RSS
środa, 24 sierpnia 2005
W chińskim internecie nie ma "brudnych słów"
Anonim ma decydującą przewagę: nie można mu odpowiedzieć. "Gazeta" wie o tym najlepiej. Kiedy demokracja przyniosła Polsce wolność słowa oraz swobodę i bezkarność krytyki, "Gazeta" oddała do dyspozycji czytelników nieograniczone właściwie, bo elektroniczne, pole wypowiedzi, możliwość oceny każdego artykułu dostępnego na jej forum internetowym.
No i zaczęło się. Forum stanowi potencjalnie bezkonkurencyjny instrument dialogu między gazetą i jej czytelnikami, stały tak ważny dla dziennikarzy sondaż opinii obywatelskiej. Do pewnego stopnia Dość szybko się bowiem okazało, że forum oddało głos nie tylko zwolennikom dialogu i obiektywnym, w miarę możliwości, krytykom treści gazety, ale także zwolennikom, pod kołdrą anonimowej bezkarności, zastąpienia opinii inwektywą, osobnikom, którzy nie mając nic do powiedzenia, dysponują jednak bogatym słownikiem paskudzenia języka.
Powstało ryzyko, że takie "uprzejmości" pod adresem autorów, jak "dosyć tego Alzheimera" albo "zdziecinniały idiota" czy "agent CIA i Mossadu", nie mówiąc już o sporym repertuarze prawnie zakazanych ataków zwyczajnie rasistowskich, wypierać będą uwagi o często istotnej wartości merytorycznej. Przy czym co do niektórych można wyrazić żal, że są anonimowe, tak bardzo nadawałyby się do otwartej rozmowy z autorem. W interesie publicznym trzeba więc było eliminować z forum te najbardziej "brudne" słowa. Kwestia smaku.

Rząd chiński - toute proportion gardée - stoi wobec podobnego dylematu. On też musiał zdecydować, także zgodnie z obowiązującym tam ustawodawstwem i także w imię - tak jak on to pojmuje - interesu publicznego, o eliminowaniu z chińskiego forum internetowego najbardziej "brudnych" słów. Zachodzi jednak mała różnica - to nie są te same słowa. "Brud" w Chinach jest gdzie indziej, smak jest inny.
Wszystkie zagraniczne firmy oferujące wyszukiwarki i portale, takie jak Google, Yahoo czy Microsoft, jeżeli chcą funkcjonować i zarabiać w Chinach (a chcą bardzo!), muszą się zobowiązać do wyeliminowania takich "brudnych" słów-haseł jak "demokracja", "prawa człowieka", "wolność słowa", "niepodległość Tajwanu", "plac Tiananmen" itp.
Więcej - te same ogromne przedsiębiorstwa zachodnie, instrumenty najbardziej demokratycznego kursowania idei, wiedzy i postępu na świecie, mają osobiście zorganizować wymaganą przez Pekin autocenzurę. Inaczej mówiąc, aby usadowić się w Chinach, mają robić to, czego nie chciałyby ani zwyczajnie - bo prawo by nie pozwoliło - nie mogłyby robić w ich własnym kraju. Godzą się w Chinach na ustępstwa, które w ich własnych krajach znalazłyby się w całkowitej sprzeczności i z prawem, i z najbardziej prymitywnie pojętym poczuciem etyki wolnorynkowej gospodarki i demokracji czy wolności w ogóle.
Nie wiem, jak jest po chińsku "pecunia non olet", ale po angielsku mówi się "business is business". To w imię tej zasady ci sami internetowi giganci zachodni mają dostarczyć i bez większego ociągania się dostarczają Chinom technologiczne gadżety niezbędne do łatwego i skutecznego czyszczenia przez władze w Pekinie chińskiej wersji "brudnych" słów z internetowej przestrzeni dostępnej już dla 100 mln Chińczyków.

Lenin naprawdę wierzył, że kapitaliści sami dostarczą sznur, na którym komuniści ich kiedyś powieszą. Historia się powtarza, tylko że tym razem to nie jest farsa. Sznur jest bowiem znowu dostarczany, tylko że prawie wiek później (postępu, wiadomo, zatrzymać się nie da) jest elektroniczny. Leninowi się nie udało, ale...
08:57, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
czwartek, 04 sierpnia 2005
Putin wybrał Polskę na chłopca do bicia
Dzieci nie powinno się bić. Ani białych, ani czarnych, ani rosyjskich, ani polskich. Ani dyplomatycznych, ani tych bez znaku CD. Ale dzieci lubią się bić między sobą. W Warszawie i w Moskwie, w Honolulu i Ułan Bator. Czasem dzieci są bite. Przez rodziców czy nauczycieli. Wtedy jest to problem psychologów i pedagogów. Czasem są poturbowane i okradzione przez chuliganów i wtedy jest to problem policji. W żadnym z tych przypadków nie jest to jednak problem prezydentów wielkich państw, którzy powinni się starać o to, aby nie bili się dorośli. W mundurach i z karabinem.
Chuligański epizod w Warszawie został rozdmuchany przez Putina nie w trosce o dzieci. Polityk, szef sił odpowiedzialnych za straszliwie fatalną pacyfikację szkoły w Biesłanie, powinien znać proporcje. Nie pamiętam, czy prezydent Rosji coś powiedział, w każdym razie było mniej hałasu, kiedy moskiewscy chuligani spalili właściwie żywcem kilkudziesięciu czarnych studentów w akademiku w Moskwie.
Decyzja Putina podniesienia chuligańskiego epizodu z Mokotowa do rangi międzynarodowego wydarzenia politycznego to operacja nie z traktatu Makarenki, ale z kulis polityki. Dlatego nie należy jej lekceważyć. Nie należy też sprowadzać motywów, dla których Putin tak rozdmuchał sprawę swoich zbitych dyplomatycznych dzieci, wyłącznie do chęci odegrania się na Kwaśniewskim za jego rolę na Ukrainie. Byłoby to niedocenianiem Putina i zubożaniem całej sprawy.
W istocie, tak mi się wydaje, nie chodzi ani o Kwaśniewskiego, ani o Ukrainę. Chodzi o Putina i o Rosję. Putin szuka parametrów nowej, może nawet budowanej od podstaw, tożsamości rosyjskiej. W braku innych wzniosłych kryteriów, np. demokracji czy tolerancji, Putin w coraz większym stopniu chce czy może musi tę tożsamość oprzeć na rosyjskiej wersji historii, na rosyjskim nacjonalizmie, imperialnym, carsko-sowieckim w formie, a narodowym w treści (albo odwrotnie), na odniesieniach historycznych, jak zwycięstwo w II wojnie światowej, jak czasy superpotęgi, do których tęsknota z taką siłą ujawniła się 9 maja tego roku na paradzie w stylu Stalina przed mauzoleum Lenina w Moskwie. Taki nacjonalizm potrzebuje wroga, wokół którego można by mobilizować patriotyczne masy.
Jest taki wróg, wykrzyknąłby Lenin. Selekcja nie jest trudna. Czeczenia się nie nadaje, tam jest terroryzm, wojna i wróg domowy, a nie zagraniczny. Łotwa, choć podskakuje, jest na wroga Rosji za mała, Chiny i USA - za duże. Pozostaje Polska - wróg idealny: obecne święto narodowe upamiętnia przecież nie rewolucję bolszewicką z roku 1917, tylko wygnanie Polaków z Moskwy w 1612 roku. To, powiecie, historia. A dziś? Dziś Polska to motor spisku antyrosyjskiego na Ukrainie i, teraz, na Białorusi, to naród, który domaga się prawdy zakładającej inne widzenie ciemnych stron historii rosyjskiej - takich, jak pakt Ribbentrop-Mołotow i czwarty rozbiór Polski w 1939 roku, Katyń, intryga Jałty, satelizacja połowy Europy i wcielenie Bałtów - niż to, które narodowi proponuje Putin. Chodzi więc nie o polską politykę wschodnią, tylko o zachodnią politykę Putina.
Wizja polskiej polityki wschodniej naturalnie istnieje, jest rodem z "Kultury" i z nadania Jerzego Giedroycia. Jej powodzenie zakładało istnienie wolnej, demokratycznej, przyjaznej, zdesowietyzowanej i nieimperialnej Rosji. Takiej polityki jeszcze nie ma, bo takiej Rosji jeszcze nie ma.
11:56, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
wtorek, 02 sierpnia 2005
Terror i wolność
"Jeżeli gotów jesteś poświęcić część twojej wolności, aby czuć się bezpiecznym, to nie jesteś wart ani wolności, ani bezpieczeństwa ", powiedział Tomasz Jefferson, wpisując się w ten sposób dwa wieki temu do debaty o naszej rzeczywistości.

Pan Mamun Darkazanli, biznesmen z Hamburga, ma podwójne obywatelstwo: niemieckie i syryjskie. Pan Darkazanli ma podwójne nie tylko obywatelstwo. Podwójne ma także zajęcie: interesy i operacje finansowe prowadził i dla siebi, i dla ben Ladena.

Z dowodami w ręku hiszpański sędzia Baltasar Garzon wniósł o ekstradycję pana Darkazanlego do Hiszpanii, gdzie czekał już na niego sąd w pełnym składzie. Niemiecko-syryjski biznesmen szykował się więc w więzieniu do podróży w kajdankach, kiedy niemiecki Trybunał Konstytucyjny kazał go zwolnić. Trybunał uznał, że "europejski nakaz aresztowania" nie ma zastosowania wobec obywateli niemieckich. Nakaz bowiem, uznał Trybunał, nie gwarantuje obywatelowi Niemiec panu Darkazanlemu pełnej ochrony jego praw.
W ten sposób Trybunał jednym wyrokiem storpedował "Nakaz", chociaż przyjęty po 11 września 2001 r. przez wszystkie 25 państw UE stanowi on podstawowy instrument i symbol międzynarodowej współpracy w ściganiu terrorystów. Znaczy Trybunał czytał Jeffersona i wysnuł z niego ważny wniosek. Inni czytali kogoś innego. "Historia uczy, mówił inny (toutes proportions gardées) polityk Jacques Chirac, że jeżeli jakakolwiek cywilizacja chce pozostać panem swego losu, to musi zapewnić sobie odpowiednie środki bezpieczeństwa".
Dlatego w całej właściwie Europie naśladowany już jest sprawdzony system brytyjski: sieć kamer policyjnych w autobusach Paryża, w metro Berlina i Moskwy, w bawarskich meczetach; powrót do kontroli granicznej, prawo policji do akcji ponadgranicznej, usuwanie mułłów nawołujących do świętej wojny; wzmocnienie ciągle kulejącej, hamowanej przez głupi egoizm międzynarodowej współpracy wywiadów; stworzenie wreszcie międzynarodowego i z prawdziwego zdarzenia rejestru terrorystów, zapowiedź użycia wojska, a przede wszystkim trwała kontrola ruchu połączeń w sieciach telefonii komórkowych i archiwizowanie zapisów nawet przez kilka lat. Jest naturalnie zastrzeżenie: treści rozmów nagrywać nie wolno. Ale debata jest w toku.
Nikt nie wie, jak w obecnej sytuacji zagrożenia terrorystycznego utrzymać niesłychanie delikatną równowagę między gwarancją bezpieczeństwa obywateli a gwarancją jego praw, wychodząc z założenia, że obie te strefy razem stanowią istotę demokracji, że prawo do bezpiecznego podróżowania metrem jest także prawem człowieka. Przykład nadużyć popełnianych pod parasolem amerykańskiego - skutecznego, ale dwuznacznego - Patriot Act uzasadnia ostrożność. Niemcy chcą więc ograniczyć magazynowanie zapisów telefonicznych do trzech miesięcy. Rząd w Atenach uważa, że "Grecja jest krajem wyjątkowo bezpiecznym i nie potrzebuje nadzwyczajnych środków", a w Danii, państwie stale, ale mało życzliwie obecnym w komunikatach al Kaidy, parlament odrzucił propozycje dodatkowych środków ostrożności.
Inaczej stawiając to samo pytanie: jak znaleźć równowagę między trzema Blairami - Tonym Blairem, premierem Wielkiej Brytanii, i sir Ianem Blairem, szefem Scotland Yardu, z jednej strony oraz pisarzem Erikiem Blairem z drugiej? Ten trzeci znany jest lepiej jako George Orwell, autor "Roku 1984", straszliwej satyry na sowiecki totalitaryzm, na kontrolę wszystkiego przez "Wielkiego Brata"...
13:09, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »