RSS
środa, 25 sierpnia 2004
Piknik narodów, czyli o pożytku z historii
Wspomnień mam tyle, jakbym miał tysiąc lat. To parafraza Baudelaire'a, która, choć nie jestem poetą, pasuje jak ulał. Wiem, że najciekawsze są te rocznice, które sami wymyślamy, ale nazbierało się właśnie kilka prawdziwych wartych uwzględnienia, i to nie tylko z powodu mojej, jak mi ktoś już to zarzucił, obsesji udowadniania, że historia nie jest "stekiem kłamstw na temat wydarzeń, które się nigdy nie wydarzyły, opowiedzianych przez osoby, które nigdy w nich uczestniczyły". To już nie Baudelaire, ale Heidegger.
Niemcy właśnie, choć raczej od wspomnień starają się uciec, wiedzą lepiej od innych, że Heidegger się myli. Czy 19 sierpnia to kłamstwo? Rok był 1989, dokładnie 15 lat temu, kiedy na granicy węgiersko-austriackiej odbył się najważniejszy chyba piknik we współczesnej historii Europy. Niewinna pozornie zabawa, w której w klimacie sowiecko-węgierskiej pierestrojki fraternizować mieli się autochtoni z przygranicznych okolic, przekształciła się w wydarzenie epokowe - pierwszy prawdziwy cios w mur berliński. Na otwarcie "pikniku" zwiało przez otwartą granicę do Austrii 700 "turystów" z NRD. Kilka tygodni później było ich już 70 tys. Mur stracił rację bytu. NRD także. Historia nabrała rozpędu.
I już się nie zatrzymała. "Piknik" bowiem oznajmił koniec pewnej i początek innej epoki, jego rocznica pozwala przypomnieć czas, o którym coraz więcej ludzi z dziwną łatwością zapomina, czas "Europy porwanej", a raczej Europy rozdartej.
Rocznica "pikniku", pierwszej prawdziwej i decydującej dziury w żelaznej kurtynie, jest poza tym pożyteczna. Wpisana jest bowiem niejako logicznie w dwa inne etapy rozpędzonej historii.
Z jednej strony "piknik" zapowiedział, tak jak o to wołał Ronald Reagan, zwalenie i rozbiórkę muru w Berlinie. Jasne, prawdziwe, wesołe święto odbyć się miało za kilka tygodni, w listopadzie, ale przy okazji warto wspomnieć - to także właściwie, choć smutna, prawie-rocznica - że 13 sierpnia (1961 roku) ten mur nagle stanął. Zanim "piknik" zaczął go niszczyć, ponad tysiąc Niemców zginęło w czasie prób pokonania żelaznej granicy.
Z drugiej strony, przypomnieć trzeba Gorbaczowa, który był na wakacjach na Krymie (wówczas sowieckim) i być może także piknikował, kiedy zaskoczył go pucz, którego próbę 19 sierpnia 1991 podjęli jego najbliżsi, na ogół pijani, towarzysze. Pucz został sfuszerowany, a jako że rocznica nie okrągła, a świat zajęty gdzie indziej nie ma czasu o niej pamiętać, Gorbaczow musiał sam o niej przypomnieć. Były pierwszy i ostatni prezydent ZSRR, laureat pokojowej Nagrody Nobla przyznanej właśnie za jego wkład w rozbiórkę żelaznej kurtyny w Europie, wykorzystał rocznicę puczu - który, warto to również przypomnieć, przyspieszył agonię i jego władzy, i jego państwa - aby publicznie w Moskwie wyrazić zaniepokojenie losem demokracji i ostrzec przed możliwym powrotem autorytaryzmu w Rosji.
Na tym klamrę otwartą "piknikiem" na granicy węgiersko-austriackiej, idącą przez mur berliński a sięgająca do Gorbaczowa, bez którego nie byłoby pikniku, a mur może zabijałby jeszcze i dziś, można by spokojnie zamknąć. Dodając jednak, że nie chodzi tu o żadną obsesję wywoływania duchów spróchniałych wydarzeń, a o świadomość, że historię trzeba znać - nie dlatego, że czyta się w niej przeszłość, ale dlatego, że można z niej wyczytać przyszłość.
11:00, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 sierpnia 2004
ONZ w Iraku
Ciszej nad tymi trumnami - można by westchnąć w pierwszą rocznicę krwawego zamachu na siedzibę ONZ w Bagdadzie. W Nowym Jorku zostanie odsłonięta tablica pamiątkowa z nazwiskami 22 ofiar zamachu. Przed gmachem zawiśnie ta sama błękitna flaga, która rok temu powiewała nad budynkiem ONZ w Bagdadzie. W stolicy Iraku jest dziś zbyt niebezpiecznie nie tylko na takie ceremonie, ale przede wszystkim na powrót międzynarodowego personelu, który miałby znowu, gdyby mógł, nieść pomoc narodowi irackiemu.
Ale o ciszę będzie trudno. I dlatego, że trudno będzie głośno nie stwierdzić, że terroryści osiągnęli swój cel i że ONZ do Bagdadu się na razie nie wybiera. Trudno się dziwić, ONZ jest bezsilna, nie znaleziono na razie kilku państw (USA są, z jasnych powodów, wykluczone) gotowych do wysłania i opłacenia kilku tysięcy żołnierzy niezbędnych do ochrony personelu ONZ.
Cicho także być nie może, bo nad ONZ unosi się czarna chmura największej chyba w historii afery korupcyjnej, w której występują połączone siły i interesy Saddama Husajna, kilkuset biznesmenów z dwudziestu dwóch państw, długa lista przedsiębiorstw, biurokracja ONZ, w tym trzech jej bardzo wysokich funkcjonariuszy, i gdzie stawką jest autorytet i wiarygodność (lub to, co jeszcze z nich zostało) Narodów Zjednoczonych i ich sekretarza generalnego.
Całość nosi nazwę "Ropa za żywność", humanitarny program, który pod firmą ONZ i pod kierownictwem jednego z jej dygnitarzy - Cypryjczyka Benona Sewana - pozwolił w 1996 roku Irakowi mimo embarga sprzedawać pewną ilość ropy, aby móc zakupić żywność, leki i artykuły pierwszej potrzeby dla ulżenia niedoli narodu irackiego dotkniętego sankcjami międzynarodowymi. Pan Sewan znalazł się w ten sposób w centrum interesów nieprecyzyjnie wycenionych na 40 do 100 miliardów dolarów.
Mniejsza o szczegóły, kilka ważnych komisji z trudem w tej chwili je bada. Ale już dziś wiadomo, że, po pierwsze, Saddam z każdej "humanitarnej" transakcji kazał nabywcom nafty i dostawcom artykułów dla ludności, przekazywać 10 proc. na swe prywatne konta za granicą. Że, po drugie, jego kontrahenci się na to godzili i przekazywali, co i jak trzeba. Że, po trzecie, wszyscy zainteresowani, także w gmachu ONZ, o tym wiedzieli, że milcząco to tolerowali i że dopiero dokumenty ujawnione przez wskrzeszone irackie ministerstwo nafty oraz awantura w prasie tej dyskrecji położyły kres. Benon Sewan (na urlopie i tuż przed emeryturą) odrzuca oskarżenia, co nie dziwi, ponieważ sam podejrzany jest o "udział w zyskach" w wysokości 3,5 miliona dolarów. Drobiazg, można powiedzieć, jako że pierwsze wnioski amerykańskiej komisji śledczej oceniają wysokość sum nielegalnie przechwyconych w trakcie realizacji ONZ-owskiego programu "Ropa za żywność" na 10 miliardów dolarów. Z tego Saddam miał zainkasować 4,5 miliarda. Ma z czego opłacić adwokatów...
ONZ nie ma dobrej opinii na świecie. Od Srebrenicy, poprzez Ruandę, po Darfur, trwa pasmo jej niemocy, żeby nie powiedzieć kompromitacji. "Ropa za żywność" tej opinii nie poprawi, ukradzionych miliardów narodowi nie przywróci. Potwierdzi tylko to, co było jasne już w chwili jej przyznania, że w 2001 roku pokojowa Nagroda Nobla dla ONZ raz jeszcze trafiła pod niewłaściwy adres.
12:07, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 sierpnia 2004
Olimpijskie śpiewanie na życzenie Putina
Wytrzymały nietknięte przez dwadzieścia siedem wieków. Padły dopiero pod ciężarem reformatorskiej pasji Władimira Putina. Prezydentowi Rosji nie wystarczyła antyczna wersja haseł olimpijskich. Do pierwszego: "citius, altius, fortius" (szybciej, wyżej, mocniej), dodał "i głośniej", a drugie: "Ważne jest uczestnictwo" (a nie zwycięstwo), uzupełnił o słowa "i śpiewanie".
Dlaczego taki rewizjonizm? Prezydent Putin jest czynnym sportowcem i zapalonym kibicem. Potroił dotacje dla sportu, a ekipę olimpijską, która powinna, tak jak w epoce sowieckiej, wysoko nieść sztandar dumy narodowej, wyposażył nawet w ikonę św. Jerzego. Putin oglądał gehennę rosyjskich piłkarzy w czasie mistrzostw Europy w Portugalii i wściekł się nie tyle porażką swojej reprezentacji, ile tym, że rosyjska drużyna piłkarska żuła namiętnie gumę podczas grania hymnu narodowego. Prezydent wezwał więc swoich sportowców, a przede wszystkim olimpijczyków, do wyplucia gumy na czas ceremonii i do śpiewania, zamiast żucia, słów hymnu narodowego.
Łatwo mówić, trudniej śpiewać. Hymn rosyjski to cała Odyseja. Nawet sportowcy nie nadążają. W 1945 r. Stalin postanowił przekonać świat o pokojowych intencjach ZSRR i zamienił Międzynarodówkę, pieśń rewolucyjną, na mniej imperialny utwór skomponowany przez Borysa Aleksandrowa. Słowa napisał Siergiej Michałkow, ale mało kto je znał, a śpiewał tylko ten, kto musiał.
No, ale do Kremla wkroczył Chruszczow, który wyprowadził genialnego językoznawcę z mauzoleum i polecił posłusznemu Michałkowowi usunąć z tekstu hymnu wszelki cień Stalina. Toże krasiwo...
Nastał Jelcyn. Hymn ZSRR, nawet w nowej wersji, tego nie wytrzymał. W zrywaniu z przeszłością Jelcyn hymnu nie oszczędził. Zmienił ten relikt komunizmu na "Melodię patriotyczną" Glinki, niewinną i wygodną, bo nie miała... słów. Sportowcy mogli więc żuć gumę, która za Jelcyna była już dostępna w handlu, a nie tylko w kontrabandzie.
Po Jelcynie nadszedł Putin. Specjaliści wiedzieli, że Putin, patriota i reformator, w poszukiwaniu nowej tożsamości narodowej postsowieckiego Rosjanina, na pewno zmieni hymn, ale spodziewali się, że wróci do imperatorskiego "Boże, cara chrani" Czajkowskiego. Tymczasem Putin wybrał inną ciągłość, nawiązał nie co cara, lecz do Stalina i przywrócił melodię Aleksandrowa. Michałkow, już do tego nawykły, znowu zmienił słowa, do zachwytów nad wielkością Rosji dodał chwałę religii, zapominając, jak trzeba, o prawach człowieka i obywatela. W ten sposób hymn, który wybrał Stalin dla Związku Sowieckiego w 1945 roku, stał się, 8 grudnia 2000 r., hymnem postkomunistycznej Rosji. Najbardziej zachwyceni są komuniści. Teraz, powiadają, każdy obywatel budzi się o 6 rano przy radiowych dźwiękach sowieckiego hymnu.
Wszystko na pozór w porządku. Rosja ma swój hymn z melodią wybraną przez Stalina i słowami wybranymi przez Putina. Tylko że poza, może, Putinem i, na pewno, Michałkowem mało kto zna i śpiewa te słowa. Powstaje więc wątpliwość, czy sportowcy zajęci przygotowaniami do igrzysk, tak aby sprostać hasłu "szybciej, wyżej, mocniej", zdążą, między Portugalią a Atenami, dodać "i głośniej", nauczyć się słów i śpiewać (a nie udawać) hymn, zamiast żuć gumę.
Moskwa zapowiada, że do Grecji jedzie najpotężniejsza z dotychczasowych reprezentacja sportowa Rosji. Na złoty medal i rosyjski hymn w Atenach nie trzeba będzie więc długo czekać. Żuć gumy w czasie hymnu złoty medalista na pewno nie będzie. Czy potrafi śpiewać? Świat drży z niecierpliwości...
14:49, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
wtorek, 10 sierpnia 2004
Dziennikarze jak lustra
Zahra Kazemi, 54-letnia dziennikarka pochodzenia irańskiego z kanadyjskim obywatelstwem, została aresztowana w Teheranie latem ubiegłego roku. Robiła zdjęcia przed stołecznym więzieniem, gdzie ulokowani są m.in. działacze irańskiej opozycji demokratycznej. Przez 72 godziny była przesłuchiwana przez policję i kontrwywiad. Przesłuchanie było tak dokładne, że dziennikarkę trzeba było przewieźć z urazem czaszki do szpitala, gdzie zmarła nie odzyskawszy przytomności. W Kanadzie się zatrzęsło, ale skandal nie trwał długo, naciski ustały, świat poszedł naprzód, "śledztwo" szybko ucichło, a główny oskarżony, jakiś szary agent wywiadu, został właśnie, po roku od zbrodni, uniewinniony. Z braku dowodów.
Paul Chlebnikow, 41 lat, dziennikarz, obywatel amerykański pochodzenia rosyjskiego, nie został aresztowany, a od razu zginął na ulicy w Moskwie od kul dwóch zawodowych morderców. Chlebnikow też za dużo fotografował. Jako szef rosyjskiej mutacji amerykańskiego magazynu "Forbes" Chlebnikow naraził się sporej grupie osób o potężnych wpływach i środkach działania, kiedy wiosną br. jego pismo ogłosiło listę i zdjęcia stu najbogatszych Rosjan. W momencie kiedy kilku umieszczonych na tej liście musiało, tracąc spore majątki, szukać schronienia zagranicą, a największy z nich siedzi w kryminale, sfotografowana setka potrzebowała raczej subtelnej dyskrecji niż głośnej reklamy i jeden z nich lub jakiś potencjalny kandydat do następnej setki "Forbesa" mogli, razem albo oddzielnie, postanowić unieszkodliwić sam pomysł i jego autora.
Co mieli wspólnego pani Kazemi i pan Chlebnikow? Oboje byli dziennikarzami, oboje, obcy obywatele, wykonywali swój zawód w kraju ich pochodzenia, oboje czegoś szukali: Kazemi szła tropem uwięzionych dysydentów; Chlebnikow - śladem brudnych miliardów. I wspólna będzie też bezkarność ich morderców. W Teheranie już wiadomo, że nie ma morderców, bo nie było morderstwa. W Moskwie morderstwo było, ale nie będzie mordercy. Dlaczego? Bo jeszcze nigdy mordercy, który na specjalne zamówienie zamordował dziennikarza (kilku w mieście Togliatti, Listiewa i Chołodowa w Moskwie, panią Judinę w Kałmukii), odnaleźć się nie udało.
Dziennikarstwo to wspaniały, ale ryzykowny zawód. Dziennikarze, ci nie do zastąpienia, jedyni (w granicach możliwości) wiarygodni pośrednicy między prawdą a obywatelem, giną "normalnie" - na wojnie pod kulami terrorystów jak Waldemar Milewicz w Iraku albo jak Daniel Pearl na reportażu w Pakistanie pod nożem sfanatyzowanych islamistów. Ale Kazemi i Chlebnikow zginęli "nienormalnie", podobnie jak "nienormalnie" zginęła spora część z 42 dziennikarzy zabitych w ub.r. na świecie i jak "nienormalnie" prawie tysiąc dziennikarzy znalazło się w tym samym roku (w tym hurtowo na Kubie) w tiurmach.
Prasa jest częścią danego społeczeństwa w dokładnie określonym momencie. Kiedy społeczeństwo jest demokratyczne, prasa jest także wolna; w systemie totalitarnym każdy widział, jak jest. Prawda - i jej emisariusze - to pierwsze ofiary wojny i dyktatury. Dziennikarz to tylko małe, ale wrażliwe lusterko społeczności, w jakiej działa: kiedy dziennikarze są prześladowani, a wolność prasy tłumiona, ludność już jest albo zaraz znajdzie się także pod knutem. Kiedyś do Roberta Capy, króla wojennej fotografii, zwrócił się młody reporter z żalem, że choć był na pierwszej linii frontu, to zdjęcia mu nie wyszły. "Bo ciągle byłeś za daleko" - odparł Capa. Kazemi w Iranie i Chlebnikow w Rosji byli za blisko.
15:46, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »