RSS
środa, 29 czerwca 2005
Wydalenie czy okup - czyli dlaczego nie ma europejskich dziennikarzy w Iraku
Ktoś kłamie. Albo rząd iracki, albo francuski. Nie kłamie tylko Anne-Sophie Le Mauff, obywatelka francuska, korespondentka belgijskiego dziennika "Le Soir" w Bagdadzie. Ona naprawdę została wydalona z Bagdadu. Wbrew swej swobodnie wyrażonej woli kontynuowania pracy w Iraku.
Władze Iraku twierdzą, że decyzję wydalenia podjęły pod presją Paryża. Francuski rząd wynegocjował z porywaczami (i prawdopodobnie za to sporo zapłacił) uwolnienie trzech kolejnych dziennikarzy francuskich porwanych w Bagdadzie i - zdaniem Irakijczyków - nie chciał się ładować w kolejną polityczną awanturę.
Paryż przyznaje, że francuski ambasador w Bagdadzie nalegał (ostro) na panią Le Mauff, by opuściła Irak. Twierdzi jednak, że w sprawie jej wydalenia nigdy nie wywierał jakiejkolwiek presji na odpowiednie ministerstwa w Iraku.
Pozornie groteska. Znamy rządy (ZSRR, PRL), które wydalały zagranicznych dziennikarzy, bo nie podobały im się ich artykuły. Ale pierwszy raz mamy do czynienia z sytuacją, w której jeden rząd próbuje doprowadzić do wydalenia własnego dziennikarza z innego kraju. I to mimo, że artykuły Le Mauff podobały się wszystkim. W istocie to nie jest śmieszne, sprawa jest poważna. Stawia nas, tak jak to było w przypadku trzech kolejno porywanych i wykupionych (choć Paryż dementuje informacje o tym, że zapłacił okup), w obliczu trudnego lub wprost niemożliwego wyboru.
Po pierwsze, można siedzieć cicho i dyskretnie - co ułatwia, a czasem decyduje o sukcesie poszukiwań czy kontaktów nawiązywanych przecież przez służby najbardziej tajne z bojówkami także raczej tajnymi. Albo można odwrotnie, robić raban, mobilizować opinię publiczną, media, dyplomację, środowiska muzułmańskie, a nawet organizacje terrorystyczne (np. Hezbollah) w obronie porwanego dziennikarza, co nie ma praktycznie wpływu na los zakładników (porywaczom chodzi tylko o pieniądze). Ma natomiast wpływ zarówno na reklamę porywaczy i pośredników, jak i na wysokość okupu.
Po drugie, można płacić lub nie płacić. Moralnie rzecz biorąc, płacić się nie powinno. Okup zachęca innych porywaczy, podnosi stawkę, zapewnia w praktyce bezkarność bandytom. Ale to hipokryzja. Albowiem oczywiście trzeba płacić, bo od tego w zasadzie (choć bywało inaczej: Daniel Pearl zginął w Pakistanie, za niego okupu nawet nie żądano) zależy życie zakładników. A od przeżycia zakładników zależy popularność polityków. Wątpliwej skuteczności, a często wprost szkodliwe interwencje w obronie porwanych dziennikarzy dają im za wysoką cenę (okup za Florence Aubenas, reporterkę "Liberation", miał wynieść 15 mln dol.) rzadką okazję działania w zgodzie i z poparciem opinii publicznej.
Po trzecie, można informować lub nie. Przecież do tego sprowadza się w istocie pytanie, czy warto i czy należy utrzymywać za wszelką cenę dziennikarzy na terenach objętych wojną lub rewolucją. Anne-Sophie Le Mauff jest już w Amanie, skąd będzie obsługiwać dla "Le Soir" sytuację w Iraku. Konkluzja: w Bagdadzie nie ma już chyba w tej chwili stałych korespondentów europejskich. Są natomiast Amerykanie. I są informacje, ale wyłącznie od dziennikarzy amerykańskich pracujących pod parasolem wojsk USA.
Ingrid Betancourt, obywatelka Kolumbii i Francji, naiwna kandydatka do prezydentury w Bogocie, jest w niewoli lewackich porywaczy już od 40 miesięcy. No, ale ona nie jest dziennikarką
01:32, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 czerwca 2005
Jakiego koloru jest Rosja?
le okazja! Traf chciał, żeśmy się obaj znaleźli w tym samym momencie w tym samym mieście. W Petersburgu, mianowicie. Władimir Putin przyjmował w odnowionym za 250 mln dol. pałacu księcia Konstantyna panią Sonię Ghandi. Potem, na Forum Ekonomicznym, kusił zyskami inwestorów z 50 krajów, a przede wszystkim spotykał się z panem Hiroszi Okuda, szefem koncernu Toyota.
Ja też spotykałem ludzi. Najpierw na otwarciu wystawy "Kultury" zwanej paryską (Rosjan to jeszcze interesuje), potem w redakcjach i bibliotekach mało albo wcale nie remontowanych rozmawiałem, wspomagany przez Instytut Polski, z dziennikarzami i naukowcami.
Każdy z nas, Putin i ja, miał swoje specyficzne interesy. Panowie Putin i Okuda wmurowali kamień węgielny pod fabrykę samochodów pod St. Petersburgiem (200 tys. pojazdów rocznie, 140 mln dol. już, miliard w przyszłości), a Jean Lemierre, prezes EBOiR (Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju), uznał, że „Rosja to kraj, w który warto inwestować”.
Moi rozmówcy byli na ogół innego zdania. Uważają, że w Rosję inwestować nie należy. "Wasze uwielbienie dla demokracji" - tłumaczą z rozżaleniem - "jest bardzo selektywne". "Zachód" - powiadają - "nie waha się iść na wojnę, aby zmusić Irak do demokracji, ale nic nie robi, by pomóc demokracji w Rosji, nie wprowadzi np. restrykcji w inwestycjach, aby ukarać Putina za dławienie wolności, za masakry w Czeczenii, za rabunek telewizji czy za farsę sądową w sprawie Chodorkowskiego. Obawiamy się, że obudzicie się, kiedy będzie za późno".
Odpowiedzieć im nie jest ani łatwo, ani przyjemnie. Mają naturalnie rację: nie pomagamy albo, w najlepszym razie, pomagamy za mało. Tylko jak to robić lepiej? Pierwszy mój argument był cyniczny: inwestorzy mają demokrację w nosie. Liczy się zysk. W tej chwili, poza Toyotą, rozpatrywane są w Rosji jeszcze trzy inwestycje zagranicznych koncernów samochodowych. Nie licząc normalnej zachodniej zachłanności na rosyjską ropę i gaz, nowy projekt budowy gazociągu Północnego zakłada brytyjski udział sięgający dziesiątków miliardów dolarów. Chodorkowski? Kto to? W konkurencji z prezesem Toyoty jego los się nie liczy. Nie należy mieszać pojęć
Drugi argument był polityczny. Gdybyśmy rzeczywiście chcieli (bo przecież bardzo chcemy) pomóc, do kogo mamy telefonować, na jaki adres pisać? Do Gajdara, Jawlińskiego czy Czubajsa? Do byłego premiera Kasjanowa, który sam marzy o Kremlu po drugim mandacie Putina?
Przecież demokratyczna opozycja w Rosji jest w rozsypce, nikt z nikim nie jest w stanie się dogadać. A może do Kasparowa, który, choć powinien grać w szachy, zajął się polityką. I, jak na razie, jest jedynym znanym na świecie krytykiem tchórzostwa rosyjskich przedsiębiorców pozostawiających Chodorkowkiego sam na sam z Kremlem, a głównie "pasywności rosyjskiego społeczeństwa i apatii jego elit w obliczu widocznych i rosnących dyktatorskich intencji prezydenta Putina".
Ale przede wszystkim - gdzie w Rosji są te różane czy pomarańczowe tłumy, które w Kijowie i Tbilisi okupowały miasto aż do skutku mimo ryzyka siłowej interwencji władzy? Gdzie jest rosyjski Juszczenko i Saakaszwili? Jaki jest kolor dzisiejszej Rosji?

W Petersburgu noce są białe, dni znacznie mniej.
09:21, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
wtorek, 07 czerwca 2005
Nowa Austria
"Austriacy uosabiają oportunizm: potakują wszystkiemu, żyją obłudą i amnezją". Thomas Bernhard, wielki austriacki pisarz, powiedział znacznie gorsze rzeczy o swych ziomkach, tylko że tym razem to zdanie i kilka innych równie zjadliwych biło ze ścian sali w pałacu Belweder w Wiedniu, gdzie zorganizowano imponującą wystawę "Nowa Austria". Trafiłem na nią w trakcie "seminarium" organizowanego przez krakowskie Międzynarodowe Centrum Kultury, z tym że szukając wokół Wiednia śladów starej Mitteleuropy, zacząłem od całkiem "Nowej Austrii".
Nowej? Raczej na nowo pisanej.
Podwójny szok.
Pierwszy: wystawa "obraca się" wokół 50. rocznicy podpisania 15 maja 1955 traktatu przywracającego Austrii suwerenność po 10 latach okupacji przez cztery zwycięskie mocarstwa. Ale po raz pierwszy tak otwartym tekstem mówi nie tylko o 50 latach po traktacie, ale i o kilkunastu hitlerowsko-austriackich latach przed jego podpisaniem.
I drugi: publiczność, masa młodych, wszyscy ci, którzy pierwszy raz mieli okazję dowiedzieć się, co światu zrobili ich dziadkowie, a o czym zapomnieli im opowiedzieć ich rodzice i ich szkoły.
Wystawa wszystkiego nie załatwi, nie wymaże od razu mitu "Austrii - pierwszej ofiary Hitlera", nie przywróci Austriakom natychmiast i w pełni tego, co się określa jako kolektywna pamięć, na którą składać się powinna pokazana na wystawie kronika lat prosperity i rozwoju po 1955 r. i kronika (słabiej widoczna) otwarta obrazem amoku Austriaków na widok Hitlera na Helden Platz w Wiedniu w 1938 r.
Kronika Anschlussu (99,6 proc. Austriaków było za przyłączeniem się do III Rzeszy), prawda o Austriakach, którzy dali Hitlerowi większość komendantów obozów koncentracyjnych, mordowali Żydów, grabili ich mienie, bezlitośnie eksploatowali niewolniczą siłę roboczą i którzy zafundowali sobie po klęsce i zażarcie bronili przed światem pohitlerowskiego prezydenta Kurta Waldheima.
Proces dochodzenia narodów do prawdy o nich samych jest bolesny i trudny. Niemcy go w zasadzie zakończyli, Rosjanie jeszcze nie zaczęli. W Austrii trzeba było czekać dziesiątki lat, zanim ukazały się pierwsze wiarygodne oceny epoki skromnie określanej jako "Lata nazistowskiej dominacji w Austrii, 1938-1945". Obawiano się nawet, że zanim prawda zostanie powiedziana, upłynie 50-letni okres dostępu do archiwów państwowych, które już dziś, np. w Karyntii rządzonej przez Jörga Haidera, w zakresie dotyczącym okresu nazistowskiego są trudno dostępne. Przez cały ten czas Austria ciągle była pierwszą ofiarą Hitlera, albowiem nieprawda, że państwa austriackiego wtedy nie było (to samo mówił Mitterrand o Vichy), a udział Austriaków w bilansie zbrodni nazistowskich sprowadzano (bo przecież przemilczać go nie można było) do odpowiedzialności niewielkiej grupy osobników o wyjątkowo złym charakterze. Debata na ten temat była mocno kontrolowana, unikała nazwisk, a zimna wojna przykryła te nieprzyjemne tematy cieniem komunistycznej chmury. Nikt, albo mało kto, nie zastanawiał się, jak i dlaczego cała (prawie) ludność Austrii mogła nie tylko lojalnie współpracować, ale współkierować najbardziej zbrodniczą maszyną na świecie.
Wystawa "Nowa Austria" próbuje takie pytania postawić. Nie na wszystkie mogła czy chciała odpowiedzieć. Reszta jest w imponującym 350-stronicowym katalogu "Nowej Austrii". Tylko kto czyta katalog?
16:36, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
czwartek, 02 czerwca 2005
Przydługie wyroki władzy
Godzina sprawiedliwości warta jest 75 lat modlitwy. Turcy, autorzy tej prastarej tzw. mądrości ludowej, nie wzięli pod uwagę procesu Michaiła Chodorkowskiego. Były najbogatszy człowiek Rosji, odpowiedzialny zdaniem prokuratora za gigantyczny przekręt podatkowy, a zdaniem obrony za naiwne ambicje polityczne, czeka na swoją nawet nie godzinę, lecz minutę sprawiedliwości, już od 19 miesięcy.
Aresztowany w październiku 2003, "kak w kino" (ponure lotnisko gdzieś na Syberii, prywatny samolot, komando w kominiarkach), miliarder w kajdankach spodziewał się wyroku w ubiegły poniedziałek. Błąd. Wyrok nie zapadł. Zapadła nuda. Pani sędzia Irina Kolesnikowa postanowiła, choć żadna reguła jej do tego nie zmuszała, odczytać pełny tekst uzasadnienia wyroku: 1000 stron. W tempie 50 stron dziennie czytanie takie oznacza, na zasadzie tureckiego porzekadła, kilka wieków modlitwy.
Chodorkowski będzie więc dwa razy skazany - już teraz na dożywotnie wysłuchiwanie uzasadnienia wyroku i na jakieś dziesięć lat więzienia, kiedy pani Kolesnikowa postanowi, jeżeli dożyje, ogłosić wyrok.
Ale precz ironia. Sprawa jest poważna. Decyzja o zwolnionym tempie spadania gilotyny w procesie Chodorkowskiego to największa tajemnica moskiewskich salonów.
Jedni uważają, że chodzi tu o operację mającą rozpuścić w nudzie fatalne wrażenie, jakie w zagranicznych kołach finansowych mogła wzbudzić ta parodia sprawiedliwości oparta o motywy wyłącznie polityczne połączone z grabieżą przez państwo rosyjskie majątku przedsiębiorstwa Jukos znajdującego się w akcyjnym portfelu Chodorkowskiego. Widok, w kontrolowanej telewizji, pustych miejsc na sali, ziewających dziennikarzy i dwóch oskarżonych podejrzanych o miliardowe przestępstwa i ryzykujących długoletnie więzienie rozwiązujących krzyżówki miałby zbanalizować i oddramatyzować rządowy zamach na świętą własność prywatną.
Inni sadzą, że sędziowie zostali poproszeni o wytworzenie scenerii mającej wykazać powagę zarzutów i procesu, wytworzyć atmosferę uzasadniającą surowość wyroku. Sens uzasadnienia jest skierowany do wszystkich niezadowolonych z władzy. Posłanie jest wyraźne: jeżeli potrafiliśmy tak bezszmerowo "załatwić" potentata Chodorkowskiego, zakuć go w kajdanki, wsadzić do żelaznej klatki, pokazywać go i jego wspólnika całej cywilizowanej Europie jak zwierzęta w zoo, wszystko to, bez cienia wstydu, z pełną ostentacją , to wy (wszyscy inni, znaczy się) tym bardziej powinniście się bać. Władzy i jej wyroków.
Niewykluczone także, że ponieważ wymiar sprawiedliwości w Rosji pozostaje w służbie władzy, a nie obywateli, nieoczekiwany serial w wykonaniu pani Kolesnikowej pozostaje w związku ze sporami, za fasadą "dyktatury prawa", między klanami czekistów i pragmatyków na Kremlu odnośnie wojny z nieprawomyślnymi (swoi to coś innego) oligarchami, sposobu zakończenia procesu i prawdopodobieństwa jego skutków w kraju i zagranicą. Wiadomo, o jakiej ewolucji w Rosji świadczy ta farsa: to przecież w tej "wojnie" wpadli w niełaskę "nieczekiści": były premier Kasjanow i były prezydencki doradca Iłłarionow.
Pięciu deputowanych do Dumy zwróciło się "w imieniu narodu rosyjskiego" i z całą pogardą dla zasady podziału władzy do prezydenta Putina, aby zniweczył intrygi liberałów i "osobiście doprowadził do skazania" Chodorkowskiego. Za późno: decyzję skazania Chodorkowskiego (i innych, bo to nie koniec) prezydent podjął już dawno. Walec miażdżenia opozycji za pośrednictwem rozmaitych pań Kolesnikowych już się toczy. Teraz należałoby prosić prezydenta, aby skrócił te męki, zabrał z wizji panią Kolesnikow i - mówiąc po turecku - skrócił lata modlitwy, na jakie chce skazać Rosję.
12:51, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »