RSS
wtorek, 25 lipca 2006
Prawda o zbrodniach
"Sprawiedliwość powinna zatriumfować nad zapomnieniem, pamięć nad codziennością... Trzeba, przede wszystkim na użytek młodego pokolenia, utrwalić prawdę, zanim wymrą świadkowie". Szymon Wiesenthal, rozmawiając w 1994 r. z "Gazetą", miał na myśli zbrodnie hitlerowskie. Po 12 latach ten prorok "prawdy, nie zemsty" ma, niestety, już pośmiertnie, ale ciągle rację. Tylko adres się zmienił.
Nie utrwalając prawdy, w stolicy Kambodży Phnom Penh zmarł właśnie najważniejszy świadek azjatyckiej odmiany hitleryzmu. Nazywał się Ek Czuen, ale lepiej był znany jako Brat Numer Sześć, jeszcze lepiej jako Ta Mok, a najlepiej jako "Rzeźnik", co prawidłowo oddaje miejsce, jakie zajmie w historii.
Usytuowany tuż za Bratem nr 1, czyli Pol Potem, hersztem Czerwonych Khmerów, Ta Mok (rocznik 1926) był ich wojskowym dowódcą, wyjątkowo bezwzględnym oprawcą, nawet jak na tę bandę fanatyków. "Rzeźnik" był ostatnim naprawdę ważnym przywódcą Czerwonych Khmerów oczekującym na proces za ludobójstwo, zbrodnie przeciw ludzkości i zbrodnie wojenne.
Ta Mok zostawił wyjątkowo krwawe ślady w ogólnym strasznym bilansie rządów Khmerów (1975-79), w czasie których zamęczyli niewolniczą pracą lub wprost wymordowali ok. 2 mln ich własnych rodaków. Ta Mok ma na sumieniu m.in. wyjątkową "premierę", jaką była deportacja i śmierć 20 tys. ludzi, całej ludności królewskiego miasta Udong, co miało się okazać próbą generalną takiej samej operacji w stolicy o rok później.
Minęło 30 lat, rozmiar zbrodni jest znany, Khmerowie (to jeden z ich paradoksów) zostawili dokładną buchalterię ich zbrodni. Mimo tego przygotowania do procesu trwały siedem lat, sądzić miało 30 prawników kambodżańskich i międzynarodowych, wszystko kosztowało, z budżetu ONZ naturalnie, ponad 50 mln dolarów.
Nie chodzi o dolary,chodzi o sprawiedliwość i o prawdę. Już wiadomo - nie będzie ani jednej, ani drugiej. Pol Pot spokojnie umarł gdzieś w dżungli, Ta Mok w więzieniu, inni, z tylnej ławki, są na ogół na wolności.
Martwi nie zeznają. Nie tylko w Kambodży. Miloszević wykpił ślamazarny proces, umarł i zabrał prawdę ze sobą. Żywi milczą albo kłamią. Saddam głoduje, żadnej prawdy nie powie... jeżeli dożyje do wyroku. Pinochet, aresztowany w Londynie na mocy gończego listu sędziego z Madrytu, miał być sądzony w zdemokratyzowanym Chile, ale już widać, że nie będzie.
Do serbskiej, kambodżańskiej czy chilijskiej prawdy daleko, w każdym razie z pierwszej ręki jej nie poznamy. Będzie próba afrykańska. "Pierwsza (czarna) ręka", morderca z Liberii Charles Taylor stanie przed sądem w Hadze. Hissené Habré, kat z Czadu, być może także, ale gdzieś w Afryce. No a Fidel Castro? On, który ma na sumieniu więcej ofiar niż Pinochet, stoi nie przed sądem, lecz zwiedza dom Che Guevary w Argentynie.
Wniosek? Wszystko jest względne, zachodzi naturalnie różnica w "materialnym" bilansie zbrodni między Hitlerem a Honeckerem czy Stalinem a Ceausescu. Moralnie jednak biorąc, wszyscy byliby dla poznania historii ludzkości równie ważni. Byliby, albowiem w ostatecznym rachunku wszyscy uniknęli ludzkiej sprawiedliwości (kapturowy sąd nad Ceausescu trudno nazwać sprawiedliwością) i stanęli (jeżeli...) przed sądem ostatecznym. Szkoda, naturalnie, ważniejsze jest jednak to, że nie odeszli sami. Zabrali ze sobą prawdę o ich zbrodniach. Nam w zamian zostawili możliwość ich powtórki.
16:44, leopold.unger
Link Komentarze (4) »
wtorek, 18 lipca 2006
Triumf Putina i Piotra Wielkiego
Chcieli dobrze, a wyszło jak zawsze. Tak można by powiedzieć o szczycie G8 za byłym premierem rosyjskim Czernomyrdinem, który zapewne nie marzył nawet, że jego słynne westchnienie zrobi tak oszałamiającą karierę.
G8 nie ma dobrej marki. Z jednej strony aktualna "kompozycja" szczytu nie zgadza się z aktem urodzenia tej instytucji. Na początku było ich sześciu: USA, Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Włochy i Japonia, potem siedmiu (doszła Kanada) i wszystko się w zasadzie zgadzało. Siódemka miała "te same przekonania i taką samą odpowiedzialność". Wszyscy rządzili w państwach "otwartych i demokratycznych" i szanowali "swobody indywidualne i postęp społeczny". Tak było do 1997 roku, kiedy siódemka postanowiła - dla dodania odwagi młodej demokracji rosyjskiej - doprosić do stołu Borysa Jelcyna. Reszta jest znana: w roku 2006 jego następca gości i przewodniczy temu superpiknikowi.
Niesłusznie. Rosja, to prawda, jest dziś zamożniejsza i mniej zacofana niż w roku 2000, kiedy nastał Władimir Putin. Ale ani jej gospodarka (12. na świecie), ani jej "demokracja suwerenna", ale fikcyjna, nie uzasadniają obecności Rosji w tym salonie. Argument, że chodzi o bezpieczeństwo energetyczne, też nie przekonuje. Przecież to Putin właśnie pokazał, na przykładzie Ukrainy, jak się tworzy niebezpieczeństwo energetyczne.
Z drugiej strony nigdy właściwie nie udało się "ósemce" zrealizować tego, co figurowało w ustalonym porządku dziennym. Zawiniły wydarzenia dnia. W Genui np. w 2001 roku szczyt przyćmili antyglobaliści. Szkocki szczyt w ub.r. zachwiał się od podmuchu islamistycznych bomb wybuchających w Londynie. W Sankt Petersburgu uczyniono wszystko, aby zapewnić ciszę i skupienie (odnowienie pałacu prezydenckiego i budowa otaczających go willi dla gości, wewnątrz kilkuset hektarów zieleni, kosztowało ponad 300 mln dol.), ale nowa wojna na Bliskim Wschodzie wyrwała ich z normalnego dolce far niente.
A przede wszystkim znów się okazało, tak jak we wszystkich poprzednich kryzysach, że zarówno państwa narodowe zapatrzone we własną historię i we własny pępek, co i instytucje ponadnarodowe, takie jak sklecona oportunizmem G8, są niezdolne do zajęcia w naprawdę ważnych sprawach wspólnego stanowiska. Niezdolne są też do wspólnych działań i na własne życzenie pozostają bezradne wobec prawdziwych wyzwań XXI wieku.
W tych warunkach szczyt w Petersburgu stał się triumfem dwóch rosyjskich polityków. Pierwszy, Piotr Wielki, imperator, zbudował Petersburg 300 lat temu, aby otworzyć Rosję na Europę. Drugi, Władimir Putin, były oficer KGB, najwyraźniej uznał, że, przewodnicząc grupie najbogatszych, on ten cel właśnie osiągnął.
Ma prawo tak sądzić. W Petersburgu zachodnia "siódemka" stawiła się w bezładzie, bez wspólnej strategii w żadnej sprawie, zaskoczona nowym dramatem na Bliskim Wschodzie, z Ameryką uwikłaną w Irak i Unią rozbitą fiaskiem eurokonstytucji. Ich gospodarz był zaś u szczytu kariery i potęgi. To ten sam człowiek, który rok temu ogłosił, że "rozpad ZSRR był największą katastrofą geopolityczną XX wieku". I który myśli, że rozchwiana "siódemka", spragniona nafty, gazu i spokoju za wszelką cenę, pomoże mu tej katastrofie położyć kres.
11:30, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 lipca 2006
Europa chciała słyszeć polski głos
Nie wiem, jakie były prawdziwe powody zerwania przez prezydenta Kaczyńskiego, w ostatniej chwili, szczytu w Weimarze. Nie wiem też, jakie były prawdziwe powody nagłej dymisji premiera Marcinkiewicza. I nie wiem także, jakie są prawdziwe powody objęcia władzy w dużym państwie przez braci bliźniaków, fakt bez precedensu w demokracji (Fidel i Raul Castro nie są bliźniakami, a Kuba jest dyktaturą). Nie mam jednak podstaw sądzić, aby te powody były inne niż te, na jakie powołują się kolejno Kancelaria Prezydenta oraz były i przyszły premier RP.
Dlatego sądzę, że to nie zerwanie Weimaru ani "pałacowy zamach" w PiS, lecz towarzyszące temu okoliczności wystawiły Polskę na śmieszność na scenie międzynarodowej i zaszkodziły jej prestiżowi.
W ciągu kilku dni władze dużego państwa anulują w ostatniej chwili dwie ważne imprezy międzynarodowe. Pierwszej decyzji (Weimar) towarzyszy kompromitująca próba ukarania niemieckiej gazety z powodu satyrycznego artykułu na temat prezydenta RP. Na tej zasadzie żaden prezydent Francji czy kanclerz Niemiec nie mieliby czasu w ogóle rządzić, tak często musieliby skarżyć gazety, które nie zostawiają suchej nitki na politykach wszystko jedno z jakiej partii.
Drugiej decyzji w ogóle nic nie towarzyszy. W Warszawie dokonał się "pałacowy zamach", polski premier został (prasa tak twierdzi) karnie usunięty, aby móc, na pocieszenie, zostać prezydentem stolicy. Prezydent Chirac odbył tę samą drogę. Ale w odwrotnym kierunku. Gdybym ja był obywatelem Warszawy, tobym się poczuł dotknięty.
Prestiż Polski tym bardziej ucierpiał, że oba te dziwne epizody wpisują się w czarną serię, nazwijmy je, niedojrzałych (to eufemizm) wystąpień polskich polityków w ogóle. Porównanie przez polskich urzędujących ministrów niemieckiej demokratycznej gazety do hitlerowskiego "Stürmera" , tak jak nieco wcześniej porównanie rury bałtyckiej do spisku Hitler - Stalin z 1939 roku banalizuje znaczenie obu przywołanych przykładów historycznych i odbiera wiarygodność i powagę stanowisku Warszawy.
Znacznie bardziej od zerwania Trójkąta Weimarskiego czy od anulowania wizyty w Chorwacji polski image ucierpiał od profrankistowskiego, a więc faszystowskiego, wystąpienia Macieja Giertycha, polskiego posła w Parlamencie Europejskim. Incydent, można sądzić, został w Polsce przyćmiony wewnętrznymi porachunkami w warszawskich "elitach", ale to, że władze Polski, które z całą siłą gwałtownie zareagowały na głupawy felieton w zagranicznym pisemku, nie miały nic albo prawie nic do powiedzenia na temat haniebnej apologii faszyzmu wygłoszonej przez polskiego posła w europarlamencie, nie da się niczym przyćmić.
Na tym tle rośnie niepewność, żeby nie powiedzieć nieufność, wobec stanowiska polskiego co do stosunków z sąsiadami i co do przyszłości Europy w ogóle. Co, rykoszetem, uzasadnia hasło "Russia first", któremu Finlandia, obejmując przewodnictwo Unii Europejskiej, nadała właśnie, bez głośnych protestów, większą niż kiedykolwiek nośność polityczną. Tym jaskrawiej jawi się absurdalność oskarżenia o "zdradę" wszystkich byłych polskich ministrów spraw zagranicznych po ich proteście w sprawie anulowania Weimaru. Ponieważ godziło to w niektóre osoby cenione na świecie, osłabiło to (znowu eufemizm) wiarygodność polskiej dyplomacji. Specjaliści pytają, czy po to właśnie trzeba było "odzyskiwać" MSZ po znanym tutaj Stefanie Mellerze. To on, przypominają, jeszcze jako minister, kiedyś powiedział: "Europa chciała słyszeć polski głos". Głos Giertycha?
23:56, leopold.unger
Link Komentarze (3) »
wtorek, 04 lipca 2006
Putin ściga terrorystów w Iraku
Jest rozkaz, będzie książka, a potem film. Współczesna wersja filmu „Polowanie na »Czerwony Październik «” jest w toku. Władimir Putin musiał zareagować z całą ostrością na porwanie i zamordowanie czterech członków personelu rosyjskiej ambasady w Bagdadzie. Wydał więc rosyjskim służbom specjalnym „polecenie”, czyli rozkaz, by „podjęły wszelkie kroki w celu odnalezienia i zlikwidowania przestępców, którzy dopuścili się tego czynu”.
"Mission impossible" - oznajmili specjaliści, powołując się na prawo międzynarodowe, chaos i anarchię w Iraku, na nieskuteczność sił koalicji, a praktycznie USA, z takim trudem i takim kosztem pacyfikujących Irak. Impossible? Powoli. Niezupełnie, a może nawet najzupełniej "possible".
Putin wie, co mogą jego służby, jest przecież ich wychowankiem i był nawet ich szefem. I ma doświadczenie terenu, to znaczy Czeczenii, gdzie jego agenci zlikwidowali kolejnych przywódców rebelii - Maschadowa, Sadułajewa, Basajewa oraz Jordańczyka Kataba.
Poza tym, wiadomo: sowieckie czy rosyjskie służby, tak zresztą jak amerykańskie czy izraelskie (po Monachium Golda Meir wydała bardziej dyskretne, ale identyczne "polecenie") muszą czasem takie polecenie także za granicą wykonywać. Nie sięgając za daleko (Trocki w Meksyku czy Bandera w Niemczech), wystarczy przypomnieć inaugurujący inwazję najazd komandosów sowieckich na pałac prezydenta Afganistanu czy likwidację przez rosyjskich agentów przywódcy czeczeńskiego Jandarbijewa w Katarze. Akcja udała się tylko połowicznie, choć bowiem Jandarbijew zginął w zamachu, to rosyjscy agenci wpadli. Moskwa wszystkiego się wyparła, ale teraz już nie będzie musiała się krępować - Duma właśnie ma przyznać rosyjskim służbom prawo podejmowania akcji przeciw terrorystom i ich bazom także za granicą.
No i w końcu byłoby naiwnością sądzić, że Moskwa musi nagle i szybko wysyłać agentów z "poleceniem" do Iraku: oni są na miejscu, nigdy z Iraku nie wyjechali. ZSRR, a potem Rosja miały znakomite stosunki z Irakiem Saddama Husajna, zwłaszcza z jego rozmaitymi agenturami, choćby z uwagi na ogromne dostawy broni. Niezależnie od frontu - za czy przeciw USA - na którym działają dawni jej partnerzy, Moskwa jakiś kontakt z nimi zapewne utrzymała i sądzi, i chyba się nie myli, że do pewnego stopnia może na ich pomoc i donosy (dolarów ma dość) ciągle liczyć.
I wreszcie, nie jest wykluczone, że mimo okropnej scenerii (wideo z egzekucji) czterej Rosjanie zostali zamordowani przez pomyłkę. Rosja miała prawo nie spodziewać się takiego bestialstwa, nie zasłużyła na to, prezydent Putin był przecież od początku zdecydowanym przeciwnikiem amerykańskiej interwencji w Iraku. Dlatego nie powinien dziwić fakt, że Władimir Putin wydał "polecenie" akurat w toku spotkania z następcą tronu Arabii Saudyjskiej i że skorzystał z tej właśnie okazji, aby oświadczyć, że "Rosja będzie wdzięczna wszystkim swym przyjaciołom za przekazanie wszelkich informacji" o mordercach jej czterech obywateli. Logicznie, no bo Arabia Saudyjska upowszechnia i finansuje przecież na całym świecie najbardziej dogmatyczną wersję islamu, gleby muzułmańskiego ekstremizmu i terroryzmu, i ma naturalnie chody także w Iraku, właśnie po sunnickiej, czyli najbardziej agresywnej stronie.
Wiadomo, kto karze drugiego, robi to przede wszystkim dla siebie. Ale w tym wypadku Putin robi to także dla nas.
16:06, leopold.unger
Link Komentarze (1) »