RSS
wtorek, 12 czerwca 2007
List do Giedroycia

Szanowny Pan Henryk Giedroyc

Prezes Stowarzyszenia Instytut Literacki - Kultura

78600 Maisons-Laffitte


Czcigodny Prezesie i Drogi Henryku,

niewielu nas zostało, mam na myśli tych, których Jerzy Giedroyc określał jako "krąg Kultury". Dla nas, dla Ciebie w skali całego życia, dla mnie w sensie wspaniałej przygody dziennikarskiej "Kultura" ciągle stanowi niezbywalną część życiowej drogi.

Bądźmy jednak skromni. "Kultura", to prawda, odegrała ważną rolę w inspirowaniu antykonformistycznego myślenia polskiej inteligencji oderwanej przez dyktaturę od kontaktu ze światem i nawet po krachu komunizmu, choć w innym już wymiarze, ciągle była interesującym wektorem myślenia o Polsce i świecie. Ale choć naturalnie pamiętam z PRL, z jaką łapczywością rzucałem się, nielegalnie, na każdy (nie wszystkie dochodziły) numer "Kultury", to jest także jasne, że nigdy nie była ona artykułem masowego spożycia.

Wydawało nam się jednak, że poza spóźnionymi hołdami coś z dzieła Jerzego Giedroycia powinno pozostać nie tylko w encyklopediach, ale także w myśleniu Polaków, w szkołach i na uniwersytetach, to znaczy w wiedzy i pamięci przyszłych wykształciuchów i łże-elit, skazanych nie na emigrację, a na rządzenie Polską w niedalekiej przyszłości.

Tak się nie stało. W "Kulturze" nie mieliśmy złudzeń, ale stan obecny jest gorszy niż przewidywali najwięksi pesymiści. Mało który młody Polak wie naprawdę coś ważnego o Giedroyciu i jego "Kulturze", nie mówiąc już o lekturze któregoś z jej wydawnictw. "Kultura" powoli uchodzi ze świadomości Polaków, jej posłanie przestaje przeszkadzać politycznej poprawności.

Piszę dziś o tym, albowiem dowiedziałem się z prasy, że polskie Ministerstwo Edukacji Narodowej zaproponowało nowy kanon lektur szkolnych bez Gombrowicza, Kafki, Goethego, Dostojewskiego, Witkacego, Conrada i Herlinga-Grudzińskiego. Przeczytałem także, że po opublikowaniu nowego spisu lektur, artyści, naukowcy oraz księgarze wystąpili z bardzo ostrymi protestami. Jedni uważają (cytuję za prasą), że "indeks wicepremiera przynosi wstyd i hańbę polskiemu społeczeństwu i rządowi". Inni, że "wycofanie tak wielkich nazwisk z kanonu lektur plasuje Polskę poza Europą". Jeszcze inni, że "MEN zabija dziedzictwo kulturowe" i że Conrada zastąpił, o Boże... Dobraczyńskim.

Nie chcę zabierać głosu w tej debacie z innej epoki. Chcę tylko zwrócić Twoją uwagę na szansę, jaką tak pomyślany proceder stwarza dla naszej zapomnianej "Kultury". Okazuje się mianowicie, że wiele księgarń i antykwariatów znając pasję Polaków dla lektur zakazanych postanowiło skorzystać z okazji i wprowadziło promocję na książki z "indeksu Giertycha".

Są tacy, którzy robią specjalne wystawy, a niektórzy posuwają się do wieszania w oknach klepsydr pogrzebowych z tytułami wyrzuconych lektur. Oraz - i to wydaje mi się najważniejsze - że sprzedaż tytułów wyrzuconych poważnie wzrosła.

Stąd mój pomysł, abyś dziś, kiedy uprzedzenia endeckie, klerykalne, nacjonalistyczne i antysemickie bywają w Polsce silniejsze od wielkości wyzwań XXI wieku, zwrócił się do Wicepremiera z podwójną propozycją. Aby zechciał on, w pierwszym rzucie, wprowadzić lekturę "Kultury" i jej wydawnictw do kanonu, a potem, w drugim rzucie, je z tego kanonu z hukiem wyrzucić.

Może tą drogą, tak jak kiedyś, kiedy szmuglowana przez Tatry czy zrzucana z baloników "Kultura" była rozrywana przez czytelników, dziś znowu wróci do dawnej świetności. Do czytelników i do ich świadomości. Tak, aby potrafili - żeby użyć słynnego tytułu Stempowskiego właśnie z "Kultury" - stawić czoła "historii spuszczonej z łańcucha".

11:26, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
środa, 06 czerwca 2007
Z Mengele na sztandarach

To nasi polscy Żydzi dali w d... sowieckim Arabom! - taki okrzyk zwycięstwa poszedł przez Polskę w czerwcu 1967 r. I antysemici i antykomuniści, a więc przytłaczająca część narodu, entuzjastycznie powitali błyskawiczne zwycięstwo Izraela w wojnie sześciodniowej. Historycznie i logicznie hasło było uzasadnione. Spora liczba oficerów wojska izraelskiego pochodziła z Polski, prawie cała broń egipska pochodziła z krajów komunistycznych.

Wyjaśnienia należy szukać w imperialnej strategii ZSRR. To jeszcze Stalin założył, że powstające w 1948 roku państwo żydowskie na pewno będzie lewicowe, przyczyni się więc do osłabienia imperium brytyjskiego i - co za tym idzie - do wzmocnienia wpływów sowieckich na Bliskim Wschodzie.

Moskwa, chociaż swoich syjonistów mordowała, poinformowała więc Warszawę i Pragę, że mogą i powinny wesprzeć zrywający brytyjskie pęta ruch syjonistyczny, wysłać z Polski do Palestyny możliwie dyskretnie pewną liczbę oficerów Żydów - było ich sporo w armii Berlinga - a z Czechosłowacji (taka była jej specjalność) spore zapasy broni.

No i, hadko pomyśleć, Stalin się pomylił. Historia i Izrael zdecydowali inaczej. W 1967 roku reakcje były na miarę tej pomyłki. Moskwa i satelici zerwali dyplomatyczne stosunki z Izraelem. Tylko Rumunia odmówiła, a Ceaucescu, bałkanoidalny stalinek, pokazał, że można było się Moskwie w określonych warunkach przeciwstawić.

Polska też się wyróżniła, ale zupełnie inaczej. Najogólniej mówiąc, informacje o powszechnym proizraelskim entuzjazmie Polaków rozwścieczyły Moskwę, a Gomułkę wprowadziły w stan skrajnego szaleństwa. Od razu, jeszcze w czerwcu, zadenuncjował polskich Żydów jako piątą kolumnę, po czym spuścił z łańcucha szakale Moczara i po haniebnej kampanii antysemickiej znanej pod eufemizmem "wydarzeń marcowych 1968", wypchnął z Polski resztki Żydów. Tych, którzy pozostali w nadwiślańskim kraju po wszystkich, mówiąc symbolicznie, Kielcach, to znaczy tych najbardziej zasymilowanych, najbardziej naiwnie upartych w rewindykowaniu ich polskości.

Prywatnie zaś biorąc, mój życiorys też się skomplikował. "Piątej kolumny" nie zdzierżyłem i wykrzyknąłem nieostrożnie na korytarzu redakcji "Życia Warszawy", że to skandal, bo hasło jest rodem z faszyzmu. Reszta była już tylko kwestią czasu...

Wszystko poszło szybko, byłem chyba pierwszym, długo przed marcem 1968, wyrzuconym na "ozdrowieńczej fali gniewu narodu" pod pretekstem "ideologicznego zatruwania redakcji". Kiedy więc nadszedł marzec, ja już byłem "po sezonie". I w oczekiwaniu na dokument podroży w jednym kierunku, na walizkach.

Ruszył wtedy, skromny liczbowo, ale ważny, bo ostatni, exodus w Europie. Historia, która lubi paradoksy, nasunęła wówczas wniosek podwójny. Ten, po pierwsze, że był złudzeniem pogląd, iż po wymordowaniu przez hitlerowców prawie całej trzymilionowej masy Żydów polskich antysemityzm w tym kraju na zawsze zniknie. Okazało się, że aby antysemityzm się odrodził, wystarczy garstka Żydów, jaka ocalała z hitlerowskiego piekła.

I aby dziś, z doktorem Mengele na sztandarach, w towarzystwie Dawida Irvinga i z ONR w pierwszym szeregu, ciągle jego widmo po Polsce krążyło. I ten po drugie, że wystarczyło sześć dni na piaskach Synaju, aby rykoszetem położyć kres tysiącu lat obecności Żydów nad Wisłą.

Polscy Żydzi rozpłynęli się po świecie. Część w Izraelu, inni w Skandynawii czy USA. A niektórzy w Belgii...

09:07, leopold.unger
Link Komentarze (1) »