RSS
wtorek, 26 lipca 2005
Terror islamski ma złamać złamać Zachód
Międzynarodówka opętanych, zmowa kochanków śmierci, powstanie wyklętych jest w toku licytacja pomysłów na definicję wroga, który szerzy śmierć na świecie z podpisem Allacha. Czy i co, poza naszą językową wyobraźnią, łączy muzułmańskich fanatyków z Szarm el Szejk i Londynu, z Taby i Bali? Czy nie czas uznać, że poszli po śmierć swoją i cudzą nie z solidarności z Irakiem czy Palestyną i że szukają naszej śmierci nie za to, co robimy, lecz za to, jacy jesteśmy?
Czy jest jakieś centrum dowodzenia tym szaleństwem? Teoretycznie jest. 26 maja 1998 Osama ben Laden ogłosił powstanie światowego frontu dżihadu (świętej wojny) przeciw krzyżowcom i Żydom. Al Kaida (baza), mózg dżihadu, weszła do akcji: ambasady amerykańskie w Kenii i Tanzanii wyleciały w powietrze, 225 ofiar Czy mózg działa nadal? Tylko chyba wirtualnie, sztab Bazy został przecież naprawdę rozbity przez Amerykanów w Afganistanie. Dlaczego więc pod tą samą firmą ciągle giną ludzie w metrze czy hotelu? Dlatego, że pozostała wspólna "ideologia".
Po pierwsze, choć wszystkie ostatnie zamachy podpisane były przez tę samą rzekomą dywizję, do walki na froncie Europy, do akcji w Londynie czy Madrycie idą filie, bojówki oddane w coś w rodzaju lokalnej dzierżawy. Oddziały szturmowe (samobójców lub nie) działają więc w zasadzie na własną rękę, uderzają, nie kiedy im ktoś (kto sam nie ginie) z daleka rozkaże, lecz kiedy sami uznają, że powinni i mogą to zrobić.
Po drugie, działają prawdopodobnie bez koordynacji, ale rozmnażają się przez pączkowanie, przez kopiowanie. Pierwszy zamach na metro przeprowadzony został równo 10 lat temu w Paryżu. Pierwszy terrorystyczny samobójca, jakiś Tamul, wysadził się w powietrze gdzieś w Sri Lanca bardzo dawno temu. Lekcje nie poszły w las.
Po trzecie, samobójcy uderzają w najbardziej śmiercionośne cele: zamknięte pudła wagonów metra czy pociągi, hotele czy dyskoteki.
Po czwarte, straty ekonomiczne, jak np. cios w turystykę egipską czy zakłócenie funkcjonowania wielkiej stolicy, są w istocie drugorzędne, albowiem bojówki spod znaku Koranu mordują przede wszystkim w miejscach, które gwarantują największą "publicity", natychmiastowe echo w telewizji. Żaden zamach terrorystyczny z przeprowadzonych poza terenem walk na Bliskim Wschodzie czy w Czeczenii nie przyniósł takich strat jak atak na Manhattan, ale wszystkie szerzyły przerażenie w internecie i na ekranach świata.
I o to właśnie chodzi. Ta wojna jest nie wojskowa, jest ideologiczna. Atak idzie na zachodnią cywilizację, na zachodni system wartości, na demokrację i postęp, albowiem są one śmiertelne w zderzeniu z archaicznym islamem, z ideą kalifatu w ogóle, a planem ben Ladena wyrwania niewiernym arabskiej beczki nafty w szczególności.
Dla Bazy czy jej filii zabijanie nie jest celem samym w sobie, jest środkiem do celu. A celem jest wzbudzenie strachu, który w tym nowym starciu totalitaryzmu z demokracją ma sparaliżować zachodnią wolę walki i ducha oporu, doprowadzić do rezygnacji w ogóle, a z zachodnich wartości w szczególe, zmienić strefę demokracji i wolności w strefę defetyzmu i strachu. Nie byle jakiego strachu, lecz takiego, który paraliżuje rozum. A ten z kolei to jedyny sposób na opanowanie strachu.
18:30, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 lipca 2005
Lekcja Londynu
Tak jak 007 był bardzo tajnym agentem, o którym wszyscy wszystko wiedzieli, tak samo dwa dni po zamachach w Londynie Anglicy zwołali bardzo tajną konferencję, o której, dzięki francuskiej gadatliwości (albo perfidii), wszyscy się natychmiast dowiedzieli. Ponad 20 specjalistów od walki z terroryzmem z kilku krajów zastanawiało się nad tym, co dalej? Francuski ekspert nie wytrzymał i ujawnił szczegóły zresztą, jak się miało okazać, w części nieprawdziwe. Mnie na tej konferencji nie było, moich tajemnic ujawnić nie mógł. No, nie tajemnic, raczej wątpliwości.
Pierwsza jest policyjna. Gdzie zrodził się pomysł, aby mimo licznych ostrzeżeń, mimo zbliżającego się, wyjątkowo "atrakcyjnego" dla terrorystów szczytu G-8, władze brytyjskie właśnie wtedy obniżyły stopień czujności? Mówią nam: 4 tys. terrorystów związanych z al Kaidą zostało, także w Wielkiej Brytanii, aresztowanych po 11 września. CIA wyłączyła z gry 75 proc. sztabu al Kaidy. Widocznie za mało.
Druga wątpliwość jest operacyjna. Niektórzy fachowcy uważają, że rozmaite MI5 czy 6 działają tak jak emerytowani generałowie, którzy zawsze walczą w poprzedniej wojnie i nie są w stanie wyobrazić sobie następnej. Okazuje się mianowicie, że al Kaida dostosowuje się do zmieniających okoliczności łatwiej i szybciej niż policja. Inaczej więc niż ich "koledzy" mordercy z Madrytu, samobójcy z metra londyńskiego, nie używali w "operacyjnych" kontaktach telefonów komórkowych, nie chodzili i nie złorzeczyli Ameryce w piątki w meczecie, bo wiedzieli, że są na podsłuchu, nie odgrywali bohaterów przed dziewczynami, nie odbywali wojskowego szkolenia w Afganistanie czy Iraku, a pranie mózgów przechodzili z dostawą do domu, mają "Kabul w Londynie". Na tej samej zasadzie następne komando terrorystów uwzględni więc lekcję Londynu i nie będzie już defilować w czwórkę z plecakami przed kamerami policji.
Trzecia wątpliwość jest psychologiczna. Władze i opinia publiczna były zaskoczone tym, że samobójcy urodzili się w rodzinach emigrantów pakistańskich, wychowali i wykształcili w Anglii w warunkach przysłowiowej tolerancji brytyjskiej. Otóż, zaskoczeni być nie powinni. Przynajmniej począwszy od 31 stycznia 2001, kiedy zamordowany został w Karaczi w Pakistanie amerykański dziennikarz Daniel Pearl. Katem Pearla nie był żaden dzikus z buszu, żaden prześladowany uchodźca ani Palestyńczyk bez domu, ani analfabeta z Jemenu, a był nim niejaki Omar Saed Szejk, muzułmanin urodzony w Anglii w rodzinie emigrantów z Pakistanu, obywatel brytyjski, absolwent jednej z najlepszych uczelni świata, London School of Economics. To on wysłał w świat kasetę wideo z Pearlem z odciętą głową. Mimo że był taki zachodni.
Zaskoczenie jeszcze mniejsze po ukazaniu się książki Bernarda-Henri Levy pt. "Kto zabił Pearla". Jest to portret skrzyżowanych biografii Pearla i Saeda, ale także wstrząsający reportaż z Pakistanu, koszmarnego "jądra ciemności i nienawiści", skorumpowanego państwa przeżartego islamskim fanatyzmem. Kraju członka sponsorowanej przez USA koalicji antyterrorystycznej, po którego miastach spokojnie pod opieką służb specjalnych spacerują mordercy (byli i przyszli). Kraju, gdzie w medresach, szkołach koranicznych, indoktrynowani są kandydaci na "męczenników" z całego świata, i gdzie swobodnie działają uczeni przekazujący tajemnice broni nuklearnej Korei Północnej, skłonni także udostępnić je islamistycznym terrorystom.
Są porażki, powiada mędrzec, które stają się sukcesami. Obrońcy absolutnej tolerancji brytyjskiej idą od sukcesu do sukcesu.
14:58, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 11 lipca 2005
Prawdziwe oblicze terroryzmu
Churchill obiecał Brytyjczykom krew i łzy; Blair musi je, 60 lat później, osuszać. Obaj pokazali światu, jak Wielka Brytania potrafi godnie i spokojnie stawić czoła wyzwaniom losu.
Anglia nie jest w stanie wojny. Rozprawa z wrogiem bez twarzy, bez adresu, atakującym bezbronnych cywilów, nie jest wojną, chyba że w takim sensie, w jakim mówi się o wojnie z AIDS, malarią albo robactwem. "Wojna" z takim wrogiem nie jest sprawą wojska, a policji, wywiadu, a przede wszystkim prawidłowego rozpoznania.
Tak więc, po pierwsze, chodzi o psychologię: Blair (jak Churchill po kapitulacji demokracji w Monachium w 1938 roku) wie, że najgorszą postawą wobec wroga jest uległość. Blair to nie Zapatero, Anglicy to nie Hiszpanie. Nie należy więc, mimo wielu uzasadnionych argumentów przeciw wojnie w Iraku, spodziewać się dziś posunięć zmierzających do wycofania Anglików z frontu, rozluźnienia więzów z USA czy znaczącego ograniczenia wolności obywatelskich.
Po drugie, politycznie biorąc, powoływanie się terrorystów na Irak czy na Palestynę to tylko pretekst. Wcześniej dwie amerykańskie ambasady wybuchły w Afryce, a Nowy Jork został zaatakowany, zanim w ogóle zaczęto mówić o Iraku. W Algierze muzułmanie zamordowali 300 tys. innych muzułmanów, nie powołując się na żadną Palestynę. Fanatyk, morderca Holendra van Gogha, nie mówił o Palestynie ani o Iraku, zabił w imieniu Allaha. Ben Laden miał w nosie tak Irak, jak i Palestynę. Terroryści podkładający bomby w Londynie mają tyle wspólnego z Irakiem czy Palestyną, ile banda Baadera w Niemczech czy Czerwone Brygady we Włoszech z interesem "światowego proletariatu", na który się ciągle powoływali.
Po trzecie bowiem, i tu chodzi o strategię, islamistyczny terroryzm nie ma żadnej strategii. Nie ma żadnego programu, z wyjątkiem totalnej rozprawy z nowoczesnością, z globalizacją, która stanowi największą groźbę dla archaicznej, dogmatycznej, obskuranckiej interpretacji Koranu.
W istocie terroryzm islamistyczny jest orężem w wojnie domowej muzułmanów, a właściwie prawie wyłącznie Arabów. Celem terrorystów islamistycznych jest przede wszystkim pokonanie apostatycznych, ich zdaniem, państw arabskich, takich jak Arabia Saudyjska z jej miliardami i naftą, tak aby powstał zalążek światowego kalifatu. Atak na World Trade Center w Nowym Jorku czy metro w Londynie miał nie tylko ugodzić największe miasta dwóch państw stanowiących główne oparcie znienawidzonych reżimów na Środkowym Wschodzie, ale także w maksymalnym stopniu podziałać na wyobraźnię najbardziej sfrustrowanych, a więc łatwo ulegających radykalizacji i manipulacji młodych muzułmanów z przedmieść Londynu czy Paryża. Po to, by głosili apologię gwałtu, przyjęli kult śmierci i oddali się w służbę tej "idei", u siebie w kraju czy na "wyjeździe".
Jeżeli więc, przy tej okazji, bojówki o benladenowskiej orientacji zabijają wszystkich możliwych do zabicia niewiernych, jeżeli bombardują Nowy Jork przed wojną w Iraku albo Londyn (a to nie koniec) po wojnie w Iraku, to dlatego, że te właśnie państwa symbolizują wszystkie najbardziej niebezpieczne, "konkurencyjne", cechy i wartości wolnej zachodniej demokracji i cywilizacji.

Islamistyczny terroryzm, tak jak stalinizm czy nazizm, jest formą nihilizmu. I tak też kiedyś skończy. Pytanie jakim kosztem?
13:15, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
wtorek, 05 lipca 2005
Szczyt w mieście Kanta
Stefan Bratkowski nie wiedział, że Kalinin żył 750 lat. Jadąc do Kaliningradu, Chirac i Schröder nie wiedzieli, kto to w ogóle był. Ale wiedzieli, dlaczego Putin ich tam zaprosił.
Kwaśniewski i Adamkus nie powinni się dziwić, że ich Putin nie zaprosił, choć mają bliżej. Prezydent Rosji nie miał bowiem zamiaru "dowartościowywać" niesfornych i kłótliwych prezydentów Polski i Litwy. Chirac i Schröder to, jego zdaniem, za dobre dla nich towarzystwo. Przyjaciele, Chirac (kiedy trzeba łajać "nową Europę", na niego zawsze można liczyć) i Schröder, to skwapliwie potwierdzili, i, dziwiąc się, że Polacy i Litwini się dziwią, grali jak marionetki w intrydze Putina. Jasne, Putin mógł Kwaśniewskiego i Adamkusa zaprosić w inny, bez Niemca i Francuza, z trzech dni uroczystości, ale jak nas poinformował jego doradca Siergiej Prichodko: "na święto zaproszono tylko przyjaciół Rosji" Takich, dodajmy, jak niedawni goście, też przyjaciele, Karimow z Uzbekistanu i Łukaszenko z Białorusi To jest druga dwójka dobrego towarzystwa.
Po co przyjechali? Putin ma dużo nafty i gazu, a Chirac i Schröder nie mają go i wiedzą, że 40 proc. ich potrzeb pokrywają dostawy z Rosji. A poza tym, Schröder stał się pierwszym szefem rządu niemieckiego w byłym Królewcu, a Chirac przekonał Putina, aby, w środę w Singapurze, Rosja, sama bez szans, głosowała za olimpiadą w Paryżu.
Ale interes miał przede wszystkim Putin. Prezydent Rosji wybiera się w tym tygodniu do miejscowości Gleneagles w Szkocji, na spotkanie G-8, grupy siedmiu najbardziej uprzemysłowionych państw świata. Do tego elitarnego grona podłączono, na bardzo dziwnej zasadzie, w euforycznym, po zimnej wojnie, geście dla Borysa Jelcyna, jako ósmą - Rosję. Rosja tak pasuje do siódemki jak siodło do krowy, żeby zacytować Stalina, który tak malowniczo mówił w Jałcie o symbiozie Polski i komunizmu. Rosja ze 150 milionami mieszkańców żyje z surowców, jest na dalekim miejscu w statystykach gospodarczych świata, figuruje gdzieś w okolicy Malezji i Kostaryki i nie jest nawet członkiem Światowej Organizacji Handlu. Przy stole siódemki zajmuje więc miejsce mniej równe od innych: nie uczestniczy w dyskusjach o gospodarce czy finansach, a dopuszczona jest do rozmów o bezpieczeństwie czy terroryzmie, o których ma rzeczywiście sporo do powiedzenia.
Dla Putina to za mało. Putin to typowy przywódca z syndromem fałszywej potęgi i kompleksu źle ulokowanego prestiżu. Chce zająć pełny fotel przy stole G. Tymczasem, nawet obecne, w drugim rzędzie, miejsce Rosji jest kwestionowane. Krytycy, zwłaszcza w USA, przypominają światu Czeczenię, kneblowanie prasy, a także skandal z procesem Chodorkowskiego. A mimo to Rosja, z kulawego fotela, ma przejąć od Wielkiej Brytanii rotacyjne przewodnictwo G-8. Dwójka przyjaciół zaproszonych do Kaliningradu jest w tym gronie.
Zaproszenie przyjaciół do Kaliningradu nie jest pozbawione smaku. Kaliningrad to rosyjska forteca najbardziej wysunięta na zachód, stąd Moskwa pilnuje Bałtyku i okolic. Widziane stąd argumenty za pełnym udziałem Rosji w decyzjach G-8 są, zdaniem Putina, bardziej przekonywające.
Kant nie wiedział, że będzie kiedyś patronem uniwersytetu w Kaliningradzie. Kant uczył i żył zgodnie ze swoim credo: "Prawo moralne we mnie, a niebo gwiaździste nade mną" w Królewcu, z którego nigdy nie wyjechał. Z Kaliningradu Kant wyjechałby na pewno. I to szybko.
16:25, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »