RSS
czwartek, 26 lipca 2007
Jak rozmawiać z terrorystą

4 lipca 1976 r. o świcie izraelscy komandosi wylądowali na lotnisku Entebbe w Kampali, stolicy Ugandy, zabili sześciu terrorystów, którzy w imię wyzwolenia Palestyny uprowadzili tam samolot Air France.

Komandosi uwolnili zakładników (po selekcji zostali w tym gronie sami Żydzi). Zginęło 45 żołnierzy ugandyjskich, którzy pomagali terrorystom w sprawdzaniu pochodzenia i pilnowaniu zakładników.

Z komandosów poległ tylko ich dowódca płk Netanjahu, który wycofywał się ostatni. Operacja "Błyskawica" ośmieszyła prezydenta Ugandy Idiego Amina Dadę, megalomana i protektora terrorystów.

W poważnej wersji "Błyskawica", czyli ewidentne pogwałcenie nienaruszalności suwerennego państwa, tzn. Ugandy, wywołało szok na świecie, zwłaszcza w ZSRR, państwie głęboko przywiązanym do szacunku dla sąsiadów.

Szok był oficjalny. Faktycznie bowiem spora część oburzonego świata była zachwycona doskonałością operacji, a przede wszystkim nauczką, jaką Izrael dał terrorystom. Krótko mówiąc, Izrael pokazał, że w pewnych okolicznościach odwagą i rozumem można wobec porywaczy, terrorystów i szantażu zastosować inny model rozmowy niż kapitulacja.

Przypominam te dawne czasy zaskoczony interesującym zbiegiem okoliczności. Z jednej strony, dowiedziałem się właśnie, że na lotnisku Entebbe powstało muzeum poświęcone operacji "Błyskawica". Jako memento i, pośrednio, jako dowód, że kiedy nie można inaczej

Z drugiej strony, zakończył się wielkim okupem skandal, jaki stanowiło wzięcie i przetrzymywanie przez nieskończenie długich osiem lat, w tropikalnym gułagu libijskim, sześciorga zakładników - pięciu bułgarskich pielęgniarek i palestyńskiego lekarza. Sposób odfajkowania tej hańby prowadzi do wniosku, że cywilizowany świat, zanim skapitulował przed terrorystą o nazwisku Kaddafi, powinien był jednak odwiedzić muzeum w Entebbe.

Uprzedzam atak: najważniejsze było ratowanie życia i wolności zakładników, pieniądze w takiej sytuacji nie grają roli. Ale mam prawo zapytać, czy wcześniej nie było innego sposobu ratowania niewinnych Bułgarek? Przecież kiedy chodziło o interesy amerykańskie (libijskie wybuchy na pokładzie Pan American w 1988 nad Lockerbie czy w dyskotece w Berlinie), to świeży kawaler Orła Białego Ronald Reagan nie wahał się zbombardować Trypolisu i Bengazi czy zatopić połowy floty libijskiej.

Dlaczego w sporze o ekstradycję domniemanego mordercy Litwinienki Londyn nie wahał się wyrzucić czterech dyplomatów rosyjskich, ryzykując mróz w stosunkach z naftową Moskwą, a nikt nie wyrzucił ani jednego dyplomaty libijskiego ani nie zaproponował w obronie zakładników Kaddafiego żadnych innych sankcji - wizowych czy finansowych?

Nie oszukujmy się: na model Entebbe nas nie stać, nie te czasy, nie ci komandosi, Kaddafi nie Idi Amin, Libia nie Uganda, Bułgarki nie Amerykanie. My potrzebujemy Kaddafiego, bo nafta, atom i terroryzm, padamy więc na kolana przed zwyczajnym albo nadzwyczajnym szantażystą i udając, że nie wiemy, o co chodzi, zwracamy mu po innej cenie (libijski nieboszczyk kosztuje dziesięć razy mniej niż amerykański) dolary, jakie zapłacił rodzinom ofiar z Lockerbie.

I zamiast skromnie ze wstydu spuścić oczy, to kiedy - i to bez jego udziału - Bułgarki już widziały światło w tunelu, prezydent Nicholas Sarkozy zamiast plunąć, wysyła do Kaddafiego własną żonę i sam też tam jedzie. Prezydent Francji będzie tam sławić, jak mówi, "kulturę islamską" przeliczającą karę śmierci na pieniądze. A my własnymi rękami i naszymi dolarami będziemy budować prestiż handlarza żywym towarem. I spokojnie czekać, aż ten sam albo jakiś inny nafciarz znowu weźmie nas za gardło.

14:56, leopold.unger
Link Komentarze (4) »
czwartek, 19 lipca 2007
O Reaganie

"Mr. Gorbatchev, tear down this Wall!". Cytuję w oryginale, bo apel Ronalda Reagana brzmi lepiej po angielsku, a i tak wszyscy rozumieją. Lepiej także po angielsku brzmiało "Ich bin ein Berliner" rzucone 25 lat wcześniej przez Johna Kennedy'ego. Reagan miał więcej szczęścia, dożył, widział zwalony mur.

Pamiętam dobrze ten dzień. Był 12 czerwca 1987 r. Byłem, jak wielu z nas, naprawdę pod wrażeniem przemówienia Reagana w Berlinie. Podziwialiśmy Reagana, ale przecież wiedzieliśmy, że to nie on sam zburzy kiedyś mur, że jego pershingi pomogą, ale same nie rozłożą Związku Sowieckiego.

Byliśmy już rok po Czarnobylu i widać było, że ZSRR się sypie. Nie ryzykowaliśmy dat, ale tłumaczyliśmy, że pierestrojka i głasnost rozsadzą sowietyzm od środka, że wyścig zbrojeń kryzys pogłębia, ale że ZSRR padnie od wewnątrz, bo jest tworem niereformowalnym i takiej reformy, jakiej potrzebuje, nie przeżyje.

Wiedzieliśmy także, że Reagan to nie anioł, że popierał MacCarthy'ego i nie wahał się donosić na kolegów, że z 11 przez niego oskarżonych uratował się tylko Bertold Brecht, a reszta poszła do więzienia, i po emigracji pozostała w niechlubnej historii amerykańskiego wstydu jako "dziesiątka z Hollywood".

A przecież tego dnia, kiedy Reagan w Berlinie wywoływał Gorbaczowa do światowej tablicy, wszyscy straciliśmy jasność sądu i byliśmy przekonani, że to nie człowiek, a miecz ognisty pisze historię. I byliśmy gotowi, choć w Warszawie rządził Jaruzelski, przyznać mu już wtedy Order Orła Białego.

Nie wiem, co powiedział w Kalifornii Lech Kaczyński, wręczając Orła wdowie po Reaganie. Ale formuła, jaką znalazłem w PAP-ie, że order został przyznany "za znamienite zasługi cywilne i wojskowe dla pożytku Rzeczypospolitej Polskiej", wydaje mi się prawidłowa. Dla pożytku, a nie bezpośrednio dla Polski.

O samej Polsce Reagan wiedział bowiem niewiele i - z wyjątkiem niektórych epizodów: "Solidarność", 13 grudnia, osoby Lecha Wałęsy i Jana Pawła II - Polską, jak wynika choćby z wątłych zapisków w jego dzienniku, nie bardzo się interesował. Nie dotarły do niego nawet materiały przesyłane przez pułkownika Kuklińskiego. Ale gest miał: w wigilię Bożego Narodzenia 1981 roku zapalił świeczkę w oknie Białego Domu.

Natomiast pośrednio dla pożytku Polski miał zasługi ogromne. Dla Polski i reszty zniewolonego świata. Jego formuła "imperium zła" zrobiła światową karierę, ubarwiła życie wielu dziennikarzy. I bardzo zaszkodziła Moskwie. Reagan bowiem był przede wszystkim wielkim mówcą, znakomitym komunikatorem. Jego skuteczna retoryka równie skutecznie sprzedawała agresywną politykę antysowiecką skierowaną zarówno przeciw samemu ZSRR, jak i jego wpływom za granicą, głównie w Europie i Ameryce Łacińskiej.

23 marca 1983 roku Reagan proklamował amerykański program zbrojeń w kosmosie. Dyskretnie określony jako Strategiczna Inicjatywa Obronna, pomysł, technicznie daleki od pewności, został natychmiast przez dziennikarzy mianowany "wojną gwiezdną". W jakim stopniu był to, jak twierdzą niektórzy, technologiczny i polityczny pocałunek śmierci ZSRR, czy też, co jest bardziej logiczne, tylko jeden z jego elementów, chyba już się nie dowiemy.

Pozostał natomiast w polityce amerykańskiej jakiś polski fatalizm. I wtedy, i dzisiaj obronny amerykański plan zbrojeń w kosmosie ostro wpływa na stosunki polsko-rosyjskie. Wtedy manewr z tarczą się udał. Z niewątpliwym pożytkiem dla Polski. Czy i jaki, z Bushem zamiast Reagana, pożytek przyniesie Polsce nowa tarcza amerykańska, to się dopiero okaże.

09:56, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
Błąd Putina

Najbardziej niebezpieczne w stosunkach między USA a Rosją są spotkania Busha z Putinem. Po każdym takim szczycie coś się natychmiast psuje.

Ledwo niedawno Putin zjadł homara w posiadłości klanu Bushów, ledwo minęło wzajemne poklepywanie się po plecach, a już Putin zawiesił udział Rosji w CFE, co jest skrótem od bardzo długiej nazwy traktatu o ograniczeniu sił konwencjonalnych w Europie. Każda umowa ograniczającą jakiekolwiek siły jest dobra. O CFE można powiedzieć, że - używając stylu byłej partii - był to traktat dobry, ale nie beznadziejny.

Żadnego gestu Putina, także tego, lekceważyć nie należy, ale zawieszenie czy odwieszenie CFE nie zmieni stosunku sił w Europie i nie powinno pogorszyć naszego poczucia bezpieczeństwa. Nie jest to bowiem akt z dziedziny wojskowej, ale politycznej.

Putin ma sporo powodów do niezadowolenia. Z jego punktu widzenia okrążenie Rosji przez NATO czy USA jest bezsporne. Prawie cała europejska strefa wpływów byłego ZSRR jest dziś częścią NATO, bazy USA wciskają się w każdą dostępną, bałkańską, kaukaską czy azjatycką szczelinę otwartą w pancerzu Rosji.

Kroplę w tym pucharze goryczy przelał projekt - na razie najzupełniej hipotetyczny - zainstalowania elementów osławionej już tarczy antyrakietowej w Polsce i w Czechach. Putin nie mógł nie zareagować. Włoska "La Repubblica", która dołączyła od niedawna do moich codziennych lektur (z widokiem na liguryjskie morze), nazwała decyzję Putina "blefem".

Ja bym się tak daleko nie posunął, nie wiadomo bowiem na razie, jaki będzie jego następny krok. A że będzie, to nie ulega kwestii, bo Bush wyraźnie lekceważy propozycje czy pogróżki Kremla i nie ma zamiaru, jak o tym świadczy wizyta prezydenta Kaczyńskiego w Waszyngtonie, z projektu tarczy zrezygnować.

Przypuszczam, że Putin popełnił błąd, z którego nie wie, jak się wycofać. W opozycji wobec tarczy, operacji tak nieudolnej, że robiącej wrażenie całkowitego zaskoczenia, Putin posunął się chyba za daleko. Nie wobec zachodniej opinii publicznej, ale wobec własnej. Nieostrożnie rozhuśtał ogromną hecę, nie na świecie, ale w Rosji.

Putina można zrozumieć. Jest w sytuacji przedwyborczej. Wbrew pozorom nie jest to gra do jednej bramki. Wokół i wewnątrz Kremla toczą się dziwne przepychanki, Putin musi grać ostrożnie. Prezydent przeżywa coś w rodzaju zawrotu głowy od sukcesów naftowych i gospodarczych w ogóle. Rosji powodzi się lepiej, a Rosjanom, choć nie wszystkim, także.

Putin jednak chyba sądzi, że by zapewnić sobie odpowiednią rolę w rządzeniu Rosją po zakończeniu swej prezydentury, musi do bilansu dodać jakiś wielki gest imperialny. I dodał. Za mocno. Znalazł się na tarczy.

O żadnej nowej wersji zimnej wojny nie ma naturalnie mowy. Nie te czasy, nie te interesy, nie ta ideologia. Ale powiało chłodem. Niepotrzebnie. Wielka strategia amerykańsko-rosyjska polega więc w tej chwili na gorączkowym poszukiwaniu sposobu ratowania twarzy Putina, tak aby przy tej okazji nie stracił jej Bush. Dużo tego nie zostało, ale łatwo nie będzie.

09:54, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 lipca 2007
Nie ci lekarze

Jeden spisek lekarzy już był. 13 stycznia 1953 r. sowiecka agencja prasowa TASS ogłosiła, że organy bezpieczeństwa wykryły "terrorystyczną grupę lekarzy, którzy przy pomocy szkodliwego leczenia postawili sobie za cel skrócenie życia aktywnym działaczom Związku Sowieckiego" z - naturalnie - nieśmiertelnym Stalinem na czele.

Lekarze ci mieli być zwerbowani do współpracy przez brytyjski i amerykański wywiad za pośrednictwem żydowskiej organizacji międzynarodowej Joint. W 1956 r. Chruszczow stwierdził, że cała ta "haniebna" sprawa została sfabrykowana przez Stalina. Spisek lekarzy miał być pretekstem do nowej politycznej czystki w ogóle, a masowej deportacji Żydów do Azji w szczególności.

W 2007 r. jakiś Chruszczow powinien stwierdzić, że tym razem nikt niczego nie sfabrykował i że tania analogia, modna w niektórych mediach, między prawdziwym spiskiem grupy muzułmańskich lekarzy zamieszanych w prawdziwe zamachy terrorystyczne na terenie Wielkiej Brytanii, a spiskiem białych kitli wymyślonym przez Stalina stanowi absurd, nadużycie i gwałt na Historii.

Ale sprawa muzułmańskich lekarzy nie tylko dlatego jest warta uwagi. Z jednej strony, w tym konkretnym przypadku pada mianowicie znowu mit o islamistycznym terrorze jako buncie biednych, bezrobotnych upokorzonych. Znowu, albowiem żeby nie sięgać dalej, Mohammed Atta, przywódca bojówki, która zniszczyła 11 września 2001 serce Manhattanu, był, tak jak jego wspólnicy i dziś następcy w Londynie czy Glasgow, wykształcony na Zachodzie i też wychował się we względnym dobrobycie.

Z drugiej strony, w szerszym kontekście, warto się zastanowić nad obecnością ludzi wykształconych zwanych inteligencją w rozmaitego typu ruchach terrorystycznych. Właściwie tylko irlandzka IRA była ruchem dołów - katoliccy członkowie IRA, którzy zabijali protestantów, rekrutowali się rzeczywiście spośród rzesz robotników pozbawionych jakiejkolwiek, w ich mniemaniu, przyszłości, dla których czyn zbrojny był ważnym elementem afirmacji społecznej.

Nie wiem, co wykazałoby naukowe zbadanie socjalnego składu zjawiska terroryzmu. Są naturalnie cząstkowe analizy dotyczące np. procesu powstawania grupy, choćby właśnie lekarzy czy studentów, powstające zazwyczaj wokół jednego przywódcy, do którego dołączają ludzie z jego kręgu czy klasy.

Można chyba jednak powiedzieć, że żaden albo prawie żaden (z wyjątkiem wspomnianej IRA) z innych ruchów terrorystycznych nie mógłby rewindykować specyficznie proletariackich korzeni. Niemiecka Banda Baadera, która ma na koncie prawdziwy terror, składała się ze studentów z tzw. dobrych na ogół domów. Czerwone Brygady we Włoszech nie składały się ani nie składają (bo ciągle operują) z proletariuszy. Baskijska ETA to, na ogół dobrze, dzięki Hiszpanii, wykształceni młodzi ludzie z wysoko kwalifikowaną polityczną reprezentacją.

Dziwne? Niezupełnie. Od Kropotkina w Rosji poprzez wspomniane rozmaite Baadery aż po dr. Aymana al-Zawahiri, zastępcę Osamy ben Ladena w al Kaidzie, prześledzić można zjawisko, które można by określić jako ideologiczną (religijną) fascynację inteligentów gwałtem i terrorem jako sposobem regulowania konfliktów społecznych.

Prorokiem tej fascynacji był Frantz Fanon, autor książki pod tytułem "Les damnés de la Terre" (po polsku ukazała się w 1961 r. pod gorzej brzmiącym tytułem "Wyklęty lud ziemi"), prawdziwej Biblii czy Koranu buntu Trzeciego (a dziś muzułmańskiego) Świata.

Ostatnie wydarzenia potwierdzają tezę, że naturalnie nie wszyscy muzułmanie są terrorystami, ale dziś prawie wszyscy terroryści i wszystkie "ludzkie bomby" w Wielkiej Brytanii, Pakistanie czy w Indiach są muzułmanami. Można już pisać nowe, zaktualizowane wydanie "Wyklętego ludu ziemi". Po arabsku.

10:04, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 lipca 2007
Odbudujmy mur

Mur w Berlinie był jedynym murem, o którym dawno temu obszernie pisałem z nadzieją na jego szybkie zburzenie. Udało się. Ostatnio znowu zajmowałem się murami - z nadzieją na ich odbudowę. Nie w Berlinie (chociaż także), ale w Krakowie, przy okazji konferencji i wystawy zorganizowanej przez podwawelskie Międzynarodowe Centrum Kultury na temat rewitalizacji byłych dzielnic żydowskich w miastach po naszej stronie muru.

"Rewitalizacja" brzmi barbarzyńsko, ale sprawa jest szlachetna. Konkretnie chodzi o odbudowę murów domów czy dzielnic, pośrednio chodzi o przywracanie pamięci o świecie i ludziach, którzy wraz z murami bezpowrotnie zginęli. Eksperci zastanawiali się, mówiąc w skrócie, jak odbudowywać, aby przywracając życie murom, przywrócić także pamięć o Żydach, którzy w nich żyli i stanowili - tak jak na Kazimierzu w Krakowie - niezbywalną część historii ich miasta i kraju.

Jak ratować pamięć z zalewu turystycznej tandety i masowej konsumpcji? Czy i jak można w ogóle ratować dziedzictwo bez dziedziców? Albo - jeszcze trudniejsze pytanie - czy i jak można komuś, wspólnocie ludzi czy dzielnicy miasta, narzucić akceptację dziedzictwa niechcianego?

Międzynarodowej konferencji towarzyszyła też międzynarodowa wystawa. Międzynarodowa, bowiem zdjęcia i materiały, które złożyły się na wstrząsający obraz "Świata przed katastrofą", świata krakowskich Żydów przed Zagładą, pochodziły z wielu miejsc na świecie, gdzie żyją jeszcze świadkowie, np. ci z listy Schindlera, lub ich potomkowie.

Konferencja i wystawa otoczone były podwójną niejako symboliką: cieniem pobliskiego Auschwitz i blaskiem imponującego sukcesu Żydowskiego Festiwalu na Kazimierzu. Chodziło jednak nie tylko o symbole. Imprezy takie jak konferencje i wystawy w ogóle, a architektoniczne w szczególności, należą do sfery kultury. Te dwie jednak były także, a nawet bardzo, wydarzeniem politycznym. Nie byłoby wszak, w takiej skali i tak poważnej, ani jednej, ani drugiej, gdyby, tu wracamy do początku, mur berliński jeszcze straszył.

Polska demokracja otworzyła, jak kiedyś zauważył Adam Michnik, starą lodówkę. W III RP wyszło z niej sporo dobrych rzeczy : wolność słowa, wolność przywracania pamięci - o Polakach, a także o Żydach, ale wyszła też wolność dla antysemitów i pamięć również o "mieczykach".

Tej drugiej pamięci zabrakło na wystawie. Krakowscy (czy np. lwowscy, to też Galicja) Żydzi to nie tylko pejsata bieda czy pejsaci ortodoksi, to także żydowscy studenci i polskie "mieczyki", antysemickie zamieszki i getto ławkowe na uczelniach. To także prof. Stanisław Estreicher czy Adam Vetulani i inni prawdziwi Polacy, którzy nie wahali się bronić żydowskiej młodzieży przed pałkami i żyletkami bojówkarzy z "mieczykami".

Dziedzictwo to nie tylko odbudowana synagoga. Ona sama pamięci o Żydach i Zagładzie nie przywróci. Nie przywróci polskiej pamięci dziesięciu wieków obecności Żydów na polskiej ziemi. Po krachu komunizmu Bartoszewski, Mazowiecki, Błoński, ks. Musiał czy Miłosz i Giedroyć bili się o przywrócenie polskim Żydom ich historii i przywrócenie historii Polski - historii jej Żydów. Inaczej mówiąc, uznali, że trzeba, obok nowego życia, w "rewitalizowane" kamienie tchnąć dawną pamięć i duszę. Inaczej zamieszka w nich Dybuk.

15:27, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
Nie trzeba było umierać za pierwiastek

W ciągu tysiąca lat swojej historii Polacy umierali często i gęsto, na wszystkich frontach wszystkich wojen. Gotowi byli umrzeć znowu, w Brukseli, pierwszy raz nie w imię hasła "Bóg, Honor, Ojczyzna" czy "Za waszą wolność, i naszą" , a za krótki i dla większości Polaków niezrozumiały przepis dotyczący sposobu głosowania w instytucjach europejskich.

Nie musieli umierać. Nikt zresztą w Brukseli nie chciał umierać za cokolwiek, i choć inni mieli nawet ostrzejsze zastrzeżenia wobec propozycji Angeli Merkel, to nikt, poza Polakami, samobójstwem nie groził.

Wszyscy wyjechali zdrowi i pozornie zadowoleni. Żaden kompromis nie jest idealny i nowy dokument zwany traktatem (słowo konstytucja zostało definitywnie usunięte), ma tyle zalet co wad, sprawdzi się dopiero w użyciu. Już jednak można uznać, ze stawia on przed Europą dwa podstawowe wyzwania.

Po pierwsze, jak w złym thrillerze z fałszywym (bo nie mogło być innego końca) suspensem do ostatniej chwili, cała dramatyczna awantura odgrywała się o lata świetlne od zmartwień normalnego obywatela Europy.

Inaczej mówiąc, nasi liderzy muszą zrozumieć, że jeżeli Europa ma mieć jakąś ponadbiurokratyczną przyszłość, to nie wystarczy uchwalić tego, co ktoś tutaj o brzasku, zmęczonym szeptem nazwał "traktatem uproszczonym, ale bardzo skomplikowanym", a trzeba przetłumaczyć treść tego dokumentu na język ludzkich aspiracji. Trzeba go przenieść z elity do ludu, z salonów do kuchni. Inaczej mogą być znowu niespodzianki. Po uchwaleniu traktatu przyjdzie wszak 27 jego ratyfikacji. Tu obowiązuje jednomyślność.

Większość państw ma podjąć tę próbę w swoich parlamentach, co też nie wszędzie, np. w Danii, jest z góry skazane na sukces. Na pewno w Irlandii (a może i w Wielkiej Brytanii i Holandii) ma się to dokonać drogą referendum. Nikt nie może przewidzieć wyniku. Każdy jednak powinien pamiętać słynne holenderskie "nie" wobec eurokonstytucji.

Drugie wyzwanie traktatu sięga znacznie wyżej. Traktat ma wyłuskać Europę z obecnej fazy lekkiego paraliżu. Można przecież odnieść wrażenie, że zrodzony na zgliszczach II wojny dreszcz europejskiej jedności, powoli wygasa, że wizja zjednoczonej Europy osiągnęła granicę swoich możliwości, że tkwimy w czymś, co tu się określa jako "europejską depresję". Niektórzy uważają nawet, że między państwem narodowym a światem globalnym takie twory jak Unia Europejska są w ogóle niepotrzebne.

Wystarczyło śledzić tragikomiczną historię dwóch białych nocy w Brukseli, aby odnieść wrażenie, że wracamy do dominacji państw narodowych nad hasłem jedności kontynentu, że egoizmy, słuszna albo demagogiczna obrona własnych interesów bierze górę, usuwa na dalszy plan wielką wizję Wspólnoty, że zamiast szukać mostów w przyszłość, wraca się, tak jak to zrobił premier Kaczyński, do zjaw przeszłości.

Włączenie milionów polskich ofiar wojny do obliczania pierwiastka wywołało okropne wrażenie, które szybko nie minie. Naruszyło bowiem cement jedności i warunek zgodnego funkcjonowania Europy, jakim jest pojednanie francusko-niemieckie i jego logiczne, wydawało się, uzupełnienie pojednaniem polsko-niemieckim.

Jak każda tego typu organizacja Unia Europejska także funkcjonuje na zasadzie stosunku sił i konieczności szukania kompromisu. Ale bardzo niedobrze się dzieje, kiedy do kompromisu dochodzi się przez siłę i ultimatum. W sobotę o świcie kompromis, jak sukces, miał wielu ojców. Wszystkie twarze zostały zachowane. Niektóre, tylko do chwili spojrzenia w lustro.

15:26, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
Pożegnanie Le Pena

Muszę znowu prosić o nieskładanie kondolencji. Miesiąc po odnotowaniu zgonu Francuskiej Partii Komunistycznej (po niedzielnych wyborach to już tylko "przyczepka" w faktycznie dwupartyjnym parlamencie), nie bez satysfakcji mogę ogłosić kolejną żałobę.

Tym razem naprzeciw, na skrajnej prawicy. Front Narodowy kierowany przez Jean-Marie Le Pena nie ma żadnego posła i przestał się liczyć.

Nieobecność Frontu w parlamencie nie jest niespodzianką. W poprzednim parlamencie Front także nie miał ani jednego posła. Ale w 2002 r. FN dostał ponad 11 proc. głosów i za jego nieobecność w parlamencie odpowiedzialność spadała na niesprawiedliwą ordynację wyborczą. Za nieobecność w parlamencie wybranym w niedzielę Front ordynacji obwiniać nie może. Tym razem dostał 4,3 proc. głosów i był to najgorszy wynik od 25 lat. Inaczej mówiąc, w niedzielę wyrzucił go naród.

W kwietniu roku 2007, 79-letni Le Pen marzył o powtórce kwietnia roku 2002. Ziemia się wtedy zatrzęsła we Francji i w Europie. Tak jak kiedyś Tymiński wyrzucił Mazowieckiego i został w drugiej turze sam na sam z Wałęsą, tak pięć lat temu Le Pen wyrzucił socjalistycznego premiera Lionela Jospina i stanął do drugiej prezydenckiej rundy naprzeciw Jacques'a Chiraca.

Francuzi w strachu wybrali Chiraca, który z mniej niż 20 proc. w pierwszej turze, w drugiej uzyskał sowiecki wynik powyżej 80 proc.

Ale powtórki nie było. Było pudło. Z 17 proc. głosów w 2002 r. Le Pen zleciał, pięć lat później na 10,5 proc.

Nie chodzi o statystykę. Le Pen był w pewnych kręgach popularny, jego obrzydliwe powiedzonka (np. o wymordowaniu 6 mln Żydów jako "detalu w historii"), jego rasizm, demagogia, antyeuropeizm i ksenofobia wywoływały burzę w prasie, ale nie we względnie szerokich rzeszach wyborców.

Prorok wszystkich nieszczęść jakie miały spaść na Francję, wyjątkowo sprawny przed kamerami, mistrz złośliwej riposty, Le Pen i jego skrajna prawica wydawali się być stałym, zakotwiczonym wektorem życia politycznego. Takim, jak to ktoś napisał, kaktusem w ogrodzie francuskiej demokracji.

Kaktus kłuł. Choć Front do władzy nigdy się nawet nie zbliżył, to dysponował kolosalną siłą szkodzenia, manipulowania zwłaszcza młodymi, sączył nacjonalizm i truciznę rasistowską, kusił skuteczną, zwłaszcza po rewolcie muzułmańskich przedmieść demagogią antyimigracyjną, dał niezadowolonym możliwość głosowania "mamie na złość", ofiarował trybunę ekstremistom, sierotom po Vichy, antysemitom czy zgoła faszystom i stwarzał szansę protestu dla ofiar globalizacji, wykluczonych z dobrodziejstw transformacji. Był taki moment, kiedy mówiono już nie o Le Penie, a o lepenizacji części społeczeństwa.

Już się nie mówi. Podwójnej klęski wyborczej w 2007 r. Le Pen nie przewidział. Le Pen się pomylił. Nie docenił Sarkozy'ego. To też znakomity mówca i uprzejmy, ale przebiegły polemista, który się już nieraz z Le Penem mierzył. To jedyny z polityków francuskich, który do tego pojedynku stawał i wychodził z niego z tarczą.

Sarkozy to także lepszy strateg. Pobił Le Pena na jego własnym boisku, twardo i przekonywująco mówił o imigracji, bezpieczeństwie, tożsamości narodowej. I miał ostateczny argument: jasny, konkretny program oraz szansę objęcia władzy, a więc także realizacji obietnic. Pokazał, jak się wygrywa w polityce w ogóle, a z demagogią, populizmem i skrajną prawicą w szczególności.

Le Pen chciał być Ryszardem Lwie Serce. Sarkozy zrobił z niego króla Ubu. Nie nigdzie, a we Francji.

15:24, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »