RSS
wtorek, 29 lipca 2008
Szczęście Kaddafiego


Bogacze, wiadomo, nie mają rodziny, mają tylko spadkobierców. Dyktatorzy, to także wiadomo, też nie mają rodziny, a mają tylko następców. Pułkownik Kaddafi dementuje te aforyzmy. Ma jedno i drugie. To dyktator bogaty, a do tego szczęśliwy: ma mianowicie pięcioro (niektóre źródła podają wyższe liczby) dzieci i tyluż potencjalnych następców i spadkobierców.

Na tym jednak szczęście Kaddafiego się kończy. Jeżeli bowiem w odniesieniu do ludzi zarówno bogatych, jak i dyktatorów najlepszym spadkiem, jaki mogą oni pozostawić swym następcom i spadkobiercom, jest - jak powiadają mędrcy - dobre wychowanie, to akurat to się Kaddafiemu niezupełnie udało.

Wszystkie jego dzieci trafiły już na pierwsze strony gazet z rozmaitych, na ogół mało szlachetnych powodów. Zabrakło bowiem najlepszego ze spadków: dobrego wychowania.

Cała progenitura, wszyscy następcy i spadkobiercy pułkownika znani są z pogardy dla prawa, lekceważenia przepisów, bezczelnego luksusu, chuligaństwa w sporcie, zamiłowania do szybkich samochodów i utrwalania swoich pozycji wyjściowych do następstwa i bogactwa. Oraz z bezkarności.

I tak na przykład, najstarszy, Mohammed, 37 lat, zaproponował Benedyktowi XVI, by przeszedł na islam. Następny, Seif al Islam, 36 lat, handlował martwym towarem: to on negocjował odszkodowania za zamordowanie libijską bombą kilkuset pasażerów samolotu Pan Am nad Szkocją oraz wykup niewinnych bułgarskich pielęgniarek skazanych na śmierć przez jego tatusia.

Trzeci, Saadi, 35 lat, chciał koniecznie grać w futbol, grał więc we włoskich klubach kupowanych przez ojca. Kiedy drużyna, którą sponsorował, w Libii przegrywała, jego kibice niszczyli część miasta, a mecz jego klubu z klubem jednego z braci zakończył się wynikiem 20 zabitych, z sędzią włącznie.

Córka, Ajsza, 31 lat, blondynka (od niedawna) zwana libijską Claudią Schiffer, odwiedziła Hyde Park, gdzie otoczona plutonem ochroniarzy oddała, u szczytu terroru w Irlandii, hołd "bojownikom IRA". I było cicho.

Najnowszy rozdział sagi Kaddafich zapisał Hannibal, 32 lata, czytelnikom tabloidów znany jest od dawna, m.in. od kiedy, nie zwracając uwagi na kolor świateł, zasuwał 150 km na godz. Polami Elizejskimi, a jego ochrona mocno pobiła interweniujących policjantów. Teraz pobił nie tylko policjantów, ale także własną służbę, nie na ulicy, lecz w pięciogwiazdkowym hotelu, i nie w Paryżu, ale w Genewie.

Ponieważ Szwajcaria potrzebuje mniej ropy libijskiej niż Francja, krewki Hannibal trafił na Wilhelma Tella, poszedł na dwa dni do ciupy i zapłacił za wykup ponad 300 tys. euro. Awantura jest ogromna, pułkownik wstrzymał dostawę ropy do Szwajcarii, zablokował z nią interesy, wyrzucił, a nawet aresztował kilku biznesmenów znad Lemanu. Ale najważniejsze, że absolutnie cały naród libijski jest oburzony.

Dlaczego, pytam się zdziwiony, od razu cały naród? Zdziwienie nieuzasadnione, tłumaczy ekspert od pułkownika, w Libii rodzina Kaddafich jest niedotykalna. Jest po prostu święta. Tak jak w innych krajach arabskich jest poza zasięgiem wymiaru sprawiedliwości. Sam fakt przesłuchania Hannibala stanowił afront nie do wybaczenia. A co dopiero tiurma! Dla Libijczyków Szwajcaria winna jest bluźnierstwa.

Co robić? Do tej pory naród libijski i inne bratnie narody broniły Mahometa malowanego na Zachodzie. Teraz broni Hannibala przed policją szwajcarską, która odmawia zgody na wszechświatowy immunitet wszystkich dzieci wszystkich dyktatorów. Odmawia słusznie. Inaczej musiałaby niedługo nadstawić innemu spadkobiercy drugi policzek. Chyba, że jest już zajęty.

11:27, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 lipca 2008
Prezent niebanalny, moment historyczny


Putin wraca do swoich, w ramiona Busha (ostatni raz), Sarkozy'ego (kolejny raz). Okazja wymarzona - inauguracja igrzysk olimpijskich w Pekinie.

Nie przyjedzie z pustymi rękami - jego minister spraw zagranicznych Sergiej Ławrow już przywiózł odpowiedni prezent. Podpisał właśnie w Pekinie protokół ustalający sporną trasę niewielkiego odcinka wschodniej - wzdłuż rzeki Amur - granicy chińsko-rosyjskiej. Ani moment, ani prezent nie są banalne.

Nie chodzi bowiem o byle jakie czasy czy kraje. W ostrej konkurencji ideologicznej, w bardzo gorącej fazie zimnej wojny oba komunistyczne giganty rewindykowały monopol leninowskiego dziedzictwa i wyłączność promieniowania na światowy proletariat. Chiny i ZSRR były wówczas w ostrym konflikcie, a spór, naturalnie zastępczy, o trasę krótkiego odcinka granicy trwa od lat 40.

Jego zakończenie ma więc charakter nie geograficzny, ale polityczny. Stanowi kompromis, który jest istotnym epizodem w eliminowaniu przez obie strony źródeł napięć przeszkadzających w osiągnięciu nirwany, czyli tzw. strategicznego partnerstwa. Jak wiadomo z historii, może ono, choć nie musi, wpływać na układ sił na świecie, w tym wypadku na likwidację albo co najmniej zmniejszenie amerykańskiej dominacji.

Ten kawałeczek granicy to też prawdziwy symbol. Pamiętam dobrze codzienne "poważne ostrzeżenia" chińskie w roku 1969 i następnych skierowane pod adresem sowieckich imperialistów.

Widziane z daleka ostrzeżenia były traktowane serio. Mao był zdolny do wszystkiego. Stosunki sowiecko-chińskie pogarszały się z każdym dniem. Gdzieś daleko, na dnie Azji, toczyła się prawdziwa wojna, ginęły tysiące żołnierzy. Poważne gazety analizowały możliwości wielkiego konfliktu, z nuklearnym włącznie.

Ważne, że w tle wojny nad Amurem tkwiło kwestionowanie przez Pekin traktatów podpisanych przez imperia rosyjskie i mandżurskie w XIX wieku, a nawet jeszcze starszych, określanych przez Chiny jako "nierówne", czyli, w normalnym języku, jako wymuszone, co zresztą odpowiadało prawdzie.

Nie wiem, w jakiej mierze przywieziony przez Ławrowa prezent (174 km kw.) położy kres tej kazuistyce i towarzyszącej jej nostalgii, ale jestem pewny, że o "wymuszonych" terytoriach Chiny nigdy nie zapomną.

I wreszcie, historia lubi precedensy i zgłasza się po swoje. Przypomnijmy więc, że w uzupełnieniu sojuszu Stalina z Hitlerem (sierpień 1939) ZSRR i Japonię łączył pakt o neutralności i poszanowaniu terytoriów. Kiedy w sierpniu 1945 Amerykanie bezlitośnie dobijali Japonię i gołym okiem widoczny już był koniec wojny na Dalekim Wschodzie, Moskwa nagle wypowiedziała pakt i 8 sierpnia (trzy dni po Hiroszimie) uruchomiła operację "Burza sierpniowa", odważnie najeżdżając agonizującą Japonię i grabiąc cztery Wyspy Kurylskie.

Otóż nasuwa się pytanie: jeżeli jest możliwe uznanie, choćby częściowe, przez Moskwę terytorialnych krzywd i pretensji chińskich na Amurze, to, co stoi na przeszkodzie w ostatecznym załatwieniu kwestii czterech Wysp Kurylskich, o których Japonia nie zapomina i które, 60 lat po wojnie, ciągle uniemożliwiają zawarcie traktatu pokojowego między Rosją a Japonią?

Czy można więc mówić o nowym "prezencie"? Putin przyniesie dar w pierwszy dzień igrzysk. A Miedwedew może coś przyniesie na zakończenie? Nic przecież tak nie podtrzymuje wielkich przyjaźni jak małe prezenty.

14:40, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 lipca 2008
Bronisław Geremek w europarlamencie. Bach pomaga


Moim zdaniem to nie ma sensu, szkodzi Polsce i mnie także się to bardzo nie podoba. Niech mi pan więc pomoże to zmienić" - ta odpowiedź Geremka na krytyczną uwagę zachodniego dziennikarza odnosiła się do spraw konkretnych, w tym wypadku zarówno do odmowy prezydenta Lecha Kaczyńskiego podpisania traktatu z Lizbony, jak i publikacji książki historyków IPN na temat Lecha Wałęsy, ale oddaje jego sposób rozmowy z prasą w ogóle.

Nikt w Polsce tak jak Geremek z zachodnią prasą rozmawiać nie umiał. Znał kilka języków, na konferencjach potrafił odpowiadać na pytania w narzeczu pytającego. Ponieważ ponadto miał ogromne poczucie humoru i sporą dozę autoironii, to jego nawet złośliwe (bywały i takie) albo mentorskie odpowiedzi (takie też bywały), zawsze połączone z jasnością myśli i kompetencją, ani nie nudziły, ani nie zrażały rozmówcy, lecz wprost przeciwnie, budziły uznanie i sympatię. Było na Geremka ogromne zapotrzebowanie - był chyba najbardziej z europejskich polityków poszukiwanym rozmówcą w międzynarodowych mediach.

A kiedy dziennikarz się skarżył na nudę przywoływanych dokumentów lub bezsens niektórych decyzji, to Geremek miał dla niego radę. "Niech pan robi tak jak ja - mówił - i studiuje Europę, słuchając Bacha. To pomaga". Mimo że wiedział, iż nawet Bach nie potrafi przemóc trudności lektury niektórych płodów europejskiej biurokracji.

Geremek po prostu rozumiał - i umiał z tego korzystać - że poważnie traktowane prasa i media mogą być najlepszym pośrednikiem w przekazywaniu idei własnych cudzej opinii publicznej. Tylko trzeba wiedzieć, jak to robić. On wiedział.

Wiedział także, że lepiej milczeć, niż kłamać. My w "Le Soir" wiele możemy na ten temat powiedzieć. Geremek, nawet kiedy był w "niedoczasie" (a był chyba zawsze), nigdy tej belgijskiej, brukselskiej gazecie nie odmawiał rozmowy. Nie tylko z osobistych sympatii, ale w przekonaniu (czasem może na wyrost), że ta gazeta, w stolicy Europy, daje mu szansę dotarcia do kogo trzeba i przedstawienia temu komuś argumentów na rzecz polskiej racji stanu w Europie.

Dzięki tym cechom był - to rzadkość u polityków - wiarygodny. I w stanie wojennym, kiedy każdą możliwą drogą sprzedawał "Solidarność" burżujom po tamtej stronie muru. I kiedy jako minister spraw zagranicznych wyważał drzwi do NATO, i potem, kiedy pomagał wyważać drzwi do Unii. I kiedy jako europoseł był gotów, czasem w pozornie beznadziejnych sytuacjach, niezależnie od tego, co prywatnie myślał o niektórych politykach w Warszawie, ratować, wbrew nim właśnie, w prasie zachodniej godność i wizerunek polskiego państwa.

Zbigniew Brzeziński przypomina wywiad Geremka w telewizji amerykańskiej, kiedy dziennikarz zapytał go o "szeroko rozpowszechniony polski antysemityzm". Geremek odpowiedział: "Moja rodzina zginęła w getcie. Ja zostałem, po wolnych wyborach, w wolnym rządzie, polskim ministrem spraw zagranicznych. Czy to panu wystarczy?".

Dziennikarzowi amerykańskiemu może wystarczyło. Mnie nie. Część polskiego społeczeństwa "nigdy nie darowała Geremkowi, że był Żydem", tak Krzysztof Kozłowski, były minister spraw wewnętrznych, senator i zastępca redaktora naczelnego "Tygodnika Powszechnego", w gorzkich słowach podsumował haniebne anonimy, "nienawistne bluzgi", jak je określa, które po śmierci profesora pojawiły się w internecie.

"Stworzyliśmy Europę - powiedział kiedyś Geremek - teraz trzeba jeszcze stworzyć Europejczyków". Jak się okazuje, także, jeżeli nie zwłaszcza, w Polsce.

15:35, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
Prof. Wojciech Skalmowski nie żyje


Wybitny eseista, krytyk literacki zmarł w piątek w Brukseli. Miał 74 lata.

Wojciech Skalmowski był jednym z wielkich polskich wygnańców XX wieku (wyemigrował w 1968 roku), był emerytowanym profesorem uniwersytetu w Louvain (wykładał po holendersku - w kilka miesięcy nauczył się języka), jednego z najstarszych uniwersytetów europejskich. Językoznawca, orientalista, literaturoznawca i krytyk literacki "Kultury" paryskiej, współpracownik "Tygodnika Powszechnego". Zmarł po długich, heroicznych, beznadziejnych zmaganiach z okropną chorobą.

Erudyta, wyjątkowo klarowny wykładowca, opowiadał z fascynacją o dawnych czasach, o historii starej Persji, kiedy ajatollahów jeszcze nie było, ale potrafił także w kilku językach wyjaśnić bieżące wątpliwości i wytłumaczyć, skąd się ajatollahowie wzięli we współczesnym Iranie i co z tego, raczej złego, dla świata wynika.

O naukowym dorobku Skalmowskiego powinni napisać jego koledzy czy uczniowie. Bliskim imponował jego wyjątkowy stosunek do paryskiej "Kultury", a przede wszystkim ogromny szacunek dla roli i postaci Jerzego Giedroycia, prototypu, w jego pojęciu, bezinteresownego męża stanu, którego, jak mówił, tak bardzo Polsce brak. Drukował pod pseudonimem "M. Broński" (nigdy nie używał imienia, więc do dziś nie wiadomo, co znaczyło to "M" z kropką). "Kulturze", bez żadnej rekompensaty materialnej, poświęcał sporo wolnego czasu z tego, jaki mu pozostawiały zawodowe zajęcia.

Szerszej polskiej świadomości przypomniał się niedawno poprzez wybór felietonów „Lektury dla » Kultury «” (wydawnictwo UMCS w Lublinie), a zupełnie niedawno poprzez opublikowane przez Wydawnictwo Literackie jego korespondencje ze Sławomirem Mrożkiem. Genezę tej „cegły”, jak ją Skalmowski nazywał (ponad 850 stron), omówił we wstępie Andrzej Borowski. Jej przejmującą, po obu stronach, myśl przewodnią najlepiej oddał sam Skalmowski. 25 czerwca 1999 r., po bardzo nieudanym pobycie w Krakowie i rozczarowującej próbie kontaktu z Uniwersytetem Jagiellońskim, pisał do Mrożka: „Cały ten pobyt mocno mnie sieknął psychicznie. (...) Myślę, że główną przyczyną było uświadomienie sobie, że i tam nie ma już czego szukać, a więc, że ani tu, ani tam nie ma nadziei na poczucie się u siebie...”.

Taki los, taka jest właściwie cała książka, Polak - wieczny tułacz, dwaj wyjątkowo subtelni intelektualiści bez miejsca na ziemi... Mrożka przypominać nikomu nie trzeba. O Skalmowskim zapomnieć nie wolno. Polski na to nie stać.

15:32, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 lipca 2008
Siła i uprzejmość


Jacques Chirac, były prezydent Francji, miałby rację, gdyby dziś, a nie 18 lutego 2003 r., wysłał w świat swoje słynne westchnienie na temat Polski, która "zmarnowała moment, kiedy powinna była siedzieć cicho".

Pięć lat temu za podpisanie dwóch listów w sprawie Iraku z naciskiem na decydującą rolę sojuszu euroatlantyckiego, Chirac zarzucił Warszawie szkodzenie interesom Polski i Europy. I się mylił. Dziś to samo sobaczenie byłoby jak znalazł. Sarkozy nie sobaczy, ale jest tego samego zdania.

Dziś kurz opadł, reflektory przeniosły się gdzie indziej, można spokojnie ocenić straty. Nie chodzi mi o sprzątanie po niepodpisaniu przez prezydenta Kaczyńskiego ratyfikacji Lizbony. Taki bilans już zrobili inni i lepiej. Warto natomiast spojrzeć, jak mawia G.W. Bush, w głąb europejskiej duszy.

To nie buchalteria strat, ale stan ducha: uczucie zaskoczenia, zdziwienia, niezrozumienia ozdobionego ironią i, nie ma co kryć, niesmaku albo po warszawsku - zniesmaczenia, określa dziś w dużym stopniu stosunek Brukseli do politycznej Polski.

Zaskoczenie - to jasne. Tu przecież żywa jest pamięć patetycznego telefonicznego nocnego baletu dwóch braci - pod niewyspanym okiem kilku przywódców europejskich - między Brukselą a Warszawą i ich ówczesnej satysfakcji z osiągniętego sukcesu. Dlaczego, pytają, irlandzkie "nie" wymazuje Kaczyńskiego "tak", którego i tak uniknąć się nie da?

Potem zdziwienie. Przecież, powiadają, polska blokada Europy nie zablokuje. Europa, tak czy inaczej, pójdzie naprzód. Polska zostanie z tyłu, będzie musiała gonić awangardę. Czy to nie jest zwyczajna strata czasu? Czy towarzystwo Irlandczyków i Czechów jest lepsze i bardziej obiecujące niż Niemców, a przede wszystkim Francuzów, którzy z sukcesu ratyfikacji Lizbony zrobili hasło swojej prezydencji?

Sarkozy niczego nie zapomina, tak szybko nie wybaczy Kaczyńskiemu tego prezentu na dzień inauguracji jego i tak niełatwego mandatu.

Niezrozumienie także, ale takie raczej gorzkawe. Co do tarczy, konkurencyjna wobec rządu wyprawa pani Fotygi do USA pogłębiła bałagan w ważnej kwestii obronnej, a sam prezydent przecież nie ukrywa, że ma w tej sprawie (cytuję ministra Sikorskiego), "inne stanowisko niż rząd".

Rozwód między polskim premierem i prezydentem w sprawie tarczy i ratyfikacji Lizbony aktualizuje tutaj, w polskiej wersji, słynne pytanie Kissingera: Do kogo mam dzwonić w sprawie Europy? Teraz brzmi ono: Do kogo dzwonić w Warszawie, kto rządzi w Polsce?

To na tej fali gniewu i ironii powraca do mody Polska jako ten przysłowiowy chłopak do bicia. Już słychać głosy - "po cholerę żeśmy ich brali, przecież było wiadomo, że z Polską będą tylko kłopoty". Polski zygzak sprawi, że Chorwacji, a zwłaszcza Ukrainie będzie trudniej wciskać się przez brukselskie wrota. Za co będą Kaczyńskiemu specjalnie wdzięczne.

No i chyba najgorsze - niesmak. Nikt nie ma tu wątpliwości, że lizbońskie "nie" obu Kaczyńskich to wewnętrzne porachunki. To, po deptaniu Wałęsy i szukaniu arbitrażu o tarczy w USA, kolejny front w populistycznej, elektoralnej nowej polskiej wojnie na górze. Wzięcie w tej wojnie Europy za zakładnika jest uznane za niegodne i krótkowzroczne, żeby nie powiedzieć inaczej.

Prezydent Kaczyński wspomniał w wywiadzie dla "Dziennika" że, "żeby istnieć, trzeba być silnym A przy tym być możliwie sympatycznym". Jeżeli chodzi o to drugie, to nie jestem pewny, czy wybrał najlepszą drogę.

16:50, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 lipca 2008
60 lat temu w Berlinie


Jako młody korespondent PAP, 24 czerwca 1948 roku byłem w Bukareszcie. To tam usłyszałem, w BBC naturalnie, o decyzji okupacyjnych władz strefy sowieckiej w Niemczech, to znaczy Stalina, zablokowania trzech zachodnich - amerykańskiego, brytyjskiego i francuskiego - sektorów Berlina. Rosjanie odcięli dostawy energii elektrycznej, zamknęli lądowe szlaki komunikacyjne wiodące przez "sovietland" do zniszczonej i zabiedzonej (to akurat nie było moim zmartwieniem) byłej stolicy III Rzeszy.

Pamiętam, że szybko pojęliśmy sens tego manewru. Bukareszt był wtedy targowiskiem wszystkich sieci szpiegowskich świata, spora część klubu korespondentów była na co najmniej dwóch etatach, stolica Rumunii była więc dobrym punktem obserwacyjnym.

Rozumowanie było proste. Zachodnie sektory Berlina stanowiły jedyną enklawę na terytorium kontrolowanym przez Armię Czerwoną. Blokada mieści się w klasycznej logice sowieckiej. Zanim pójdziemy dalej, pomyślał Stalin, przetestujemy zachodnią wolę oporu.

Stalin postawił Zachód przed wyborem: albo skapitulować i pozostawić cały Berlin na pastwę losu i Moskwy, albo negocjować i uzyskać złagodzenie blokady za cenę wielkich ustępstw w dziedzinie powojennego porządku w Europie, albo próbować złamać blokadę silą i ryzykować III wojnę światową.

No i Stalin się pomylił. Zachód się nie poddał. Wybrał czwarty wariant - most powietrzny. 24 godziny po ogłoszeniu blokady był już w akcji. Pomysł zaopatrywania drogą powietrzną 2,5 mln mieszkańców ogromnego miasta Sowieci zrazu uznali za blef. I znowu się pomylili.

Piloci amerykańscy, brytyjscy i francuscy odbyli, w czasie trwania blokady, 278 228 lotów, w których przewieziono 2 mln 326 tys. 406 ton zaopatrzenia, w tym 1,5 mln ton węgla.

60 lat póżniej do legendy berlińskiego mostu powietrznego można, naturalnie, jak zresztą do wielu legend zimnej wojny, wnieść sporo poprawek. Żaden most nie potrafiłby wyżywić sam ogromnego miasta.

Berlińczycy nie czekali z założonymi rękoma na mannę z nieba, na wujka, który schodząc do lądowania zrzucał czekoladę na spadochronach z chusteczki. Blokada nigdy nie była, bo nie mogła być, hermetyczna. Wypróbowany w czasie wojny, ogromny czarny rynek między niemieckimi chłopami i spekulantami z sowieckiej części Niemiec a byłą stolicą sprawił, że Berlinowi w czasie blokady prawdziwy głód nigdy nie groził.

Ale, po 60 latach most jest ciągle przykładem imponującej operacji wojskowej w służbie człowieka i niedawnego wroga. Pozostaje świadectwem poświęcenia - 70 pilotów amerykańskich i angielskich zginęło w tej operacji. Most ułatwił drogę Niemców do demokracji, zapoczątkował przyjaźń z Ameryką, mocno zakotwiczył Stany Zjednoczone w Europie.

Most ponad blokadą udowodnił światu, że jest sposób na szantaż w polityce międzynarodowej, że odwaga i rozwaga, ale i twardy opór potrafią zmusić szantażystę do cofnięcia się albo kompromisu. To ta lekcja przyda się Kennedy'emu, gdy w 1962 roku będzie musiał wyganiać z Kuby Chruszczowa i jego rakiety z głowicami nuklearnymi.

Pozostaje symbol. Stalin się cofnął, odkorkował Berlin. Był to jego pierwszy szok z Ameryką i jego pierwsza porażka w zimnej wojnie. To był pierwszy wyłom w żelaznej kurtynie, pierwsza uruchomiona kostka domina, które obali Mur w 1989. I Most i Mur należą do historii i legendy Berlina. Ale wniosek, że ludzie budują za dużo murów i za mało mostów jest ciągle aktualny.
 

15:51, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »