RSS
wtorek, 27 lipca 2004
Co robić z terrorem?
Po starcie z Aten samolot linii TWA został porwany przez terrorystów arabskich i 60 godzin później po kilku lądowaniach wokół Morza Śródziemnego wylądował w Bejrucie. Tam dokonano selekcji pasażerów, oddzielając Żydów oraz amerykańskich wojskowych. I mordując jednego od razu kulą w kark.
To wtedy Amerykanie po raz pierwszy zrozumieli, że terror puka do ich drzwi, że paszport USA nie zapewnia bezpieczeństwa, że dziś to nie żołnierze, ale cywile, kobiety i dzieci płacą życiem za niezrozumiałe dla nich problemy odległych rejonów. Samolotem TWA Amerykanie wlecieli w epokę politycznego terroru uświadomionego. Zdali sobie przy tym sprawę ze swoich poważnych słabości strukturalnych: nie wiedzą, jak ustrzec bezbronnych ludzi przed wariatami, którzy strzelają w kark 23-letniego faceta i gotowi są do samobójstwa, byle tylko zamordować jak najwięcej białych i bogatych innowierców. Amerykanie nie rozumieją, że terroryści uważają gwałt nie za środek do celu, ale za cel sam w sobie; że wierzą, iż "gwałt jest siłą oczyszczającą jednostkę, że uwalnia jednostkę z jej wszystkich kompleksów". Że niszczy instynkt moralny człowieka, wykorzystuje wolność, jaką zapewnia system demokratyczny i jego słabość wynikającą ze sprzeczności między koniecznością zwalczania terroryzmu a środkami, do jakich demokratyczne państwo musiałoby sięgnąć, a które mogłyby się okazać niezgodne z hasłami demokracji właśnie. Że międzynarodowy terroryzm wchodzi w ogólny bilans równowagi sił na świecie ze szkodą dla Zachodu i demokracji.
Wniosek: do terroryzmu przyzwyczaić się nie można, z terroryzmem nie można żyć. Podstawowym elementem akcji zaradczej mogą być tylko autorytet, rozwaga, znajomość przeciwnika, no i przede wszystkim wola walki oraz siła przede wszystkim USA. "Terroryzm wydał wojnę Ameryce - zawołał prezydent USA. To prawda. USA powinny więc walczyć. We właściwy sposób i właściwymi środkami. Inaczej tę wojnę przegrają. A my z nimi".
Tyle cytat. Samolot TWA porwany został 14 czerwca 1985 r. Prezydentem był Ronald Reagan. Artykuł, z którego pochodzą przytoczone krótkie fragmenty, pisany był w sierpniu, a wydrukowany w "Kulturze" paryskiej we wrześniu '85, 16 lat przed atakiem na Manhattan. I 20 prawie lat przed właśnie ogłoszonym raportem Kongresu (600 stron - model tego, jak powinny i mogą pracować komisje parlamentarne) na temat okoliczności tragedii z 11 września 2001.
Raport piętnuje brak wyobraźni, zaskoczenie, nieprzygotowanie i amatorszczyznę wszystkich ogniw administracji z Białym Domem, CIA i FBI, bałagan, chorą konkurencję między poszczególnymi ogniwami aparatu antyterrorystycznego, brak koordynacji, ślepotę dyplomatów, słabość analizy (Irak zamiast al Kaidy), nieznajomość zjawiska i niezdolność rozpoznania lokalizacji sieci międzynarodowego terroryzmu i jej ochrony przez niektóre państwa zaprzyjaźnione. No i wynikające z tej ignorancji stosowanie anachronicznych, z czasów zimnej wojny i innego wroga (nie ideologiczne państwo, ale ideologię bez państwa), sposobów jego zwalczania. Konkluzja: "Państwo nie sprostało zadaniu ochrony narodu" przed islamistycznym terroryzmem.
Nic dziwnego, że tak jak Reagan zawołał po porwaniu samolotu i zabiciu JEDNEGO żołnierza amerykańskiego, tak po 11 września i śmierci 3000 cywili prezydent Bush zawołał: "Terroryzm wydał wojnę Stanom Zjednoczonym". I tak jak Reagan, miał rację. I tak jak Reagan nie wie co robić, aby móc uchronić naród.
Prezydenci USA nie czytali "Kultury". Miejmy nadzieję, że czytają raporty Kongresu.
12:23, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 lipca 2004
Zbrodnie prasy
Istnieje być może w prasie zbrodnia pośpiechu, ale istnieje na pewno zbrodnia milczenia - to tylko lekka parafraza ("pośpiech" zastąpił "niedyskrecję") refleksji François Mauriaca, dobrego pisarza i publicysty.
Teraz trzeba to udowodnić. Najpierw fakty. W piątek 9 lipca sześciu młodych Arabów i Murzynów napadło w paryskiej kolejce na kobietę z małym dzieckiem. Wołają "Żydówka", atakują nożem, a na ciele kobiety rysują swastyki. Ofiara składa skargę, policja alarmuje władze, prasę. Wybucha burza: prezydent, premier, no i prasa, wyrażają w ostrych słowach oburzenie i potępienie.
Burza trwa 48 godzin. W poniedziałek napięcie opada, bo rodzą się wątpliwości. We wtorek wiadomo: kobieta to mitomanka, wszystko wymyśliła. Znowu burza. Władza się wije w wyjaśnieniach, prasa bije się w piersi: postąpiliśmy lekkomyślnie, wszystko trzeba sprawdzać. Mea culpa wypełniła całe strony gazet. I słusznie: nie przeprowadzając własnego dochodzenia, prasa nie dopełniła swojego świętego obowiązku.
To prawda. Ale nie cała. Nie chodzi ani o rozgrzeszenie, ani o pocieszenie, ale potrzebne jest podwójne uzupełnienie.
Pierwsze to to, że prasa powinna sprawdzać wszystko, o czym informuje, tylko że w wielu wypadkach, pod szantażem wagi i zasięgu wydarzenia, konkurencji internetu, telewizji i radia, jest to po prostu niemożliwe. W specjalnych wypadkach reporterom, agencjom i policji trzeba wierzyć, trzeba założyć, że swoje zrobili, że jeżeli sami nie sprawdzili, to naprawdę nie mogli zdążyć, nie mogli czekać. Wpadki się więc zdarzać muszą i - kiedy nie są skutkiem niechlujstwa, manipulacji czy złej woli - są nieuniknioną częścią ryzyka zawodu. Na tym polega "zbrodnia pośpiechu".
Wystarczy przecież sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby wydarzenia w kolejce okazały się prawdziwe: jakie gromy by padały na prezydenta, premiera oraz naturalnie na prasę gdyby - sprawdzając!!! - wszyscy oni przez 48 godzin przemilczeli skandal! To właśnie byłaby "zbrodnia milczenia".
W kolejce, i to jest druga poprawka do diagnozy, nie doszło do antysemickiej agresji wobec kobiety z dzieckiem, nie było noży ani swastyk na ciele, ale wszyscy we Francji natychmiast w to uwierzyli. Dlaczego? Bo to jest prawdopodobne, bo przez Francję idzie fala antysemityzmu, bo napady młodych muzułmanów z przedmieść na Żydów regularnie się zdarzają (na razie bez noży, chociaż w Belgii nóż już był w robocie), ale za to obficie, ręcznie i słownie, ze swastykami i Hitlerem. Mogło więc się zdarzyć i coś gorszego. Władze i większość mediów nie podejmują zdecydowanej walki (głosów arabskich jest dziesięciokrotnie więcej niż żydowskich) z przenoszeniem do Francji konfliktu izraelsko-palestyńskiego, nie potrafią wyciszyć islamistycznej propagandy ani spacyfikować importowanych mułłów przekonujących zagubioną młodzież muzułmańską, że jeżeli nie nad Jordanem, to można wygrać wojnę z Izraelem nad Sekwaną. Przygotowały w ten sposób łoże dla poczęcia we Francji nowego rodzaju rasizmu (mieszaniny antysemityzmu i antyamerykanizmu), obrzydliwego płodu kopulacji skrajnego islamizmu ze skrajną lewicą. Paradoksalny skutek: tchórzliwa odmowa wskazania prawdziwego źródła zarazy obciąża zbiorowo i niesłusznie społeczeństwo francuskie.
Zjawisko jest ważne i niebezpieczne i nie należy go nie doceniać. Nie należy go także wyolbrzymiać. Wystarczy to, co jest.
16:23, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
wtorek, 13 lipca 2004
Spadek i zawód
Dobrze wyuczony zawód wart jest więcej niż duży spadek. Władimir Putin w czepku się urodził: ma jedno i drugie. Znakomicie poznał swój zawód funkcjonariusza KGB i przejął spadek po swoim mistrzu Juriju Andropowie. Ten podobnie jak uczeń i następca, tylko że 20 lat wcześniej objął rządy na Kremlu, a przedtem sprawował władzę nad KGB.
Władimir Putin pielęgnuje wspomnienia. Jednym z pierwszych jego gestów jako szefa KGB, wyniesionego nagle w 1999 r. na stanowisko premiera, było wmurowanie na siedzibie dawnej KGB (dziś FSB) na Łubiance tablicy upamiętniającej mistrza. Obecnie Putin, już nie premier a prezydent, nadał wyjątkową pompę 90. rocznicy urodzin Andropowa. Kwiaty otuliły jego grób na Placu Czerwonym, powstała sieć stypendiów dla słuchaczy szkół KGB, ze specjalnym uwzględnieniem Akademii im. Andropowa - z uwagi na jej najsłynniejszego absolwenta, obecnego szefa państwa. Wśród licznych aktów hołdu byłemu szefowi KGB właściwie brak tylko powrotu Żelaznego Feliksa na pusty cokół na Łubiance, skąd w owym wielkim sierpniu 1991 roku zrzuciły go broniące świeżutkiej demokracji wzburzone tłumy Moskwiczan.
Symbolika i znaczenie polityczne uzasadniają głębię tego wzruszenia. Andropow kierował aparatem KGB w latach 1967-1982, kiedy zajął miejsce Breżniewa. Ścigał w tym okresie w wyjątkowo ostry i "skuteczny" sposób dysydentów i wrogów politycznych - powiadały do niedawna podręczniki. Aktualna wersja jest lekko podrysowana: oficjalne wspomnienia nie mówią już, że Andropow "był twórcą skutecznych metod walki z dysydentami", a co brzmi aktualnie - "z terrorem". Andropow rządzić ZSRR właściwie nie zdążył, bo umarł w 1984 roku. Ale - mistrz manipulacji - potrafił przekonać zarówno bliskich współpracowników, co i niektórych zachodnich sowietologów, że jest szefem twardym i wymagającym, ale pragmatycznym, o tendencjach reformatorskich, ponieważ dzięki wszechobecnej ośmiornicy KGB on jeden znał dokładnie stan państwa i zrozumiał, że poza reformą dla reżimu zbawienia nie ma.
Fachowcy dopatrują się podobieństw między polityką Mistrza a obecną wersją autorytarnej "kontrolowanej demokracji" jego najlepszego ucznia. Sądzę, że takie porównanie krzywdzi Putina. Putin naprawdę reformuje Rosję. Na swój sposób.
Sprawa Chodorkowskiego to dobry przykład. Podobne afery "toute proportion gardée" z Bierezowskim, Gusińskim czy innymi, Putin załatwiał szybko i bezboleśnie, dążąc do możliwie bezszmerowego zagrabienia ich mienia (przede wszystkim stacji telewizyjnych). Pytanie zasadnicze brzmi: dlaczego właśnie sprawie Chodorkowskiego Putin nadał taki rozgłos? W jakim celu otoczył ją tak ogromną ostentacją? Pieniądze mógł zagrabić i Jukos przejąć, to już widać, także bez operacji na skalę wojskowych manewrów i to przed kamerami całej Rosji i świata?
Operacja "Chodorkowski" cieszy się wyjątkową popularnością wśród ludu rosyjskiego: człowiek powiązany z Zachodem, biznesmen w amerykańskim stylu, rekin, który chciał zubożyć Rosję, liberał, no i Żyd czegóż więcej trzeba, aby z braku "chleba" dać narodowi "igrzyska". Może dlatego, że tego "chleba" będzie mniej, że np. nie obejdzie się bez generalnej podwyżki cen ropy i energii w ogóle. Założenie, że zajęci igrzyskami Chodorkowskiego i pogromem oligarchów Rosjanie ograniczą dobrowolnie (jak nie, to sobie poradzimy) konsumpcję chleba, to jest właśnie coś z repertuaru taktycznego reformatora Andropowa. Spadek widać jest jak DNA - nie można sobie wybrać innego.
11:28, leopold.unger
Link Komentarze (2) »