RSS
środa, 25 czerwca 2008
Zdrajcy i bohaterowie


Brzeziński uznał Kuklińskiego za pierwszego polskiego oficera w NATO. Inni, także ci, którzy nienawidzili komunistów, ciągle uważają, że szpiegostwo, nawet patriotyczne, bo nie dla pieniędzy, stanowi czyn niegodny. Dla nich Kukliński był może bohaterem Ameryki, ale w Polsce był zdrajcą.

Ceremonia była krótka. W czeskiej ambasadzie w Waszyngtonie, jak donosi "NY Times", premier Mirek Topolanek odznaczył - w imieniu własnym, co zaznaczono w komunikacie - Józefa Masina.


Na pozór drobiazg, ale - jak wiadomo z polskiej kroniki prezydenckiej - odznaczenia mogą kryć niespodzianki. Dlaczego w imieniu własnym premiera, a nie państwa czeskiego? Kto to jest Józef Masin, dla którego premier musiał pokonać Atlantyk?

Józef Masin i jego brat Ctirad żyją w USA. Synowie pułkownika rozstrzelanego przez hitlerowców, nie chcieli żyć pod dyktaturą komunistyczną. W 1953 r. zdobyli broń i przedarli się do Berlina Zachodniego. Szli lasami przez NRD w piątkę, z trójką przyjaciół, a uciekając przed pościgiem zabili dwóch Czechów i trzech żołnierzy z NRD. Bracia do Berlina doszli, pozostała trójka została schwytana i skazana na śmierć.

Dramat, jakich wiele w historii ucieczek zza muru. Dlaczego jednak premier odznaczał Masina tylko w imieniu własnym? Dlatego, że w 1988 r. sąd w Pradze, choć umorzył sprawę Masina jako przedawnioną, to w wyroku nie odniósł się do kwestii, czy chodziło o akt oporu, czy o zdradę. To pytanie do dziś dzieli społeczeństwo, dla jednych bracia są bohaterami, dla innych zdrajcami.

Takie pytanie dzieli, jak wiemy, nie tylko Czechów. Ryszard Kukliński, pułkownik ze sztabu gen. Jaruzelskiego, przez 10 lat pracował dla CIA i przekazał Ameryce m.in. plany użycia przez ZSRR broni jądrowej w wojnie z Zachodem oraz szczegóły przygotowań stanu wojennego w grudniu 1981 r.

Zbigniew Brzeziński uznał Kuklińskiego za pierwszego polskiego oficera w NATO. Ale inni, także tacy, którzy nienawidzili komunistów, ciągle uważają, że szpiegostwo, nawet patriotyczne, bo nie dla pieniędzy, stanowi czyn niegodny. Dla nich Kukliński był może bohaterem Ameryki, ale w Polsce był zdrajcą. Jego sprawa także nadal budzi emocje.

No a Klaus, Graf von Stauffenberg, pułkownik Wehrmachtu, uczestnik zamachu na Hitlera? Stracony jako zdrajca przez nazistów, dziś w Niemczech uznany za bohatera i symbol, skromnego ale jednak ruchu oporu przeciw Hitlerowi. Ale nie przez wszystkich Niemców

Bohater czy zdrajca, bohaterstwo czy zdrada? Akt odwagi czy dowód słabości? Kwestie, powiadają znawcy, względne. Odpowiedź na te pytania jest, nawet po pół wieku, niełatwa, zależy od miejsca, epoki, świadków, historyków i punktu siedzenia.

Czasem ta względność rodzi się ze zżerającej wszystko ambicji, z chęci zemsty, czasem jednak stawia także pytania pod adresem Historii, tej przez duże H, z najwyższej półki.

Odmawiając posłuszeństwa wobec państwa uznanego za wrogie, inaczej mówiąc, w jakiś sposób popełniając zdradę, niektórzy stawali się bohaterami, bo taki opór jest z reguły heroizmem. Ratując Żydów Irena Sendler była bohaterka, nie zdradzając nikogo, bo to nie było jej państwo. Ale konsulowie portugalski de Souza czy japoński Sugihara, wydając Żydom wizy wbrew rozkazom ich rządów, zdradzali swoje państwo i czasem drogo za to płacili.

Jednak to tacy jak oni, potępieni przez ich własne środowisko, ratowali, jak mówi Talmud, świat i zmieniali bieg historii. Albowiem, powiada filozof, wszystko jest względne z wyjątkiem nieskończoności. 

09:03, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 czerwca 2008
Spisek Bolków

"Zbieraj kamienie, jakie na ciebie rzucają. To początek budowy twojego piedestału". Belgijski "Le Soir" musiał sięgnąć aż do aforyzmu Hectora Berlioza, kompozytora niegdyś także przez krytyków kamienowanego, by podjąć, właściwie beznadziejną, próbę wytłumaczenia zachodniemu czytelnikowi "afery Wałęsy".

Beznadziejną, bo przecież niełatwo jest przekonać czytelników zachodnich, że Wałęsa, którego legenda ciągle tutaj ludzi fascynuje, był osią spisku komunistycznego, dzięki któremu z komunizmu wyszła Polska, a za nią cała strefa sowiecka.

To, że w Polsce toczy się surrealistyczna debata wokół książki jeszcze niewydanej, nikogo nie zdumiewa. Takie operacje są tutaj na porządku dziennym i mają na ogół nie merytoryczny, ale zwyczajnie reklamowy charakter.

Kiedy jednak do takiej dyskusji „w ciemno” tutaj dochodzi, to - zwłaszcza w oskarżycielskich personalnych sprawach - drukowane są bonnes feuilles, czyli charakterystyczne fragmenty zapowiedzianej książki. W Polsce przecieki książki o „Bolku” kursują i dyskusja się toczy, ale żadnej próbki nie ma.

Ważniejsze, że nikt, kogo to obchodzi, nie może pojąć, iż Okrągły Stół, symbol ogromnego przełomu (bez gwałtu i bez zachodnich kosztów) w układzie sił w Europie, mógł być skutkiem nie ogromnych drgań historii, działania ludzi, którzy z nich właściwe wnioski wysnuli i właściwe decyzje podjęli, ale spisku "Bolków", jaczejki współpracowników tajnej politycznej policji komunistycznej, z "Bolkiem" jako ważnym ogniwem w łańcuchu misternej konspiracji.

Zdziwienie jest tym większe, że Wałęsa jest przecież jedyną dziś symboliczną, budzącą sympatię i zaufanie (zwłaszcza po szoku niedawnych dwóch lat) twarzą Polski na świecie. Kto i jaki, pytają, ma interes, by raczej ubogi w autorytety wizerunek Polski na świecie tak lekkomyślnie deprecjonować?

Chłopak ze wsi, Wałęsa, coś tam rzekomo podpisał. Tutaj nikt nie potrafi usunąć z pamięci i wyobraźni obrazu robola na czele 10 mln ludzi "Solidarności", nieugiętego wobec presji junty generałów, laureata Nobla, symbolu przewracanych murów i rozpadu wielkiego imperium.

Mitterrand był urzędnikiem kolaboranckiego Vichy, zanim dołączył do ruchu oporu, kontynuował po wojnie przyjaźń z byłym dygnitarzem policji Petaina, miał nieślubne dziecko i kłamał na temat swojej nieuleczalnej choroby. A potem był także przez 14 lat prezydentem Francji.

Złe stosunki między prezydentem a premierem też nie są specjalnością Polski. Sarkozy i Fillon czy Chirac i Mitterrand się nie ubóstwiali, ale kiedy Lech Kaczyński mówi, że Wałęsa był agentem, to żaden następca Mitterranda nie mówił o byłym prezydencie "kolaborant".

Zdaniem premiera Donalda Tuska prezydent Kaczyński powinien się wstydzić swoich słów o Lechu Wałęsie. Na to najbliższy człowiek prezydenta, sekretarz stanu Michał Kamiński odpowiada, sięgając aż do Inków, że "ponieważ Tusk dobrze zna historię tamtych czasów w Gdańsku, to jego wypowiedź określę jako Machu Picchu hipokryzji".

Taka wymiana serdeczności nie narusza ogromnej popularności Wałęsy w świecie, ale osłabia autorytet państwa, który w takie międzynarodowe atuty przesadnie bogaty nie jest. Ci, których to interesuje, czekają z niecierpliwością na ciąg dalszy. Wiedzą, że piedestał dla Wałęsy niektórzy może i chętnie by pomogli budować, ale po jego śmierci. Poczekają. Powinni pamiętać, że jak powiadają Francuzi, zemsta to danie, które się spożywa na zimno. A Wałęsa, jak widać, ciągle parzy.
15:18, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 czerwca 2008
Co łączy Jerzego Giedroycia i François Fejtö

Dwóch starszych ode mnie (a to nie takie łatwe) panów, każdy w innym wymiarze, ale na wspólnej fali, naznaczyło 40 ostatnich lat mojego dziennikarstwa. O roli i miejscu Jerzego Giedroycia i jego "Kultury" zwanej paryską, choć była najbardziej polska ze wszystkich, nie trzeba się tutaj rozwodzić. O roli i miejscu François, a właściwie Ferenca Fejtö, warto i trzeba kilka słów powiedzieć. Dlaczego o obu panach razem?

Po pierwsze dlatego, bo obaj żyli bardzo długo. Giedroyc umarł, mając lat 95, Fejtö jeszcze "lepiej", bo odszedł cicho kilka dni temu w wieku lat 98. Po drugie dlatego, bo obaj, choć się bardzo rzadko spotykali, a w późniejszej fazie ich życia w ogóle nie, to się cenili (Fejtö drukował w "Kulturze").

Wreszcie, żyli nie tylko długo, ale i, z punktu widzenia ludzkości, bardzo pożytecznie. I Giedroyc, i Fejtö równolegle: w tym samym okresie, w tym samym miejscu - bo w Paryżu, robili to samo: otwierali głowy i oczy swych współczesnych na rzeczywistość świata, na zagrożenia i wyzwania ich epoki oraz na szanse im sprostania. To, co Giedroyc, z lepszym lub gorszym skutkiem, robił na użytek Polaków, to Fejtö robił na użytek Zachodu i także z lepszym lub gorszym skutkiem.

Fejtö, mało w Polsce czytany, był uznanym autorytetem w dziedzinie historii współczesnej, a dokładniej - w analizie zygzaków polityki krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Węgier z urodzenia, emigrant we Francji od 1938 roku, Fejtö, historyk, filozof, pisarz i publicysta, był doskonałym produktem "Mittel-Europy" Habsburgów - przeżył, przemyślał i przekazał milionom zachodnich czytelników wszystkie fazy i powikłania historii wielonarodowego imperium, od Franciszka Józefa i mordu w Sarajewie po koniec Jugosławii. Wydał mnóstwo książek, szeroko tłumaczonych, znał wszystkich, był prawdziwym guru politologów, wiarygodnym świadkiem wieku niszczących ideologii i nacjonalizmów. To on pierwszy, przy wściekłym ujadaniu potężnych wówczas francuskich komunistów i nieukrywanej nieufności otumanionej części intelektualistów, ujawnił na zachodzie prawdę o dramacie Laszla Rajka, węgierskiego komunisty, ofiary stalinizmu, a przy okazji cały mechanizm stalinowskiego systemu. "Egzekucja Rajka - pisał - to komunistyczna sprawa Dreyfusa", ale prawicowa gazeta zgodziła się to wydrukować tylko z zastrzeżeniem, że "twierdzeń autora nie byliśmy w stanie sprawdzić". Z prawdą więc przedzierać się musiał, nie bez porażek, przez środowisko francuskich poputczyków tej klasy co (do czasu) Sartre czy komunistów (do końca) jak Aragon. Wychował kilka pokoleń specjalistów od Europy Środkowej. I rzesze świadomych obywateli Europy.

Mam wobec François Fejtö dług osobisty. Kiedy 40 lat temu zaczynałem drukować w prasie zachodniej, miałem na biurku, pod ręką, jego dwutomową "Historię demokracji ludowych". Nie było wtedy internetu. Fejtö był moim Googlem. Bez niego nie dałbym rady. Kiedy mnie zaczął czytać w dużych gazetach, najpierw się zdziwił, a potem, kiedy mnie poznał, zachęcał i w końcu zrozumiał: ja przecież także z mittel-europejskiego, galicyjskiego Lwowa. Prof. Jacek Purchla, dyrektor Międzynarodowego Centrum Kultury w Krakowie, polskiej świątyni mittel-europejskiej, powinien zorganizować konferencję o Ferencu Fejtö. O ostatnim habsburskim Europejczyku w Europie. O historyku, który nie przestawał aż do końca głosić, że proces rozumienia Europy należy zaczynać od '48 roku. I precyzował: nie, nie od 1948 roku, czyli puczu komunistycznego, a od roku 1848, czyli od Wiosny Ludów.
16:11, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 czerwca 2008
Jak ratować system


Można ciągle aresztować dysydentów, tłumić wrogów ustroju i kneblować słowo, ale że na glebie ludzkiego nieszczęścia czy ludzkiej trwogi wobec autorytarnej władzy rodzić się będzie społeczność i solidarność obywatelska, a wraz z nimi nowe aspiracje i nowe żądania społeczne i polityczne.

26 kwietnia 1986 r. wybuchł reaktor nr 4 elektrowni atomowej w Czarnobylu na sowieckiej Ukrainie. Była to, jak się okaże, największa do dziś cywilna katastrofa atomowa. Jej skutki są znane, wniosek także.

Wraz z reaktorem w Czarnobylu wybuchł sowietyzm. Bezradność władzy komunistycznej wobec katastrofy ujawniła wszystkie wady systemu: kult tajemnicy i kłamstwa, paraliż i bezkarność aparatu, pogardę dla ludzkiego życia. Chmura radioaktywna kpiąc z żelaznej kurtyny zawisła nad sporą częścią ZSRR i Europy.

Gorbaczow zrozumiał, że z zakneblowanym społeczeństwem niczego nie zbuduje, głasnost otworzyła ludziom usta, dała początek obywatelskiej świadomości i jej aspiracjom. To w Czarnobylu Rosja zaczęła swój pochód w XXI wiek.

Takie podejście do roli Czarnobyla w historii jest dziś wyjątkowo popularne. Wielu komentatorów posługuje się nim jako kluczem do analizy i oceny wyzwania, wobec którego stanęły trzy kraje o ustroju mającym w różnym stopniu cechy, jakie sprawiły, że w obliczu katastrofy o podobnej skali jak w Czarnobylu system sowiecki się załamał. Chodzi naturalnie o Chiny po trzęsieniu ziemi, Birmę po powodzi, no i Kubę po odejściu Fidela Castro.

Ta tendencja jest kusząca, ale uzasadniona tylko do pewnego stopnia. Rok 2008 to nie rok 1986. Każdy z tych krajów podszedł do swojej katastrofy inaczej. Kapitalistyczno-komunistyczne Chiny - elastyczny, bezideowy reżim w rękach technokratów w pełnym sprincie gospodarczym - liczą już dni do otwarcia igrzysk, świętej sprawy, której sukces ma symbolizować akces do klubu superpotęg. Pekin bardzo szybko zrozumiał, że świat wszystko widzi, że musi się przed tym światem otworzyć, zadbać o ofiary i o wizerunek.

Tępa dyktatura wojskowa, która dławi wynędzniałą Birmę, ciągle opiera się oburzeniu świata, ale także musiała nieco świeżego powietrza wpuścić. Wreszcie Kuba, gdzie kilka pokoleń innego przywódcy niż Fidel nie znało, zaczęła w oparciu o wojsko bardzo łagodnie, ale jednak, zmieniać anachroniczne rygory rujnujące kraj i ludzi.

Można więc powiedzieć, że w jakimś stopniu i każde inaczej, te trzy państwa potrafiły, za cenę widocznych koncesji, ale bez ryzyka całkowitego rozpadu, swój system uratować. Ale można też założyć, że, historycznie biorąc, to ratunek na krótką metę.

Że dynamika tych trzech specyficznych głasnosti może być hamowana, ale jest nie do powstrzymania. Że można naturalnie ciągle aresztować dysydentów, tłumić wrogów ustroju i kneblować słowo, ale że na glebie ludzkiego nieszczęścia czy ludzkiej trwogi wobec autorytarnej władzy rodzić się będzie społeczność i solidarność obywatelska, a wraz z nimi nowe aspiracje i nowe żądania społeczne i polityczne.

Do czego ten proces doprowadzi, jaka będzie reakcja "grup trzymających władzę"? Bądźmy ostrożni. Przepowiednie zawsze są ryzykowne, powiada humorysta, zwłaszcza kiedy dotyczą przyszłości.

26 kwietnia 1986 r. nikt nie przewidział do czego doprowadzi wybuch w Czarnobylu. A przecież, cokolwiek złego czy dobrego można powiedzieć o Putinie i jego modelu władzy, to dzisiejsza Rosja jednak bardzo się różni od Rosji carów czy bolszewików. Czy to dla nas gorzej czy lepiej, tylko przyszłość pokaże, ale warto się przygotować na obie ewentualności. Nie zapominając, że rację na ogół mają pesymiści.

14:50, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 czerwca 2008
Czas Rosji

Pół wieku temu Frank Sinatra miał szlagier "My way", czyli "Po mojemu". Sergieja Biełokoniewa jeszcze wtedy nie było na świecie, ale ten swieżutki deputowany do Dumy, uważa, jak Sinatra, że rozwój Rosji zakłada "swoją drogę", że idąc "po swojemu" Rosja, położona ani na Wschodzie, ani na Zachodzie, dobije niedługo do grona pięciu najbogatszych krajów świata.

Bardziej doświadczony przewodniczący sesji czwartego już Forum Europa-Rosja (tym razem w Rzymie), pogratulował deputowanemu młodzieńczego optymizmu i przeszedł do rzeczy poważniejszych: szukania odpowiedzi na pytanie "Partnerstwo czy konfrontacja?" z Rosją w takich dziedzinach, jak handel, energia, polityka i bezpieczeństwo, wartości, itd.

Omówić przeładowanego programu Forum się nie da. Ale wyjechać z Rzymu zupełnie bez wrażeń też nie można. Uderzał sceptycyzm. Wzajemny. Cierpliwości! - wołali niektórzy. Na rozszyfrowanie tajemnicy pary Putin-Miedwiediew jest naturalnie za wcześnie. Wróżenie z foteli jakie obaj zajmują, jak kiedyś z kolejności wchodzenia na mauzoleum Lenina, nie ma sensu.

Zamiast więc ryzykownej sondy w przyszłość, ktoś z Rosjan sprytnie, w 10 punktach, zbilansował przeszłość, czyli lata Putina: 6 punktów (np. stabilne państwo, bogactwo, duma mocarstwowa) zaliczył na plus, 4 na minus i zaproponował udzielenie Rosji absolutorium.

Pudło. Te cztery minusy dotyczyły bowiem takich drobiazgów jak brak państwa prawa, kontrola mediów i sądownictwa, gwałcenie praw człowieka i rdzy korupcji, oraz punktu dodanego z sali: ciszy nad Czeczenią. Ktoś inny podsumował złośliwie: tu chodzi nie o europeizację Rosji, a o rusyfikację Europy. Absolutorium nie było.

Uderzała też skala nieporozumień. Inaczej niż młody deputowany, Forum nie miało wątpliwości: Rosja jest w Europie. Pytanie: w jakiej Europie? Mówiącej jednym głosem? Naturalnie, nie, odwrotnie. Rosja wie czego chce. I dlaczego.

Nadszedł - oznajmił pewien uczestnik z Moskwy - czas Rosji. No i dokonał cudu: sprawił, że zmartwychwstał Rumsfeld i jego hipoteza Europy starej i nowej. Przy czym ta nowa, chora rzekomo na rusofobię, przeszkadza w dogadaniu się Rosji z Europą, najlepiej na zasadzie rozmów w cztery oczy z każdym z 27 państw UE, nowych i - lepiej - starych, oddzielnie.

Przedstawiona właśnie w Brukseli przez min. Sikorskiego inicjatywa Wschodniego Partnerstwa, umocni przekonanie Rosji o perfidii jej zachodnich sąsiadów. Pomieszanie pojęć, nazwijmy to delikatnie, sięga daleko. Ktoś z Rosjan porównał przyjazne dzisiaj, mimo trudnej przeszłości, stosunki Finlandii z Rosją do mniej sympatycznego stanowiska Polski. Musiałem mu łagodnie wytłumaczyć, jaka jest różnica między finlandyzacją i sowietyzacją.

Czy jednak oznacza to, że taki trzydniowy "dialog głuchych" nie ma sensu? Odwrotnie. Spotkanie głuchych, ale kompetentnych zawsze ma sens. Wpływu na decyzje polityków nie mają (czasem to i lepiej), ale ustalają stan rzeczy, formułują konkretne sprawy możliwe do załatwienia i pozwalają rozmowę toczyć nadal.

Dowód? Polskie Forum Krynickie. Eksportuje się ono coraz lepiej i pokazuje się w coraz lepszym towarzystwie. Było w Kijowie i Wilnie, niedawno we Wiedniu, a teraz, wraz z mediolańskim Instytutem Spraw Międzynarodowych zorganizowało nowe, można powiedzieć, Forum Romanum. Z lepszym skutkiem? Zobaczymy, taka inwestycja jest zawsze niepewna, ale warta ryzyka.

Jeden z paneli nosił niezamierzenie chyba leninowski tytuł: "Kto kogo zdradził: Rosja Europę, czy Europa Rosję?". Poczułem dreszcze. Ktoś spytał, co złagodziłoby moje strachy. Odpowiedziałem: wolność dla Chodorkowskiego. Marzyciel?
11:46, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 czerwca 2008
Książki na stosie

"Nie ma książek tak złych, aby nie można się było z nich czegoś nauczyć". Nie wiem, czy dominikanin Girolamo Savonarola, który w 1497 r. zapalił we Florencji pierwsze autodafe, znał ten aforyzm Pliniusza (Starszego). Ale to właśnie ze strachu przed trującym opadem czytania ten fanatyczny mnich rzucił i zrealizował hasło palenia książek uznanych przez niego i inkwizycję za pogańskie, bluźniercze i amoralne.

Naziści, którzy lepiej znali "Mein Kampf" niż starożytnych filozofów, udoskonalili inkwizycję. Pierwsze hitlerowskie autodafe oświetliło Berlin 10 maja 1933 r., uruchomiło następne, które z entuzjazmem puszczały z ogniem książki Brechta, Feuchtwangera, Freuda, Marksa czy obu Zweigów

Jakich książek obawia się zachodnia skrajna lewica wspólnie z grupami propalestyńskimi, rzucając na znak protestu przeciw zaproszeniu Izraela w charakterze gościa honorowego hasło bojkotu dwóch kolejnych, bardzo prestiżowych salonów książki w Paryżu i Turynie? W obu miastach hasło skończyło się pudłem, a podejmując setki tysięcy zwiedzających, oba salony potrafiły się obronić przed niesalonowymi gośćmi i godnie uhonorować nie tyle Izrael obchodzący właśnie swoje 60. urodziny, co - jak powiedział wielki rabin Turynu - 4 tys. lat istnienia "narodu Książki".

Pojawienie się tych "Savonaroli XXI wieku" warte jest jednak chwili refleksji. Po pierwsze, bojkot, zwłaszcza w dziedzinie ducha, jest zawsze błędem, albowiem uniemożliwia dialog i jedyną nieraz możliwą platformę wymiany poglądów. Bywają sytuacje, w których innej takiej platformy, poza duchem, to znaczy intelektualistami i artystami, w ogóle nie ma.

Dlatego pisarze nie powinni być utożsamiani z państwami, których są obywatelami, pisarz angażuje bowiem tylko siebie samego. Pomysł bojkotu pisarzy i książek Izraela, którego polityka, jak każdego innego państwa demokratycznego, może być, powinna i jest poddana krytyce i ocenie, i to przede wszystkim przez swoich obywateli, jest przy tym wyjątkowo głupi (albo perfidny), albowiem wśród izraelskich twórców obecni byli m.in. Abraham Yehoshua, David Grossman, Amos Oz czy Aaron Appelfeld, zwolennicy dialogu i pokoju z Palestyńczykami.

W skrócie powiedziałbym, że bojkot żydowskich książek w Paryżu czy Turynie (w Warszawie chyba nawet nie próbowano) tyle przyniósł korzyści sprawie Palestyny co - z zachowaniem wszystkich proporcji - masakra żydowskich atletów w 1972 r. na olimpiadzie w Monachium.

Druga uwaga jest bardzo osobista. Nikt, wydaje mi się, nie wołał o bojkot Filipa Rotha czy Normana Mailera z powodu amerykańskiej wojny w Wietnamie ani Sartre'a czy Camusa po francuskich okrucieństwach w Algierii, ani Cervantesa z powodu Franco, ani, cóż za paradoks, nikt rozumny nie wołał o bojkot książek Manna czy Zweiga z powodu zbrodni niemieckich.

Dlatego, w moim odczuciu, takie wyróżnienie Izraela wydaje bardzo podejrzany odór rasizmu i antysemityzmu. Skojarzenie w jednym zdaniu takich słów jak "bojkot", "książka" i "Żyd" przywołuje niedobre obrazy z mojej przeszłości niemające nic wspólnego ze sprawą Palestyny, a przypominające hitlerowskie autodafe. Przywraca i ożywia pamięć o czasach, kiedy najpierw bojkotowano Żydów, następnie palono ich książki, a potem palono ich autorów i czytelników.

Tam, powiedział Heinrich Heine na długo przed epoką pieców, gdzie palone są książki, tam będzie się palić także ludzi. Od siebie dodam - nie tylko Żydów.
11:16, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 czerwca 2008
Dokąd zmierza świat

Najtrudniej, powiedział mędrzec, jest przewidywać przeszłość. Nieprawda. Równie trudno albo i trudniej jest przewidywać przyszłość.

15 lat temu amerykański socjolog Robert Jervis wyliczył osiem przyczyn bezradności uczonych z końca XX w. w trafnym prognozowaniu rozwoju świata. Wszystkie można przeczytać w tekście prof. Adama Daniela Rotfelda otwierającym 600-stronicowy zbiorowy tom pod tytułem "Dokąd zmierza świat?" wydany przez Polski Instytut Spraw Międzynarodowych (PISM).

Tom zawiera kilkadziesiąt prac polskich naukowców, specjalistów w dziedzinach, bez znajomości których nie da się prawidłowo ocenić stanu stosunków międzynarodowych, nie mówiąc już o próbie zapowiedzi ich ewolucji.

Rotfeld nie twierdzi, że zna odpowiedź na zadane w tytule pytanie. Odwrotnie. Były polski minister spraw zagranicznych i były dyrektor SIPRI, sławnego think-tanku w Sztokholmie, ostrożnie przypomina, że "żaden z niezliczonych ośrodków sowietologicznych na Zachodzie nie przewidział upadku Związku Radzieckiego w XX w.".

Dodam, że bywało wprost przeciwnie. Pamiętam, jak pewien amerykański trust mózgów oznajmił, że ZSRR jest i będzie stałym, nie do pominięcia czynnikiem sytuacji międzynarodowej. A był już chyba rok 1985 i był już Gorbaczow.

Publicystom, mniej związanym rygorami nauki, było łatwiej przewidywać i niektórym dojść do ryzykownego, ale, jak się okaże, trafnego wniosku, że totalna niezdolność państwa sowieckiego stawienia czoła katastrofie w Czarnobylu w roku 1986 oznajmiła początek szybkiego końca "stałego" ZSRR.

Chociaż autorzy na ogół związani z PISM-em zastrzegają się, że nie formułują "prognozy czy też wizji rozwoju świata", to niektóre zapowiedzi jednak ryzykują. Rotfeld np. zakłada, że w roku 2025 Unia Europejska będzie jednym z najbogatszych i najbezpieczniejszych obszarów świata i że ta Unia, i Polska razem z nią, odgrywać będzie zasadniczą rolę w systemie międzynarodowym.

Aby tak było - to już ode mnie - trzeba się o to mocno starać i zamiast marnować czas w zbędnych i błędnych, prowincjonalnych i anachronicznych awanturach polsko-polskich, uczestniczyć jako dojrzałe państwo w wypracowaniu europejskiej riposty na zagrożenia, jakie osiągnięciu tej nirwany mogą i będą przeszkadzać. Chodzi o to, by sformułować to bardziej konkretnie, na przykład o napięcia między państwami prawa i demokracji z jednej strony, a agresywnym fundamentalizmem religijnym czy autokratycznym z drugiej.

Jasne, praca zbiorowa, gdzie wszyscy autorzy są profesorami i doktorami z reguły habilitowanymi (co wychodzi z mody, ale jednak jest pewną gwarancją powagi), wymaga i warta jest poważnego omówienia, a nie tylko dziennikarskiego sygnału.

To powiedziawszy, na pytanie "Dokąd zmierza świat?" książka sugeruje tylko jedną wiarygodną odpowiedź, tę mianowicie, że świat zmierza w złym kierunku. Takie stwierdzenie zgodne jest z tezą, że pesymiści mają zawsze rację.

Tylko że taka prognoza nie wystarczy, by na jej podstawie zbudować jakąkolwiek skuteczną strategię polityczną i zmienić kierunek. Można naturalnie próbować odpowiedzieć inaczej. Ale żadna, zawierająca choćby cień wiarygodności odpowiedź nie powinna, ba, nie może być sformułowana bez uwzględnienia kapitału myśli i wiedzy zawartej w książce pytającej "Dokąd zmierza świat?". Elementy niezbędne do sformułowania przekonywającej odpowiedzi są więc pod ręką.

Chateaubriand, a to był fachowiec, powiedział, że w polityce prawie zawsze wynik jest odwrotny do przewidywanego. Może, ale próbować warto.
08:42, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
Rule Britannia no more

Nigdy nie byłem piratem i z wyjątkiem przygód (takich sobie) w filmie Polańskiego i w (znakomitym) "Buncie na Bounty" z Clarkiem Gable'em i Charlesem Laughtonem nie brałem, po żadnej stronie, udziału w wojnie z - ani między piratami.

Ale to właśnie przez podziw dla chwały brytyjskiego piractwa śpiewałem z Anglikami "Rule Britannia! Britannia, rule the waves!" po kolejnych bitwach gorącej i zimnej wojny, na meczach Anglii z Niemcami, a także na zakończenie ostatniego koncertu Proms, dorocznego festiwalu promenadowego w Londynie. Od dziś - koniec. Nigdy więcej. Wstyd.

Piraci, owszem, są, ale Britannia nie rządzi na morskich falach. W ciągu ostatnich kilku tygodni somalijscy piraci porwali francuski luksusowy okręt "Ponant", kilka rybackich statków hiszpańskich i japoński tankowiec. Według Biura Bezpieczeństwa Morskiego w samym tylko roku 2007 na ogromnej morskiej przestrzeni wzdłuż wschodniego wybrzeża Somalii aż po Aden ponad 450 marynarzy zostało porwanych, a trzech najpewniej zamordowanych.

W ciągu ubiegłych dziesięciu lat ponad 3 tys. marynarzy stało się zakładnikami piratów, 500 zostało rannych, a 160 zabitych. Wykup zakładników sięgnął sporych sum. Jak było przedtem, nie wiem, ale ostatnie akty piractwa przyniosły porywaczom somalijskim po 700 tys. od sztuki, to znaczy za zwrot porwanego okrętu, przy czym dodajmy dla pikanterii, że okup, całkowicie lub częściowo, trafiał do zasobów islamskich terrorystów szczególnie aktywnych w tej okolicy.

Jest bowiem jasne, że ktoś uzbraja (szybkie łodzie, broń, nowoczesny ekwipunek nawigacyjny) somalijskich piratów pozbawionych, na skutek wojny domowej innych zajęć.

Istnieje, jak wiadomo, kilka sposobów zwalczania współczesnego, XXI-wiecznego terroryzmu. Pierwszy z nich, i jak dotąd najbardziej ryzykowny, choć także najbardziej skuteczny, to model izraelski. W 1976 r. komandosi izraelscy wylądowali bez uprzedzenia na lotnisku Entebbe w Kampali, stolicy Ugandy, którą władał wówczas osławiony dement, niejaki Amin Dada, i siłą, odwagą i sprytem wyzwolili zakładników porwanych przez terrorystów palestyńskich wraz z samolotem Air France.

Inną propozycję sformułował prezydent Francji Nicolas Sarkozy. Okup za zwolnienie "Ponanta" został wpłacony, ale natychmiast potem ruszyła operacja komandosów francuskich, którzy helikopterami dopadli piratów gdzieś w środku pustyni, dali im łupnia, aresztowali, oddali w ręce policji francuskiej, a nawet odzyskali część okupu. Logicznie wnioskując, Francja zaproponowała wtedy powołanie sił międzynarodowych do walki z piractwem.

Mowy nie ma - powiedział wtedy Londyn. Po czym następcy lorda Nelsona zaproponowali trzeci sposób walki z piractwem, zabraniając niesłusznie dziś opiewanej Royal Navy ścigania i aresztowania porywaczy. Dlaczego? Z dwóch powodów. Po pierwsze, bo zachodzi ryzyko pogwałcenia praw człowieka. Jakiego człowieka? Porywacza. Złapany pirat powinien bowiem zostać wydany władzom somalijskim, a wtedy, zapewne, straciłby okup i głowę, a przecież w Wlk. Brytanii kary śmierci nie ma.

Jeszcze gorsze jest po drugie. Piraci schwytani i - w trosce o ich głowy - niewydani Somalii mogliby mianowicie poprosić, o zgrozo, o azyl w Wielkiej Brytanii.

"Rule Britannia"?! Na morskich falach?! Kpina. Tak było kiedyś. Dzisiaj Edward Drummond, czyli Czarnobrody, i sir Francis Drake, dwaj najsłynniejsi bohaterowie w historii piractwa brytyjskiego, przewracają się w grobie. Śpiewając nie "Rule Britannia", ale "Marsyliankę" i "Hatikwę".
08:41, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »