RSS
wtorek, 13 maja 2008
Spokojnie, to tylko starość

Procesu starzenia zatrzymać nie można, można jednak starać się opóźnić starość. Łatwo mówić, ale Henri Matisse, autor tego aforyzmu, potrafił udowodnić jego trafność. Żył 85 lat, przeżył dwie wojny światowe, atak raka, kilka małżeństw i wiele awantur, był za życia sławny i bogaty i udało mu się prawie do ostatniego tchnienia opóźnić triumf starości.

Czy łatwo naśladować Matisse'a? Zależy. Niektórym się udaje. Kilka dni temu 99 lat wspaniałego życia ukończyła włoska senator Rita Levi Montalcini, laureatka nagrody Nobla w dziedzinie medycyny, najstarsza na świecie parlamentarzystka.

Profesor neurobiologii za Mussoliniego ukrywała się pod zmienionym nazwiskiem, dziś cieszy się ogromnym autorytetem. Uczestniczy w życiu publicznym, wciąż pracuje naukowo i, jak twierdzi, "jej mózg funkcjonuje lepiej teraz, niż kiedy miała 20 lat". Pisząc o niej, prasa zamienia określenie "dożywotni senator" na "senator pełen życia".

Helmut Kohl też naśladuje Matisse'a. Były kanclerz zjednoczenia Niemiec, wdowiec od kilku lat, właśnie teraz, kiedy skończył 78 lat, postanowił ożenić się po raz drugi ze swoją obecną partnerką Maike Richter, wiosen tylko 43.

Kohl miał wypadek, jest obecnie na reedukacji po wstrząsie mózgu i trudnej operacji. Ryzykant? Spokojnie, wszystko będzie OK. Miłość to znakomity środek reedukacyjny. Tym lepszy, że jak mówią Chińczycy: - Im imbir starszy, tym bardziej pikantny.

Imbiru jest więcej. Z amerykańskich statystyk dowiedziałem się, że począwszy od roku 1959 liczba stulatków w USA podwaja się co dziesięć lat. Dziś jest ich ponoć ponad 80 tys., a w 2040 r. ma ich być pół miliona.

Królowa Elżbieta, która właśnie skończyła lat 82 i ma wszelkie szanse dożycia, jak jej matka, do setki, wysyła specjalny list do każdego nowego stulatka. W 1952 r., pierwszym roku królowania, wysłała takich listów 225, w 2005 r. - 4,6 tys.

Długowieczność dotyczy przede wszystkim krajów rozwiniętych. Naukowcy z Bostonu, którzy prowadzili te badania, tłumaczą zjawisko tak: postęp medycyny, higiena codzienna, zdrowa żywność, regularny ruch fizyczny, optymistyczny charakter i dynamiczna aktywność intelektualna. Rewelacji nie ma, ale jednak: 25 proc. przebadanych stulatków uzyskało w intelektualnej grze wynik lepszy od badających ich naukowców.

Jasne, każda starość jest inna. I wiadomo, że każdy chciałby długo żyć, ale nikt nie chce być starym. Dziś starość to już nie tylko kategoria biologiczna, ale gospodarcza. To duży rynek, spory potencjał turystyczny, zwłaszcza w martwym sezonie, specyficzny i odrębny rozdział w handlowej reklamie. Nawet słownik musiał się dopasować - kiedyś byli starzy, potem trzeci wiek, teraz o nich mówi się seniorzy, co brzmi szlachetnie, szykownie i jakże nowocześnie.

Amerykański autor kończył pytaniem "Czy rzeczywiście chcemy żyć 100 lat?" Zależy kto. Pani Levi Montalcini, pan Kohl i np. ja odpowiadamy: na pewno tak. Bo przecież kiedy jest się starym? Dla filozofa starość to zwyczajny przesąd. Dla pisarza, żaden wiek nie zabrania marzyć. Dla poety starość to "świt, kiedy nagle zdajesz sobie sprawę, że wszystko jest białe".

No, a dla dziennikarza? Tutaj, sądzę, starość zaczyna się z chwilą, kiedy zanika chęć i siła wkur się, przepraszam, oburzania się. Niezależnie od wieku.
15:52, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 05 maja 2008
Prasa groźniejsza od bagnetów


Trzy gazety są groźniejsze od stu tysięcy bagnetów. Takie ostrzeżenie rzucił Napoleon Bonaparte, fachowiec i od gazet, i od bagnetów. Dziś cesarz musiałby równanie z gazetami i bagnetami ułożyć zupełnie inaczej. Prasa drukowana, bo tylko taką Napoleon znał, nie tylko nie zagraża bagnetom, ale znalazła się w ich zasięgu. Jest na bardzo ostrym zakręcie i aby z niego nie wypaść, musi stawić czoła wyzwaniom XXI wieku. Stawką jest jej przyszłość.

Nie ma dziś właściwie poważnego dziennika na świecie, z wszechpotężnym "New York Timesem" na czele, który nie byłby zmuszony do ostrych reform i cięć oszczędnościowych. Dramat "Le Monde", dziennika, który dla prasy francuskiej jest tym, czym metr z Sevres dla światowego systemu miar, jest tego aktualnym przykładem.

Szok bez precedensu: dwa razy w ubiegłym tygodniu "Le Monde" nie ukazał się w kioskach. Powody są właściwie wszędzie takie same: spadek wpływów z reklam (w latach 70. w "Le Monde" było to 60 proc. dochodów - dziś 20 proc.), lekkomyślne inwestycje, błędy w zarządzaniu. Wynik: wielomilionowy, od siedmiu lat, deficyt (15,5 mln euro tylko w 2007 r.). Terapia: ostre redukcje w kosztach i personelu. Z "Le Monde" ma odejść ponad 200 osób.

Dyrektor "Le Monde" ma rację: gazeta może być naprawdę wolna i niezależna tylko pod warunkiem, że jest dochodowa. Metoda, naturalnie, nie sprowadza się wyłącznie do buchalterii i finansów, lecz musi objąć całą sferę wizji dziennikarskiej, zaproponować mocną wartość dodatkową w porównaniu z konkurencją.

A konkurencją jest niepowstrzymany i szybki postęp techniczny. Pojawił się elektroniczny global village, globalizacja dotyczy nie tylko wymiany ludzi i towarów, ale także obiegu i szybkości informacji. To one postawiły na porządku dnia pytanie o sens i naturę informacji i wyznaczają dziś punkt zwrotny w debacie o miejsce prasy w demokracji.

Kryzys prasy drukowanej to nic nowego. Na trwogę, że dzienniki giną, wołano, kiedy pojawiło się radio, potem telewizja, i woła się teraz, kiedy wkroczył internet. Ale nigdy zagrożenie nie było tak skoncentrowane. Naturalnie, poważna prasa drukowana zachowuje ciągle prestiż czcigodnej "starszej damy", ale to telewizja i internet, a w przyszłości także blogi (dziennikarstwo obywatelskie), wyznaczają hierarchię informacji, decydują o architekturze aktualności.

Poprzez telewizję i internet historia dzieje się na naszych oczach. Sprawozdanie na żywo stało się wartością absolutną. Telewizja jest głównym dostawcą informacji i, co za tym idzie, zasadniczym, a w wielu miejscach monopolistycznym źródłem wiedzy o świecie i o polityce.

Obraz trafia jednak częściej do uczucia, niż do rozumu, a jego wpływ zależeć może od talentu prezentera w przekazywaniu telewidzowi raczej dreszczy, niż inspiracji do myślenia. A przecież nie wystarczy widzieć, aby zrozumieć. Putin wiedział co robi: na bagnetach się znał, a stawkę rozumiał. Zagarnął telewizję zostawiając, dla zmylenia pogoni, tylko skrawki wolnej prasy drukowanej.

Przyznaję, jest w tym lamencie sporo nostalgii moich dziesięcioleci spędzonych w dzienniku, ale obawiam się, że jeżeli poważna codzienna prasa drukowana, jedyna zdolna do szybkiego, ale spokojnego i rzetelnego rozszyfrowania i wytłumaczenia sensu informacji, nie sprosta wyzwaniu, to taka będzie demokracja, jaka będzie telewizja. A wtedy reszta będzie milczeniem.

14:05, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
Za mało mężów stanu


Nic tak nie dzieli narodów jak wspólna granica. To samo można powiedzieć o wspólnej historii. Wzięta w niewolę przez polityków dzieli narody jeszcze bardziej. Ale nie zawsze i nie wszędzie.

Czytam w "Le Monde", że między naukowcami francuskimi i niemieckimi, autorami wspólnego podręcznika historii, "nie było zbyt licznych punktów spornych". Przecieram oczy: Francuzi i Niemcy nie mieli "zbyt licznych sporów" w toku pisania drugiego już tomu wspólnego podręcznika historii dla francuskich i niemieckich licealistów?

Pierwszy tom obejmował okres powojenny, od 1945 prawie do dziś, i był z uwagi na obecność obu państw po dobrej stronie zimnej wojny, można powiedzieć, ulgowy. Ale drugi? Napisany "bez sporów" o wydarzeniach od końca awantury Napoleona do końca Hitlera, kiedy oba narody tyle razy się wzajemnie mordowały?

Jak im się udało sprostać najtrudniejszemu dziś wyzwaniu, to znaczy - zaproponować młodzieży dwóch narodów o "wspólnej granicy i wspólnej historii" wspólny pogląd na wydarzenia, których pamięć i o których wiedza, wyniesiona z domu czy szkoły, zawsze je dzieliła?

Pomysł jest stary, zrodził się w 2003 r. na forum młodzieżowego parlamentu francusko-niemieckiego. Pierwszy tom wyszedł w 2006 r,. drugi teraz, następne są w opracowaniu. Razem te podręczniki mają, jak twierdzą ich autorzy, "przedstawić unikalne, dwunarodowe spojrzenie na historię Europy i świata".

Panowie, powoli, łatwo mówić, ale nie całej Europy ani nie świata (gdzie Azja, np. Chiny i Japonia?!). To, co było możliwe dla Zachodu dzięki wizji kilku mężów stanu szukających drogi do zgody narodów, pod słońcem demokracji, prosperity, w jednoczącej się Europie, to pozostaje jeszcze do zrobienia w Europie do niedawna porwanej, gdzie przez pół wieku prawda była przez politykę i polityków wygnana z nauczania i, tym bardziej, ze wszelkiej autentycznej debaty historycznej.

Przykłady w polskiej gazecie aż wstyd przytaczać. Jak pogodzić polską wizję Katynia jako ludobójstwa z poglądem Rosji, że to tylko epizod przy zbrodni Stalina na jego własnym narodzie? Jak przekonać Ukraińców, że Hołodomor, klęska głodu lat 30. i 3 mln jej ofiar, to nie zaplanowana zbrodnia Sowietów, ale część klęski żywiołowej, jaka niespodziewanie spadła na ogromne obszary Rosji?

Polsko-niemiecka wersja takiego podręcznika jest w projekcie. Zajmują się tym rządy, ministrowie i naukowcy w obu krajach. Jako przykład polsko-niemieckich "zbyt licznych sporów" w tej dziedzinie Francuzi cytują kontrowersję: wędrówki ludów po 1945 roku to dla Polaków "osoby przemieszczone", a dla Niemców - "wypędzone".

Ba, gdyby w sporach Polski z Rosją czy Niemcami tylko o nazwy chodziło, sprawa byłaby prosta, a stara Europa, zamiast się chwalić, że "unikalne" i że na "cały świat", lepiej by nową rozumiała!

Władysław Bartoszewski twierdzi (tłumaczę z francuskiego), że aby rany historii mogły się goić, trzeba je leczyć jak chorobę. Ma rację. Tylko że w leczeniu ran historii nowej Europy przeszkadza nie brak lekarzy, jest ich dosyć i świetnych. W tej wiecznej włóczędze od otwartych ran do z trudem gojących się blizn za dużo natomiast jest polityków, a za mało mężów stanu.

14:03, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »