RSS
wtorek, 27 czerwca 2006
Władza tyrana Białorusi jest zbudowana na dymisji społeczeństwa
Andrej Sannikow z Mińska nie zgadza się z konkluzją mojego poprzedniego komentarza napisanego po powrocie z konferencji na temat dziedzictwa paryskiej "Kultury" zorganizowanej tam przez Instytut Polski. Ze zdaniem Andreja Sannikowa należy się liczyć. Jest "międzynarodowym koordynatorem" portalu Karta 97 (www.charter97.org), białoruskiego odpowiednika słynnej czeskiej Karty 77, ważnej trybuny opozycji demokratycznej w "ostatniej dyktaturze w Europie". Otóż Sannikow odrzuca slogan cytowany w moim komentarzu jako główne hasło opozycji : "Wszystko, nawet Łukaszenko, lepsze niż Rosja". I pisze : "Nie uważam, że Łukaszenko może gwarantować niepodległość. I nie chcę wybierać między dżumą i cholerą".
Nikt nie chce. No to co pozostaje? Pozostaje Europa, to znaczy radio i telewizja Wolna Białoruś oraz sankcje gospodarcze, wszystko ciągle poniżej poziomu prawdziwego rażenia. I naturalnie pozostają Białorusini. Mogło się wydawać, że imponujący protest młodzieży po sfałszowanych wyborach 19 marca sygnalizował przełom, początek pomarańczowej drogi. Być może wielu ciągle tak sądzi. Ale na razie jest przerwa, za parawanem sporadycznych odruchów opozycyjnych uderza stagnacja. Opozycja jest rozdarta, pycha liderów łamie jedność ruchu, wolna prasa zanika, internet (m.in. właśnie portal Karta 97), rzadka wysepka wolności, jest zagrożony.
I przede wszystkim jest strach. Poza grupą opozycjonistów takich jak Sannikow, który upoważnił mnie (otwartym mailem) do zacytowania nie tylko jego poglądów, ale także jego nazwiska, większość moich rozmówców przywoływała właśnie strach. Strach przed represjami.
Dyktatura Łukaszenki jest nie tylko "ostatnia", ale także nietypowa. Białorusini jeżdżą za granicę, robią interesy, dostają regularnie wypłaty i emerytury, a równocześnie żyją w oparach sowietyzmu. Najlżejszy odruch sprzeciwu może uniemożliwić studia dzieciom, spowodować konfiskatę paszportu, a bardziej odważny protest prowadzi do więzienia. Jest sowiecka groteska - w hotelu Białoruś na każdym piętrze jest "etażnaja", która kontroluje klucze, a wokół stolika, gdzie piliśmy kawę z Sannikowem, krążyło, nie ukrywając ciekawości, dwóch łatwo rozpoznawalnych "turystów". Spór był o to, co Białoruś Łukaszenki przypomina bardziej: późnego Breżniewa czy Polskę po stanie wojennym? Ładna alternatywa.
Ładna, ale to ona właśnie neutralizuje większość społeczeństwa. Stąd nie przypadkowo na otwarcie konferencji w Mińsku wysunięte zostały te zasadnicze tezy "Kultury", które dotyczyły problematyki walki z sowietyzacją ducha, konformizmem, cenzurą i autocenzurą, krótko mówiąc, program obrony przed, żeby zacytować Miłosza, "zniewoleniem umysłów". Wstępny referat przypomniał więc, że walkę z dyktaturą trzeba wygrywać przede wszystkim na obszarze kultury, tam gdzie kształtują się poglądy i postawy ludzi, tak aby społeczeństwo poddane indoktrynacji nigdy nie uznało niewoli za stan normalny i trwały, żeby nigdy nie utraciło przekonania o wyższości wolnego świata. A zaczęto, i to też nie przypadek, od propozycji dyskusji nad credo "Kultury", tym mianowicie, że walce o wolność najbardziej zagraża bierność społeczeństwa. Wiadomo wszak, że to na zbiorowej dymisji społeczeństwa zbudowana jest władza tyrana. Tylko że na ten temat nikt na konferencji głosu nie zabrał. Dlaczego? Warto się nad tym zastanowić. W Mińsku. I gdzie indziej.
11:24, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
wtorek, 20 czerwca 2006
Warto bronić białoruskiego dyktatora przed Rosją?
Kiedy w marcu 1995 Aleksander Łukaszenko, prezydent Białorusi, odwiedził Brukselę, nawiązując swój pierwszy kontakt z Zachodem, największe wrażenie, jak mi sam powiedział, zrobiło na nim spotkanie z królem Belgów. 11 lat później jest inny król Belgów, Łukaszenko jest ten sam, ale z nowym suwerenem spotkać się nie może: ma zakaz wjazdu na terytorium Unii Europejskiej.
Ja mam zakaz wstępu na terytorium Federacji Rosyjskiej. Ale nie na terytorium Białorusi. Fachowcy w Mińsku się dziwili, przekonani, że właściwe służby Rosji i Białorusi pracują w porozumieniu, że Białorusini pilnują zarówno swojej, jak i rosyjskiej zachodniej granicy, i że mnie do Mińska wpuścić nie powinni byli. W ten sposób moja obecność na zorganizowanej tam przez Instytut Polski międzynarodowej konferencji w stulecie urodzin (tutaj) Jerzego Giedroycia stała się jako niezamierzony dowód suwerenności Białorusi jedną z osi prywatnych rozmów w kuluarach.
Główne hasło moich rozmówców to: "wszystko, nawet Łukaszenko, lepsze niż Rosja". Jeżeli bowiem jest zgoda na ewentualną integrację suwerennej Białorusi w organizm (to dobry interes) gospodarczy Rosji, to nikt, z Łukaszenką na czele, nie godzi się na "wejście w skład Federacji Rosyjskiej".
Każdy, to jasne, z innych powodów. Łukaszenko jako szef suwerennej Białorusi we wspólnocie ekonomicznej z Rosją zachowuje władzę bez gospodarczych zmartwień, jako szef jednej z guberni traci wszystko, władzę i przywileje. Dla opozycji demokratycznej włączenie Białorusi w państwo rosyjskie to koniec odradzania się wolnej tożsamości narodowej Białorusinów, którzy pragną demokracji i niepodległości, ale nadal między sobą piszą i mówią w większości po rosyjsku.
Jak uniknąć wpadnięcia w ramiona Putina, dla którego zdaniem moich rozmówców Białoruś stanowi ostatni po "utracie" Ukrainy i Gruzji dostępny kawałek posowieckiej ziemi, ostatnią, wymuszoną siłą czy szantażem gazowym, szansę "rekonkwisty", odbudowy imperium? Przesada? Dlaczego? Putin to przecież pierwszy posowiecki przywódca rosyjski, który otwarcie uznał, że rozpad ZSRR to "największa tragedia geopolityczna XX wieku".
Zachód, powiadają, powinien poważnie potraktować sprawę. Zdaniem demokratów w Mińsku odcięcie grupki białoruskich "nomenklaturszczyków" od podróży na Zachód czy blokada ich zachodnich (sprytnie ukrytych) kont bankowych jest w porządku, ale to folklor. Potrzebne są mocne kroki, a przede wszystkim prawdziwe sankcje gospodarcze. Proponują, aby zachodnie państwa poruszyły los uciskanej Białorusi na bliskim już spotkaniu potentatów z G7 z tym ósmym, to znaczy Putinem, już niedługo w Petersburgu.
Pomysł na pozór logiczny, mapa Europy jest rzekomo w grze. Tylko że to także jest folklor. Putin, silny własnością połowy światowego gazu, nie wzruszy się, odpowie konsumentom gazu tak jak wydawcom gazet z całego świata krytykującym dławienie wolności prasy w Rosji: "A ja jestem innego zdania".
Aleksander Milinkiewicz, szef opozycji białoruskiej, porównał imperialną groźbę rosyjską do anszlusu, czyli "wejścia" Austrii w skład hitlerowskiej Rzeszy w 1938 roku. Francuzi powiadają: porównanie to nie zawsze prawda. Owszem, ale ono tłumaczy, dlaczego być może będziemy musieli bronić Łukaszenki. Paradoks? Naturalnie. Historia to lubi.
09:57, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 czerwca 2006
Dlaczego Putin broni pomników?
Jeżeli, jak radzą mędrcy, gest ma być naprawdę symboliczny, to flagi nie należy palić, tylko ją wyprać. Z lekką parafrazą można tę myśl zastosować do losu pomnika żołnierzy sowieckich w Tallinie. Jest on symbolem pół wieku okupacji sowieckiej. Premier Andrus Ansip opowiedział się jednak nie za symbolicznym "wypraniem", czyli oczyszczeniem pomnika z antyrosyjskich "graffiti", a za rozebraniem go i przeniesieniem na cmentarz.
"Koniec II wojny światowej nie oznaczał dla Estonii końca okupacji. Jedna okupacja (sowiecka) zastąpiła poprzednią (niemiecką)" - powiedział Ansip. Estonia w czasie II wojny światowej, między 1941 a 1944 r. była okupowana przez hitlerowskie Niemcy, ale przedtem - w 1940 roku - i potem - w 1944 roku, została razem z Łotwą i Litwą anektowana i okupowana przez ZSRR.
Z estońskiego punktu widzenia premier Ansip ma więc rację. Pomnik jest nie tylko znakiem okropnych czasów dla Estonii, ale i obecnie jest punktem niebezpiecznych starć między Estończykami i rosyjską mniejszością (prawie 30 proc. ludności). Ze swojego rosyjskiego punktu widzenia rację ma także prezydent Putin. Moskwa broni nie tyle pomnika, co miejsca "wielkiej wojny ojczyźnianej" w historii obecnej Rosji.
Na tle ciemnej i krwawej historii stalinowskiego terroru ogromny - według Kremla - wyzwoleńczy wkład ZSRR w zwycięstwo nad Hitlerem w II wojnie światowej jest głównym rozdziałem historii współczesnej, do którego Putin może się odwołać w poszukiwaniu bohaterskich i szlachetnych odniesień dla nowego patriotyzmu rosyjskiego. Gdyby Putin zgodził się z tezą o sowieckiej okupacji Bałtów, to zawaliłaby się cała tak przez niego pieczołowicie montowana nowa historia rosyjska, jego "prawda polityczna".
Na prawdziwą wersję nie mógł się zgodzić przecież polityk, dla którego rozpad Związku Sowieckiego jest "największą geopolityczną tragedią XX wieku". Historia zaczęłaby się pruć jak stary sweter. Prawda o Bałtach pociągnęłaby za sobą prawdę o traktacie Ribbentrop-Mołotow, o 17 września, o imposturze komunizmu, o robienie z "sojuszników" państw satelitarnych.
Naturalnie politycy nie zawsze kłamią. Na przykład żaden z przywódców, z wyjątkiem prezydenta Iranu, nie kwestionuje dziś prawdy Holocaustu. Ale poza bezspornymi wyjątkami targi o prawdę trwają i trwać będą. Co więcej grożą i grozić będą konfliktami tak długo, jak o prawdzie historycznej decydować będą politycy, a nie niezależni historycy. Tak długo jak prawdę dekretować będą i dopasowywać do potrzeb chwili parlamenty i rządy.
Adam Michnik pisał (w "Gazecie Wyborczej" z 26 maja), że dla takich polityków "wiedza o przeszłości nie musi bezwzględnie służyć prawdzie, lecz ma pozostawać na usługach bieżących interesów politycznych". Z kolei Madeleine Rebérioux, historyk francuski, uważa, że "prawo nie może decydować o prawdzie. Sama istota prawdy historycznej wyklucza autorytet państwa. Przykład ZSRR powinien wystarczyć w tej dziedzinie". Przykład Rosji także. Kropkę nad i postawił już dawno Orwell, mówiąc, że "kto kontroluje przeszłość, kontroluje przyszłość". I o to w rzeczywistości niektórym politykom naprawdę chodzi.
11:03, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
wtorek, 06 czerwca 2006
Futbol: szkoła życia czy wojna bez karabinów
"Niektórzy sądzą, że piłka nożna to sprawa życia lub śmierci. Mogę was zapewnić, że jest to coś znacznie poważniejszego". Tak powiedział Bill Shankly, menedżer klubu Liverpool, jeszcze w 1981 r. Miał rację.
"Futbol to szkoła życia, samodyscypliny i poszanowania reguł" - stwierdził Sepp Blatter, szef światowej federacji piłkarskiej FIFA. Też ma rację.
"Uprawiany na serio, sport jest pełen zapiekłej zawiści, bestialstwa, sadyzmu i gwałtu, pogardy dla wszelkich reguł; to innymi słowy wojna bez karabinów". Tak uważał George Orwell. I on miał rację.
Futbol może być tym wszystkim. "Herald Tribune" obliczył, że miliard ludzi, czyli 15 proc. ludności świata, będzie śledzić przebieg mundialu. Pytanie jakiego: "szkoły życia" czy "wojny bez karabinów"?
Rację mają wszyscy, ale rację miał przede wszystkim Ryszard Kapuściński, którego zdaniem "piłka nożna jest trwałym składnikiem współczesnej cywilizacji". Forum Davos 2006 to potwierdziło, choć mało kto to zauważył. W tym roku przedstawiciele sportu po raz pierwszy pojawili się na w Davos, na równi z decydentami kształtującymi polityczną i gospodarczą przyszłość świata. I z taką samą pewnością siebie przekonywali ich - i nas - o uniwersalnych wartościach i możliwościach sportu w dziele porządkowania globu.
Rezultaty na razie nie są ewidentnie przekonujące, ale jak twierdzi Belg Jacques Rogge, prezes MKOl., duch sportowy (a więc i futbol) niesie mimo gangreny korupcji, dominacji pieniądza, narkodopingu, szalikowców itp. "spokój i pewien ład społeczny, pomoc w integracji mniejszości".
Mniejsza o wylew futbolowej poezji. Proza jest ważniejsza: sport, a zwłaszcza futbol, to dziś najbardziej przekonujący instrument mondializacji - ponadrasowe i ponadnarodowe esperanto. Nikt przecież ani nic nie przyniosło tyle sławy Brazylii co piłkarz Pele. To on zresztą, w czasie swojej pierwszej podróży zagranicznej, zauważył ze zdziwieniem, że w szkockiej drużynie nie było ani jednego czarnego gracza. Dziś np. we francuskiej bywa, że kolorowi stanowią większość.
W największych drużynach świata, Barcelonie czy Manchesterze United, najlepsi gracze są z zagranicy. Właścicielem angielskiej Chelsea jest rosyjski magnat, gubernator Czukotki. Menedżerem reprezentacji angielskiej jest Szwed, Japonii - Brazylijczyk. Nazwisko Ronaldinho jest dziś, choć to niebezpieczne, nieporównanie szerzej znane na świecie niż nazwisko prezydenta Iranu.
Niebezpieczne, bowiem sportu od polityki oddzielić się nie da. I znać warto oba nazwiska. Nieco naiwnie, ale za to powszechnie ciągle się sądzi, że występ pingpongistów amerykańskich w Chinach otworzył drogę Nixonowi do decydującej wizyty w Pekinie.
Jeżeli tak było, to czym może być, jeżeli do niego dojdzie, piłkarski mecz Iran - USA w Niemczech ? "Wojną bez karabinów", jak hokejowy final w 1968 r. w Pradze między Czechosłowacją a ZSRR lub mecz waterpolo Węgry - ZSRR na olimpiadzie w Melbourne w 1956 r., czy szkołą życia i poszanowania reguł oraz - jak marzy Kofi Annan - jednym z motorów pokonywania nędzy i zacofania.
Na razie udało się to nielicznym. Futbol rzeczywiście wyciągnął z biedy i zacofania Ronaldinho z Brazylii, Weaha z Liberii, Drogbę z Wybrzeża Kości Słoniowej czy Eto'o z Kamerunu. Kopiąc piłkę, oni już przeszli, mimo koloru skóry, do kategorii milionerów. Ich kraje jeszcze poczekają.
09:34, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »