaldemokraci. To u nich, a także w New Labour i SPD (paradoks tylko pozorny), szukali natchnienia komuniści włoscy, lansując program i hasła nowoczesności, otwarcia na świat, socjalnego rynku i liberalizmu gospodarczego, tolerancji i ideałów republikańskich. To taka transformacja zapewniła włoskim postkomunistom miejsce w polityce, a nawet istotną w niej rolę. To brak tej transformacji wyeliminował z gry francuskich komunistów. I zagraża francuskim socjalistom.

Hasło reformy od podstaw nie jest abstrakcją. Idą wybory do parlamentu we Francji. O sukcesie socjalistów w tych wyborach trudno, po lawinie Sarkozy'ego, poważnie mówić. Ale bez reformy, bez tranzytu z socjalizmu do socjaldemokracji, trudno im będzie o sukcesie marzyć także za pięć lat, w następnych wyborach.

Lewica zdolna jest takiemu wyzwaniu sprostać. Pod warunkiem że przejdzie swoje aggiornamento. W urnach bywają cuda. Ale fatalizmu tam nie ma.

11:39, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
środa, 09 maja 2007
Dialog głuchych

"My wam dajemy gaz, wy nam dajecie demokrację. To nie jest dla nas dobry interes".

Instytut Studiów Wschodnich z Warszawy wybrał, na trzy dni, wolność na Zachodzie i wraz z Europejskim Forum Alpbach zorganizował w Wiedniu trzecie (pierwsze za granicą) Forum Europa - Rosja. Z niewielką dozą złośliwości można by to spotkanie trzech premierów i 270 specjalistów (80 z Rosji) sprowadzić do skrótu "gaz za demokrację". Bardziej złośliwi mogliby uznać, że był to dialog głuchych.

Niesłusznie. Po pierwsze, III Forum, tak jak poprzednie, miało służyć wymianie poglądów, a nie podejmowaniu decyzji. Po drugie, toczyło się w niekorzystnej atmosferze międzynarodowej określonej, od razu na otwarcie obrad, cytatem z tekstu eurokomisarza Petera Mandelsona: - Stosunki europejsko-rosyjskie osiągnęły stopień nieporozumień nieznany od końca zimnej wojny.

Dwa polityczne procesy zaciążyły na dyskusji otwartej "Raportem z transformacji Rosji w 2006 r.". Z jednej strony szanse szybkiego zawarcia nowego układu o współpracy Rosja - UE są żadne, bo omówione na Forum różnice co do jego treści są zbyt wielkie. Z drugiej strony bardzo wyraźne w Wiedniu były wątpliwości wokół sukcesji Putina.

Po co, pytano, tak brutalna pacyfikacja nieśmiałych manifestacji opozycji i tak poniżające traktowanie Garriego Kasparowa? Albo czy zaostrzanie kursu w polityce zagranicznej (przemówienie Putina w Monachium czy historyczna i histeryczna kampania przeciw Estonii) ma być częścią sztucznie mobilizowanego zdrowego gniewu wyborców?

Zresztą niektóre wystąpienia rosyjskie w Wiedniu uznane zostały, nawet przez kilku Rosjan, za wyraz arogancji, za część tej właśnie mobilizacji na użytek zagranicy. No i przede wszystkim (skąd my to znamy?) "kto za tym stoi?". Czy Putin rzeczywiście kontroluje bieg wydarzeń, czy też już jest w toku wojna między "delfinami"?

I czy może, jak streszczono mi jeden ze scenariuszy, mimo ogromnej w sondażach popularności prezydenta poszczególne podmioty układu sił w Rosji, np. Gazprom, FSB lub tzw. liberałowie z Petersburga, tak już urosły w siłę, że nie chcą nie tylko dyktatu, ale nawet wpływu Putina na jego sukcesję?

Ktoś w Wiedniu zauważył, że Putin osłabił wszystkie instytucje demokratyczne w Rosji, a wzmocnił tylko prezydenturę. Na pewno, ale w jakimś stopniu Putin jednak Rosję uporządkował. Pytanie: za jaką cenę?

I jaki to może mieć wpływ na przekształcenie Rosji w wiarygodnego i przewidywalnego partnera w porządkowaniu świata? O czym rozmawiać będą unijna Trojka z Putinem na szczycie za kilka dni w Samarze?

Na żadne z tych pytań forum wiedeńskie konkretnej odpowiedzi nie przyniosło, bo przynieść nie mogło. Ale przyniosło niektóre elementy potrzebne do sformułowania takiej odpowiedzi. To potwierdza, czasem kwestionowany, sens i pożytek z tego typu na pozór mało rewelacyjnych zgromadzeń.

Równolegle z forum w Wiedniu miało się także odbyć forum ekonomiczne, ale na znacznie większą skalę, w Londynie. Rosjanie, głównie nowi oligarchowie, londyńskie forum (nie z ich inicjatywy) po prostu pod śmiesznymi pretekstami zbojkotowali. A na forum wiedeńskie przyjechali.

Dialog, powiadają, to wojna innymi środkami. Może. Ale dialog, nawet głuchych, jest lepszy niż alternatywa.

09:17, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
Pomnik dla Jelcyna

"Adieu aux armes!". Pożegnanie z bronią? Nie, z Borysem Jelcynem. Kto go żegna po pogrzebie? Jak to kto? Dziennikarze. Grzebałem go już, za jego życia, tyle razy, że fakt, iż zabrakło mnie na jego prawdziwym pogrzebie, to bolesny paradoks i niesprawiedliwość losu. Właśnie bowiem Jelcynowi zawdzięczam, ja i tylu innych, pełne zatrudnienie przez dziesięć lat nowej Rosji.

Najpierw poszło o zdrowie. Ponieważ lokatorzy Kremla umierali na ogół po "lekkiej grypie", to ja martwiłem się o Jelcyna... na wszelki wypadek. Także kiedy naprawdę chorował. W marcu 1990 r., kiedy zasłabł na plenum KC; potem, co roku, kiedy wracał do szpitala z niedowładem serca. Kiedy, chwila naprawdę patetyczna, u progu drugiego mandatu w 1996 roku, starczyło mu sił tylko na kilka minut przyspieszonej przysięgi. No i kiedy, po trzech zawałach, przeszedł operację na otwartym sercu. Potem regularnie już znikał z powodu "lekkiej grypy", a swoje 70. urodziny, już na złotej emeryturze, spędził w szpitalu. A ja? Ja za każdym razem musiałem aktualizować długi nekrolog.

Potem, bo miał fantastyczne, teatralne pomysły. Jelcyn na czołgu, kiedy udaremniał pucz, albo kiedy w Dumie kazał Gorbaczowowi czytać z kartki wyrok na siebie samego. A także, bo robił gafy, których normalny polityk by nie przeżył. Dyrygował orkiestrą, kiedy w 1994 roku ostatni żołnierz rosyjski opuszczał Niemcy, ale przede wszystkim regularnie "nadużywał", kompromitował Rosję i paraliżował polityków.

Dziennikarze powinni Jelcynowi postawić pomnik. Dostarczał im strawy nie tylko z powodu wódki czy gaf. Jelcyn to był gejzer zaskakujących decyzji, prawdziwy żywioł. Zgoda, czasem nieelegancki, ale odważny, aż po ryzyko życia (na czołgu czy w scenie przysięgi). Zgoda, "nadużywał" też, w gronie rodzinnym, korupcji. Ale to Jelcyn podpisał akt zejścia ZSRR, potem zagrodził drogę komunizmowi w Rosji. Świat, mówi Clinton, miał szczęście, że to Jelcyn grzebał zimną wojnę. Jelcyn zastał Rosję zniewoloną, zostawił, no jeżeli nie całkiem wolną, ale to już nie jego wina, to w każdym razie nieodwracalnie niekomunistyczną.

Jelcyn długo szukał następcy. Czy dobrze znalazł? Władimir Putin zastał Rosję niesowiecką, ale ją sowietyzuje, zastał Rosję w rękach oligarchów, a zostawi ją niedługo (jeżeli zostawi) w rękach KGB-owców i "jego" oligarchów. Zastał Rosję szeroko, choć na ogół biednie, oddychającą uzyskaną pierwszy raz w dziejach prawdziwą wolnością. Zostawi ją z Kasparowem w komisariacie, Dumą bez opozycji, telewizją w kagańcu. No i miał szczęście: zastał Rosję z naftą po 10 dol. za baryłkę, a zostawi ją (to nie jego zasługa) po 60 dol.

Tylko co z tego mają dziennikarze ? Niewiele. Spontaniczności - ani śladu, gafy żadnej, uśmiech ledwo, ledwo, wódki ani kropli, czarny pas w dżudo. No a humor? Właściwie, publicznie, tylko raz się zdobył na, jemu się zdawało, dowcip: dziennikarzowi pytającemu o Czeczenię doradził, żeby przeszedł na islam i się obrzezał, ale koniecznie w Moskwie, bo po rosyjskim cięciu nic nie zostaje. Co zostało u kolegi, nie wiem. Mnie została nostalgia po Jelcynie. I za Rosją bez przemocy, otwartą na świat, z "Kukłami" w telewizji. Wszyscy, gdybyśmy tylko mogli, zostalibyśmy tyranami. Jelcyn, mógł, a nie został.

09:15, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »