RSS
środa, 30 czerwca 2004
Sarajewo 1914
Prawdziwy bohater, powiada cynik, to ten, który umiera za sprawę, w którą nie wierzy. Nie zawsze. Gawriło Princip zginął, bo wierzył w serbską Bośnię i wierzył, że mordując arcyksięcia Franciszka-Ferdynanda, następcę tronu cesarstwa austro-węgierskiego, przyczyni się do powstania niepodległego państwa południowych Słowian.
Reszta jest znana. Arcyksiążę zginął, Austria wypowiedziała wojnę Serbii odpowiedzialnej, zdaniem Wiednia, za zamach, Rosja przyłączyła się do Serbii, Niemcy - do Austrii, Francja i Wielka Brytania do Rosji i Serbii, później do wojny weszły Stany Zjednoczone, a nawet Chiny, w końcu mięso armatnie 30 państw mordowało się wzajemnie przez ponad cztery lata. Princip został bohaterem ponad wszelkie oczekiwania, nikt nie przypuszczał, że do tego stopnia: pozostawił na rozmaitych polach bitwy ponad 10 milionów zabitych.
Dlaczego o tym dziś rozmawiamy? Z przyczyn pedagogicznych: do zamachu doszło dnia 28 czerwca 1914, czyli dokładnie 90 lat temu. Taką rocznicę warto uszanować, albowiem, z wyjątkiem zawodowych historyków i zwolenników Karadżicia, nikt już nie wie, że dzień 28 czerwca 1914 roku, dokładnie 90 lat temu, uznany jest za początek pierwszej wojny światowej, i że to tego dnia, a nie, jak wszyscy sądzą 31 grudnia 1899, skończył się naprawdę wiek XIX, a zaczął XX.
Z przyczyn także filozoficznych, z rozważań nad losem bohaterów. Im dalej od aktu bohaterstwa, tym bardziej zrelatywizowana jest tego aktu – i bohatera – ocena. W Jugosławii Princip był dla Serbów, Chorwatów i muzułmanów (w Jugosławii to była narodowość) obowiązkowym bohaterem. Kiedy się titowskie imperium rozleciało, rozwiał się także mit Principa. Dziś dla Muzułmanów i Chorwatów Princip to serbski nacjonalista, terrorysta i morderca.
Ale najważniejszy jest powód, nazwijmy go, polityczny. Swym okrucieństwem, pogardą dla życia ludzkiego, haniebnymi stosunkami w armii, cynizmem wobec losu żołnierzy i ludności w ogóle, pierwsza wojna światowa zniszczyła pełny zestaw wartości, które, wydawało się, tkwiły u podstaw europejskiej cywilizacji. To z zatrutej (w przenośni, ale i dosłownie -  gazami) gleby tej wojny wyrosły dwa najstraszliwsze totalitaryzmy, które, mimo różnic jakie w sferze “motywacji” między nimi zachodzą, razem skazały na śmierć demokrację, tolerancję, liberalizm, prawdę i prawa człowieka, i razem, wspólnie, choć każdy na swój sposób, zamieniły Europę w piekło i czarną dziurę świata. Bękarty wojny - bolszewizm i nazizm - wniosły do polityki to, co wyniosły z okopów pierwszej światówki: nawyk gwałtu, zwyczajność skrajnych zbrodniczych odruchów, pogardę dla jednostki, jej podrzędność wobec kolektywu, bezkarność hierarchii, łatwość manipulacji ideowej i zamiany prawdziwego patriotyzmu w nacjonalistyczny fanatyzm, a słusznego gniewu wobec wojskowej nędzy i poniżenia w poddaństwo uzurpatorom. Fatalne traktaty (Wersal itp.) dokonały reszty, do poczucia klęski doszło poniżenie i pauperyzacja pokonanych.
Spór o różnice i podobieństwa obu totalitaryzmów trwa nadal. Ale wspólne jest ich mesjanistyczne dążenie do stworzenia za wszelką cenę “nowego człowieka”, sojusz terroru i ideologii jako sposób realizacji tego celu. I wspólny jest wniosek: oba nieuchronnie kończą na zbrodni i ludobójstwie. Oba razem to klucz do zrozumienia XX wieku. Princip jest zapomniany, ale sądząc ze stanu świata, ten klucz się może jeszcze przydać.
20:50, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
wtorek, 22 czerwca 2004
Futbol i Europa
Futbol to nie jest sprawa życia czy śmierci. To coś znacznie ważniejszego. Na tle Euro 2004 w Portugalii jest to tylko lekka przesada. Nikt przecież tego nie powie o równoległej imprezie, to znaczy eurowyborach do europarlamentu, które zainteresowały w UE niespełna połowę z uprawnionych do głosowania, czyli ok. 130 milionów obywateli. Europiłkę obejrzy ponad 10 miliardów widzów.
Wspólna nazwa ma coś z przeznaczenia. Eurounia i europiłka powstały równocześnie z końcem lat 50., rosły razem i razem przechodziły wszystkie historyczne progi kolejnych "transformacji" i "restrukturyzacji" kontynentu. Z mapy kontynentu i z jego stadionów znikły Związek Sowiecki i NRD, Jugosławia i Czechosłowacja. Minęły czasy, kiedy Franco zabraniał swoim sportowcom mierzyć się z Sowietami lub kiedy Dania cudem wcisnęła się do Euro 1992 (i wygrała!) na miejsce zwolnione przez Jugosłowian zajętych wówczas wojną prawdziwą, a nie futbolową.
Futbol świata nie zmieni, ale odgrywa (dosłownie i w przenośni) specjalną rolę w czasach integracji, globalizacji i regionalizacji, trzech równoległych procesów wpływających na zanik, na atrofię specyficznych cech narodowych. W obliczu tych raczej naturalnych i nieuchronnych tendencji futbol poza kolosalną zabawą daje w zasadzie (kasa!!! gwiazdy kosztują) małym i dużym równe szanse na starcie, wiąże patriotyzm i życie codzienne, dumę narodową ze sprawami zwyczajnych ludzi, wyzwala i umacnia poczucie tożsamości narodowej i jej odrębność wobec innej, pozwala na spontaniczny odruch entuzjazmu narodowego, powoduje tłumny śpiew hymnu narodowego, jeżeli tłum zna jego słowa. Inaczej mówiąc, futbol jak wicher rozwiewa strachy rozsiewane przez rozmaite ligi (nie piłkarskie) przed widmem Europy niszczącej to wszystko, co najdroższe w duszy i sercu prawdziwego Polaka (Niemca, Francuza, niepotrzebne skreślić).
Powoli, jest druga strona medalu. Ten sam wicher niesie szowinizm, słowa hymnów opiewają nacjonalizm, rodzi się natychmiast nastrój gwałtu i nietolerancji. Mecze futbolowe to pedagogika nienawiści, zgodnie z tym, jak uczył szachista Bobby Fischer, ale w futbolu nie jest inaczej: "Żeby wygrać trzeba nienawidzić przeciwnika". Ktoś inny dodał: "Futbol to wojna, ale bez ofiar". Nieprawda, z ofiarami. W Monachium atleci izraelscy zostali zmasakrowani przez Palestyńczyków, ale piłka natychmiast wróciła na boisko. Na stadionie Heyzel w latach 80. w Brukseli zginęło zadeptanych w tłumie kilkudziesięciu kibiców, ale Juventus i Manchester swój "finał na trupach" rozegrali. W ciągu kilku lat sport zaliczył 800 zabitych. Na stadionach, nie licząc zniszczeń, jakie sieją kibice po laniu spuszczonym ich drużynie.
Stadiony przypominają pola bitwy, boiska sprawiają wrażenie dżungli, gdzie wszystko zmierza od oplucia przeciwnika do zniszczenia go siłą, gdzie szerzony jest kult jednostki ze sprawną nogą, lewą czy prawą. Po meczu w 1945 r. Orwell powiedział: "Sport jest niewyczerpanym źródłem najgorszych instynktów".
Jest jednak tak popularny, że gdyby kandydata na przewodniczącego Komisji Europejskiej, którego szczyt w Brukseli nie potrafił wyłonić, wybierali tego dnia piłkarze i kibice, to zostałby nim na pewno Zidane. Byłoby to może z korzyścią dla Europy (dużo gorzej być nie może), tylko że niestety na razie się na to nie zapowiada. Jak to już dawno zauważył Słonimski: "Świat nie jest piłką futbolową, świat się podbija głową, głową, głową". Nie każdą, ale jednak.
15:50, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
wtorek, 15 czerwca 2004
Ronald Reagan był prezydentem, który trafił w swój czas
Prawdziwa wielkość różnych postaci historycznych przejawia się także w paradoksie, że jeszcze długo po ich śmierci nie ma pewności, iż już nie żyją. Po długim tygodniu pełnym nostalgii i jakby żalu za rajem utraconym, jaki Amerykanie właśnie sobie zafundowali, można się zastanawiać, czy Ronald Reagan był wystarczająco wielki, aby zmieścić się w tym paradoksie.
Jeżeli pominąć Waszyngtona, Lincolna, Jeffersona i Roosevelta, którzy mają swoje pomniki w stolicy, konkurencja nie jest zbyt ostra. Kennedy rządził za krótko, Truman opuścił Biały Dom, mając zaledwie 23-procentowe poparcie, Nixona załatwiła afera Watergate, Johnsona - Wietnam, Cartera - zakładnicy w Teheranie, etc. Reagan także ma niewąskie konto (Irangate), no i młodo nie umarł, a przecież to wokół jego trumny nagle wybuchła prawie powszechna (czarni, i słusznie, byli powściągliwi) histeria czy katharsis. Dlaczego? Różne mogą być interpretacje.
Po pierwsze, nikt - z wyjątkiem żony i lekarzy - nie widział go od 10 lat, chowano więc nie człowieka, a nagle przywróconą, upiększoną pamięć o nim, właściwie legendę. Po drugie, Reagan pozostał w pamięci jako "człowiek opatrznościowy", zjawił się na właściwym miejscu we właściwym momencie: przywrócił Ameryce uśmiech po smutnych latach Cartera, wyzwał "imperium zła" i zaszantażował go "wojną gwiezdną", wyczuł, że ZSRR nie wytrzyma zbrojeniowej konkurencji z USA. I wreszcie, po trzecie, tęsknota za Reaganem - charyzmatycznym, ciepłym, prosto z Hollywood, "komunikatorem" - jest tym bardziej zrozumiała, że aktualny prezydent rewindykuje jego dziedzictwo, choć w kwestii "komunikowania się" jest jego przeciwieństwem. Nikt się też w Ameryce nie dziwił, że msza żałobna przypominała chwilami święto rodzinne, a nie ostateczne pożegnanie. Nabożeństwo celebrowane było przez Johna Danfortha, pastora anglikańskiego, byłego senatora, a obecnie ambasadora USA przy ONZ. Smutne pienia bywały przerywane wybuchami śmiechu, żegnano bowiem człowieka o ogromnym poczuciu humoru, co także go różniło od jego samozwańczego dziedzica.
Dwóch ludzi wśród kilku tysięcy żałobników w katedrze było może bardziej wzruszonych od innych. Michaił Gorbaczow i Lech Wałęsa mogliby, choć głosu nie zabrali, powiedzieć o zmarłym bardzo wiele dobrych rzeczy. Obaj reprezentowali prezydentów swoich krajów, których obecność mogłaby nieco razić z uwagi na zajęcia i poglądy, jakie wyznawali w czasie prezydentury Reagana. Obaj, jak Reagan w USA, znaleźli się w swoim kraju, na swoim miejscu, w odpowiednim momencie. Pierwszy posłuchał rady Reagana: "Mr. Gorbaczow, tear down this wall". Zrozumiał, że ponieważ mur berliński i tak już się chwiał, a wojskowe argumenty amerykańskie były coraz bardziej przekonywające, to lepiej w obalaniu muru pomóc, skoro siłą się nie uda i nie opłaci przeszkadzać.
Drugi, to znaczy Wałęsa, też znalazł się na swoim miejscu i, w odpowiednim momencie, dzięki "argumentacji" Reagana, mógł na czołgu "Solidarności" dokonać w tym murze pierwszego wyłomu. Obaj są więc z Reaganem mocno związani. Tak mocno, że bez roli jaką, każdy w swoim rejestrze, odegrał, cały pogrzeb bylby na nic.
Obaj także są laureatami pokojowej nagrody Nobla. W dużym stopniu zawdzięczają ją Reaganowi. Dlatego także, choć w żałobie, w katedrze w odpowiednich momentach dobrze się bawili.
19:08, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 czerwca 2004
Wdzięczność Europy
Reflektory zgasły, werble ucichły, weterani wyjechali, plaże opustoszały, jeszcze tylko resztki dekoracji chwieją się na morskiej bryzie. Wspaniałe i wzruszające święto się skończyło. Dzień był wielki. I mylący.
Był wielki, albowiem po raz pierwszy hołd wszystkim poległym oddali razem wrogowie i sojusznicy z dwóch największych - każda w swoim rodzaju - wojen europejskich: gorącej i zimnej, dwóch, z Arromanches to było widać, wojen właściwie domowych. Był wielki, bo świadczył, że żadna wojna na tym kontynencie nie jest już prawdopodobna. Bo zamknął XX wiek, czas nieszczęść i zniszczeń, i dokonał tego, to prawdziwy symbol, w momencie kiedy rozszerzona Europa wróciła do swoich prawdziwych granic.
Ale był to także dzień dwuznaczny. Przypomniał, że to Amerykanie dwa razy w ciągu jednego pokolenia, w 1918 i 1944 roku, przynieśli Europie wolność, i że to oni, przez 40 lat, bronili potem demokratycznej Europy przed komunizmem i Związkiem Sowieckim. Ale nie przypomniał, że przyszła może kolej na wdzięczność Europy.
Albowiem nawet tak głęboki hołd oddany cieniom przeszłości nie mógł ukryć jakby zażenowania, że to właśnie dzisiejsza Ameryka ten hołd odbiera. Zrobiono sporo, aby podkreślić różnice między tymi dwoma "Amerykami", tak aby, tak jak to się stało po 11 września, D-day miał pozostać "primadonną jednego dnia" i aby nikt, pojutrze, nie wątpił, że Bush to nie Ameryka, choć rozwaga dyktowałaby poczekać do co najmniej 2 listopada.
Jasne, jest o czym mówić. I o tym, co wtedy, i o tym, co dziś. Przypomniano nagle gwałty amerykańskich GI na francuskich kobietach, cywilne ofiary amerykańskiego bombardowania miasteczek w Normandii, perfidne próby wyeliminowania de Gaulle'a z gry o władzę w wyzwalanej Francji. Rośnie równocześnie spirala oporu wobec polityki amerykańskiej w Iraku, wynaturzeń okupacji, krótkowzroczności i arogancji Waszyngtonu. Tylko że ta fala niesie nie tylko konkretną i jakże uzasadnioną krytykę polityki Busha, ale także prostacki antyamerykanizm skupiający, od skrajnej lewicy po skrajną prawicę, najbardziej sfrustrowane elementy rozleniwionej Europy.
Wielu zastanawia się nad źródłem tej fali, pyta, dlaczego Wietnam, choć był większą tragedią niż Irak, rozwodu między obu brzegami Atlantyku nie spowodował. Jedni sięgają po Freuda i zjawiska nienawiści wobec tego, komu się najwięcej zawdzięcza. Inni uznają, że skoro Europa dziś już nikogo, jej zdaniem, nie musi się bać, to opieki amerykańskiej nie potrzebuje. Inni jeszcze uważają, że superpotęgę europejską zbudować można wyłącznie w opozycji do USA.
Klimat robi się taki, że trzeba odwagi, aby tłumaczyć, że wobec terroryzmu i innych wyzwań wspólnota akcji z Ameryką, Busha i nie Busha, mimo różnic politycznych, mimo błędów Ameryki, mimo, a może właśnie dlatego, że jest w tarapatach, nie jest zdradą Europy, a leży dziś w interesie całego demokratycznego świata. Że, inaczej mówiąc, aż do odwołania, Bush jest w takim samym stopniu Ameryką, co Chirac - Francją.
Wartość rocznic mierzy się trwałością mostów, jakie pozwalają budować w przyszłość. To miał chyba na myśli Mitterrand, który w 50. rocznicę D-day wzdychał, jak trudno jest przezwyciężyć sprzeczności wspólnego zwycięstwa. W tym sensie z wnioskami z 60. rocznicy lądowania w Normandii warto jeszcze poczekać. Nie wiadomo, na jakich plażach przyjdzie nam jeszcze lądować.
13:24, leopold.unger
Link Komentarze (1) »