RSS
wtorek, 29 sierpnia 2006
Nawet muzyka nie czyni cudu
wacja na stojąco trwała co najmniej 15 minut. Daniel Barenboim, wielki dyrygent i pianista, jest do tego przyzwyczajony. Tylko że tym razem wszystko było inaczej. To była inna orkiestra, inna - nie tylko za muzykę - owacja, no i inna, w dużym stopniu niekoncertowa publiczność. I były (nie u wszystkich) łzy.
Tym razem Barenboim dyrygował nie swoją sławną berlińską Staatskapelle, ale zespołem muzyków o dziwnej nazwie West-Eastern Divan Orchestra. Za pulpitami nie siedzieli doskonali instrumentaliści niemieccy, tylko młodzi grający razem od zaledwie paru miesięcy muzycy z innych krajów - z Izraela, Egiptu, Syrii, Libanu, Jordanii... Są anonimowi. Nawet soliści nie mają nazwisk (i dla bezpieczeństwa, i jako symbol spójności ekipy). Nie wiadomo, kto Żyd, a kto Arab. Myślałem, że (jak często w wielkich orkiestrach) także w Divanie koncertmajstrem jest rosyjski Żyd z Izraela. Nie. Tu jest Palestyńczyk.
Owacja także była inna. Sala klaskała nie za jakość wykonania Brahmsa (cudów nie ma, dobra orkiestra nie powstaje w kilka tygodni), ale za nadzieję, że muzy nie muszą milczeć w czasie wojny. Barenboim dokonał rzeczy niezwykłej - pokazał, że odwagą i wiarą w słuszność sprawy można przebijać mury. I te w Palestynie, i te w ludzkiej mentalności.
Dlatego łzy były na inny, niemuzyczny temat. Barenboim nieustannie i wszędzie powtarzał, że jego orkiestra to wolne forum wolnych ludzi z Izraela i z krajów arabskich, dowód, że dialog jest możliwy nawet w obecnych warunkach na Bliskim Wschodzie. Ale przede wszystkim nie przestawał wołać, że Divan jest zjawiskiem niepowtarzalnym. Tylko muzyka - przez swoją metafizykę, specyfikę, swój uniwersalny język i tylko pod warunkiem, że nie będzie to posłanie polityczne, ale artystyczne i przede wszystkim humanistyczne - potrafi bowiem sprawić, że grupa Żydów i Arabów będzie razem oddychać wolnością.
Wołał bez skutku. Złudzenia, to znaczy przekonania, że Divan to jednak jest polityka, że muzyka jest tylko pretekstem, przełamać nie potrafił. Może nawet wprost przeciwnie. Może swoją muzyczną utopią właśnie umocnił wiarę, że cuda są możliwe, że to, iż grupa młodych, utalentowanych ludzi z wyraźną przyjemnością muzykuje razem, może stanowić przykład, a nawet sposób na przełamanie barier ideologicznych, politycznych i religijnych.
Divan umocnił złudzenie, wzbudził nadzieję. Ale złudzenia, jak wiadomo, mają krótki żywot. To prawda, że jak mawiał de Gaulle: "Śmierć nadziei to początek śmierci". Prawda też, że życie jest serią złudzeń i że niektóre się sprawdzają i stają się wtedy rzeczywistością. Tylko że cud Barenboima rzeczywistością jeszcze nie jest: koncert się kończy, ale wojna trwa, muzycy wrócą do domu i spotkają się może znowu, ale na froncie, po przeciwnych stronach.
Nazwa Divan jest z Goethego. Podziwiajmy żydowskiego Barenboima, czekajmy na Barenboimów arabskich, ale pamiętajmy, że Goethe to poeta, synonim marzyciela.
09:43, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
wtorek, 22 sierpnia 2006
Od puczu do Putina
Tego dnia wszyscy byliśmy Rosjanami. Boris Jelcyn na czołgu pojawił się na pierwszych stronach wszystkich gazet świata. I słusznie. Stawka była ogromna. W kraju, który od 70 lat nie wiedział, co to jest opór wobec władzy, znalazł się Rosjanin zdecydowany stawić czoła całej sile dogorywającej, ale ciągle totalitarnej dyktatury, idącej na odsiecz Związku Sowieckiego.
19 sierpnia 1991 roku "Państwowy Komitet Stanu Wyjątkowego", jaczejka kierowana formalnie przez wiceprezydenta ZSRR Giennadija Janajewa, a faktycznie przez dowódców KGB i wojska, generałów Władimira Kriuczkowa i Dmitri Jazowa, podjęła próbę zamachu stanu, obalenia prezydenta Michaiła Gorbaczowa i powstrzymania procesu reformowania ustroju, i - równolegle - osłabiania ich władzy i przywilejów. "Komitet" odegrał farsę (powtórkę z obalenia w 1964 roku Nikity Chruszczowa, także w czasie jego wakacji na Krymie) pod tytułem "dymisja Gorbaczowa z powodu złego stanu zdrowia". Czołgi, wojsko i KGB opanowały ulice Moskwy.
Na szczęście, nie tylko one. Zmobilizowani przez Jelcyna, na ulice wyszli także mieszkańcy Moskwy. "Operacyjnie" biorąc, aby bronić Białego Domu, gdzie urzędował demokratycznie wybrany prezydent Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej Borys Jelcyn. Politycznie biorąc, stawką był koniec dyktatury.
Kiedy Gorbaczow, blady i zdezorientowany po wyrwaniu go z łap KGB, ląduje w Moskwie, gra jest skończona. Pucz trwał trzy dni, zginęło trzech Rosjan. I zginie, za chwilę, Związek Sowiecki. Pierwszy akt wolnego tłumu : obalenie pomnika Feliksa Dzierżyńskiego. Cokół symbolu czerwonego terroru jest pusty. Ludność Rosji przekształciła się w naród. Świat odetchnął z ulgą.
15 lat później ciągle trudno jest prawidłowo odczytać niektóre okoliczności tych dni, trudno jest nawet ocenić zasięg konsekwencji fiaska puczystów, którzy zamach totalnie sfuszerowali. Te dni przeorały głęboko życie Rosjan, otworzyły nowy, ogromny rozdział w historii Rosji. Ale na tym się zgoda kończy.
Dla wielu był to dramat: początek dezintegracji państwa sowieckiego, koniec dumnej i pewnej siebie, dominującej nad połową świata superpotegi, współdecydującej o losach ludzkości.
Dla innych pucz z sierpnia 1991 stanowił rodzaj "politycznego Czarnobyla", z którego wyłoniła się nowa Rosja, i który dał początek narodzinom demokracji i społeczeństwa obywatelskiego w największej republice posowieckiej.
Dla większości chyba była to faza walki klanów o władzę, początek ogromnego rozczarowania, nie tyle upadkiem ZSRR, co latami Jelcyna, narodzinami oligarchii, korupcji, nierówności i rosnącej krzywdy społecznej, degeneracją idei demokracji. Dla nich demokracji w Rosji nie było pod rządami Jelcyna i nie ma pod rządami jego następcy.
Po 15 latach, poglądy się niewiele zmieniły. Rocznica puczu nie wywołuje w Rosji euforii ani nawet większego echa, a u niektórych budzi wprost zdumienie wobec głębi ich własnej naiwności. Nie ma już ani dawnego Jelcyna, ani starego czołgu, i tylko niewiele osób uczciło w niedzielę pamięć trzech młodych ludzi, którzy za ten dzień, 15 lat temu, zapłacili życiem.
Satysfakcję mają natomiast byli puczyści, którzy, jeżeli przeżyli, trwają w spokojnej starości i z grymasem uśmiechu patrzą na wielki "come-back" KGB. To ich wychowankowie dzisiaj rządzą Rosją. Inaczej niż 15 lat temu, w tym "zamachu" żadnej fuszerki nie ma.
11:32, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 sierpnia 2006
"The day after" Castro
"Najdziwniejszą rzeczą, jaką w życiu widziałem, był stary tyran...". Tales z Miletu żył jakieś 2500 lat temu. Gdyby żył dzisiaj, mógłby na własne oczy zobaczyć, że takie dziwne rzeczy ciągle istnieją. Fidel Castro kończy za chwilę 80 lat i choć jest w nie najlepszym stanie, to po prawie 50 latach rządzenia jest prototypem starego tyrana.
Castro wyszedł cało i z wielkich burzy politycznych, jak np. kryzys atomowy z 1962 r., i z serii, jak twierdzi, kilkuset prób zamachu na jego życie. Czy i jak wyjdzie z obecnej choroby, to się okaże. Choroba jest bardzo poważna (mówi się o raku). Wskazuje na to i zapowiedziany od razu długi okres rekonwalescencji, i bezprecedensowe "tymczasowe" przekazanie całej władzy w bratnie, ale jednak inne ręce. No i, to nie tajemnica, toczące się od dawna przygotowania do "w razie czego" utrzymania władzy w rękach dynastii - a potem, jako że spadkobierca już także przeżył swoje trzy czwarte wieku, w rękach castrowskiego klanu.
Co będzie? Trzy pokolenia Kubańczyków nie znają innego przywódcy niż Castro. W tych warunkach śmierć tyrana oznacza nieodwracalny kryzys, musi powodować niepokój, niepewność, a nawet strach. Tym większe, że Raul pozbawiony jest zarówno charyzmy, jak i autorytetu starszego brata. Jak więc może wyglądać na Kubie "the day after Castro"?
Każdy ekspert od Kuby ma swój scenariusz. Pierwszy jest najgorszy: to niekontrolowany rozpad systemu, chaos, wojna domowa, model Haiti, interwencja z zewnątrz, np. emigrantów z Miami (z poparciem USA), taka powtórka Zatoki Świń, z tym że na wyspie nie ma już Fidela.
Drugi, właśnie aby uniknąć pierwszego, to okupacja Kuby przez wojsko... kubańskie. Castrowska nomenklatura nie chce reform, jej szefowie wiedzą, że ideologia jest nieodwracalnie martwa i wiedzą, bo to studiowali, jak umierał komunizm w Europie Wschodniej. Reformy powstrzymają siłą, pytanie jakim kosztem. Trzeci, bardziej optymistyczny scenariusz, to próba podjęta przez "młodych" zwanych także "talibanami" wejścia na drogę chińską - monopol władzy, otwarty rynek.
I wreszcie mało prawdopodobna, ale z tyranami nigdy nie wiadomo, droga - jak mawia Michnik - "aksamitna", hiszpańska: pokojowe przekazywanie władzy i transformacja kierowana przez najmniej skompromitowanego członka castrowej junty. Kuba zachowuje niepodległość, powoli próbuje "pierestrojki" i "głasnosti", legalizuje opozycję, przygotowuje i pewnego dnia przeprowadza wolne wybory.
W istocie, ponieważ epoka Raula długo nie potrwa, a Kuba, choć wrzucona w beznadzieję i apatię, to jednak nie dynastyczna satrapia typu Korei Północnej czy Syrii, ostateczny scenariusz stanowić będzie mieszaninę wszystkich możliwych. O ostatecznej wersji zadecyduje poczucie odpowiedzialności, mądrość, cierpliwość i skuteczność dogadywania się sześciu aktorów tych wszystkich scenariuszy, to znaczy wojska kubańskiego, rządu post-Fidelowskiego, Kościoła, emigrantów z Miami i z Madrytu, Hiszpanii i USA. Czy można na to liczyć? I kiedy? Nikt nie wie. Wiadomo tylko, że od śmierci Stalina w 1953 r. do XX zjazdu partii bolszewickiej, na którym Chruszczow ujawnił (częściowo) grozę jego rządów, upłynęły trzy lata. Na Kubie powinno to trwać znacznie krócej.
01:51, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
wtorek, 01 sierpnia 2006
Chavez lubi jeździć do Moskwy
Nareszcie dobra wiadomość. Świat oddycha z ulgą. Zamiast "osi diabłów" prezydenta Busha mamy "oś dobra" w wykonaniu prezydenta Wenezueli Hugona Chaveza. Zamiast szatańskiej formacji Korea Północna, Iran i Syria Chavez proponuje anielski zespół w składzie Wenezuela, Białoruś, Rosja.
Wenezuela wydała w ciągu ostatniego półtora roku ponad 3 mld dol. na zakup m.in. ponad 20 rosyjskich myśliwców Su-30MK2. Maszyny te mogą z Caracas dolecieć nawet na Kubę i patrolować akwen Morza Karaibskiego. Dzięki Rosji "udało się w ten sposób zapobiec próbie rozbrojenia Wenezueli przez USA", albowiem wenezuelskie F-16 nie mogły już latać z powodu braku części zamiennych.
Naturalnie nie wszyscy patrzą na to obojętnie. Na przykład USA to, jak je określa prezydent Chavez, "krwawe imperium, gdzie nie ma żadnej demokracji, ten bezmyślny, tępy gigant, który nie rozumie świata, nie rozumie praw człowieka, nie rozumie niczego z humanizmu czy z kultury". Nawet "wiatry wojny na Bliskim Wschodzie są zdaniem Chaveza skutkiem hegemonizmu oraz imperialistycznych zakusów będących przejawem roszczeń Waszyngtonu do panowania nad światem". Dlatego zdaniem Chaveza, kraje "osi dobra" ciągle zmuszone są "trzymać się za ręce i trzymać rękę, a może nawet obie, na szablach".
Prezydent Chavez trzyma. Od kilku lat. To już jego trzecia od 2001 roku podróż do Rosji. Tak intensywnych kontaktów prezydent Władimir Putin nie utrzymuje z żadnym z liderów Ameryki Łacińskiej. Zdaniem obserwatorów w Moskwie w Wenezueli Rosja zyskała niezawodnego partnera strategicznego w Ameryce Łacińskiej. Wenezuela może w strategii Rosji zająć na arenie międzynarodowej takie miejsce, jakie w polityce zagranicznej ZSRR zajmowała Kuba.
Śmiała hipoteza, ale prawdopodobna: Hugo Chavez nigdy nie ukrywał swojej fascynacji osobą Ernesta Che Guevary. Kończąc pobyt w Moskwie, oznajmił, że "socjalizm nigdy nie umrze", a w symbolicznym geście nauczył się tam okrzyku po rosyjsku: "Wolność albo śmierć!", co ma może odpowiadać zwycięskiemu hasłu Fidela i Che: "Patria o muerte, venceremos" .
Co do venceremos, to się dopiero zobaczy. Ale kiedy to słyszę, moja pamięć drga i ogarnia mnie nostalgia. Hugo Chavez popełnia ten sam grzech arogancji, a przede wszystkim ignorancji, jaki cechuje małych satrapów przekonanych o trwałej lojalności wielkich tego świata. W przeddzień wyjazdu do Moskwy Chavez razem z Castro zwiedził dom Che Guevary w Argentynie. Szkoda, że Chavez nie skorzystał z okazji i nie przepytał Castro o wnioski z rakietowego kryzysu w październiku roku 1962. Castro i Che razem z całym światem dowiedzieli się wtedy o wszystkim przez radio, że Moskwa ich zdradziła, że nie uprzedzając Hawany, Chruszczow skapitulował przed Kennedym i sowieckie rakiety zainstalowane na Kubie posłusznie wycofał. A przecież Castro wznosił wówczas takie same okrzyki jak Chavez 45 lat później, był tak samo, jeżeli nie bardziej, antyamerykański i kupował (dostawał) broń z tego samego źródła. To wtedy Castro zrozumiał na własnej skórze, że był tylko aktorem w przedstawieniu pt. "Real polityka" i że wielkie mocarstwa nie mają przyjaciół, mają tylko interesy. Chavez też to kiedyś zrozumie. I też na własnej skórze.
12:27, leopold.unger
Link Komentarze (3) »