RSS
środa, 22 sierpnia 2007
Putin i "Czarna księga komunizmu"

To była bomba. Była, ale wciąż wybucha. Dziesięć lat temu ukazała się we Francji, a potem poszła w świat "Czarna księga komunizmu" - najbardziej obszerny (800 stron) i najlepiej wówczas udokumentowany bilans czerwonego terroru.

Zatrzęsło się jednak nie na skutek przerażającej - 85 mln - statystyki ofiar. Pod tym względem w 1997 r. wiedzieliśmy już prawie wszystko. "Czarna księga..." nie zatrzymała się jednak na przystanku zbrodni systemu marksistowsko-leninowskiego. Poszła dalej i głębiej, zestawiła ze sobą dwa totalitaryzmy - komunistyczny i nazistowski. Upowszechniła tezę historyka Pierre'a Chaunu, który określił obie ideologie jako "bliźnięta dwujajowe".

"Księga", jak kamień wrzucony w wodę, zatoczyła kręgi. Alain Besançon wyliczył siedem grzechów głównych obu totalitaryzmów, czyli analogie między nimi. Inni widzieli ich mniej albo więcej, relatywizowali albo wyolbrzymiali poszczególne punkty. Nikt przytomny jednak nie kwestionował konkluzji: obie "bliźniacze" ideologie zabijały "dla dobra człowieka". Hitlerowcy mordowali, głównie Żydów, w imię czystości rasy; bolszewicy niszczyli właściwie wszystkich w imię interesu "klasy".

Różniły się sposobem kuszenia. Nazizm niczego nie ukrywał. Hitler w "Mein Kampf" napisał, do czego zmierza. Komunizm był monumentalnym kłamstwem, a uwierzyły mu miliony.

Ówczesny premier francuski Lionel Jospin znalazł w polemice z obrazoburstwem "Czarnej księgi..." potężny argument. "Rewolucja roku 1917 - powiedział - była jednym z wielkich wydarzeń XX w.", a "ZSRR Stalina, jakkolwiek byśmy go oceniali, był naszym sojusznikiem przeciw nazistowskim Niemcom".

Władimir Putin też o tym pamięta i do tych czasów wraca regularnie i z nostalgią. Dziesięć lat po "Czarnej księdze..." prezydent Rosji przemawiał, jak informuje "International Herald Tribune", na promocji nowego podręcznika historii dla nauczycieli akademickich. Podręcznik nie neguje zbrodni Stalina, ale przedstawia go inaczej, niż nam się jawił: nie jako paranoidalnego tyrana, lecz jako twardego przywódcę, wpisującego się w długą tradycję autokratów sięgającą czasów carskich.

W tym ujęciu tyrania w Rosji miałaby być niezbędnym motorem w dziele budowy wielkiego państwa i narodu. Aby uwiarygodnić tę tezę, autor podręcznika porównuje Stalina do Bismarcka, który zjednoczył Niemcy. A jeżeli chodzi o stosunek do wolności obywatelskich, porównuje Rosję lat 30., czyli okresu wielkiego terroru i krwawych czystek, do... USA po ataku 11 września 2001 r.

Podręcznik nie ukrywa, że "zdaniem jego przeciwników" Stalin był odpowiedzialny za masowe represje. Daje jednak do zrozumienia, że tylko takim kosztem mógł on przesunąć terytorium Rosji nawet poza granice imperium carskiego, wygrać wielką wojnę, uprzemysłowić kraj i zbudować najlepszy system szkolny na świecie.

Naturalnie "Współczesna historia Rosji: 1945-2006" Aleksandra Filipowa pozostaje lata świetlne od ustaleń "Czarnej księgi...". Ale coś może pęka. Co?

Albo Putin jest już świadom, że nowej tożsamości narodowej Rosjan nie można budować wyłącznie na fałszu. Podręcznik byłby więc częścią starań Putina o oparcie jej na częściowo wiarygodnych elementach. Albo chodzi mu o usprawiedliwienie tradycją rosyjskiej tyranii aktualnych kosztów budowy silnego państwa.

13:09, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
wtorek, 14 sierpnia 2007
Czystego sportu już nie ma

Dwa finały - jeden w Europie, drugi w Azji. Oba pod znakiem żałoby.

W Europie Tour de France popełnił samobójstwo. Doping, który jak rak toczy kolarstwo, ujawnił się w tym roku w całej swojej krasie: dwie drużyny wycofane, dwóch liderów wyrzuconych, publiczność wściekła, sport zhańbiony.

Zidane, futbolowe bożyszcze Francji, powiedział: - Transfuzje [za które wyleciał lider Tour de France] są pożyteczne, inaczej przecież nie bylibyśmy w stanie grać 70 meczów w ciągu roku. A powiedział to jako świadek na procesie piłkarzy Juventusu oskarżonych o... doping.

Finał skandalu w Paryżu to naturalnie ani koniec dopingu, ani Tour de France. Tak jak na olimpiadzie w Monachium w 1972 r. po masakrze izraelskich sportowców przez palestyńskich terrorystów lub po śmierci 80 kibiców przed finałem Juventus - Liverpool w maju 1985 r. w Brukseli, show musi iść dalej. Tegoroczne straty są niewielkie. Najwyżej odpadnie jakiś wyjątkowo wrażliwy sponsor. Liderzy "na sztucznym gazie" stracą nagrody (wysokie - milion euro dla zwycięzcy). A za rok czy wcześniej, nikt nie ma złudzeń, wszyscy spotkają się znowu.

Drugi finał, o mistrzostwo Azji w piłce nożnej, rozegrany został w Dżakarcie między Arabią Saudyjską a Irakiem. Wygrała niespodziewanie drużyna Iraku, reprezentacja kraju pogrążonego w krwawej wojnie domowej. Jego drużyna składała się z sunnitów, szyitów i Kurdów, czyli trzech wspólnot, które w domu wzajemnie się wysadzają w powietrze.

Tak poskładana drużyna Iraku osiągnęła ogromny sukces, ale nikt, przede wszystkim sami zawodnicy, nie ma złudzeń: żaden futbolowy sukces nie utrzyma sztucznej jedności osiągniętej na boisku. Do nieporozumień, delikatnie mówiąc, dochodziło już w szatni, prawie każdy z piłkarzy miał w rodzinie ofiary bomb czy zamachów dokonanych przez bojówki spod znaku jego kolegów z drużyny.

W Bagdadzie wszystko więc wróci do normy, czyli do wojny domowej, i nie jest wykluczone, że zawodnicy, którzy razem święcili pierwszy w historii udział Iraku w finale pucharu Azji, będą (jeżeli wrócą) musieli, bo taka jest logika fanatyzmu, do siebie strzelać albo wzajemnie się wysadzać w powietrze, a może nawet poświęcić się na ołtarzu swojej wiary w charakterze ludzkiej bomby.

W odróżnieniu bowiem od Tour de France w Iraku koszta nie liczą się w pieniądzach. Tu płacą ludzie. Życiem. Co najmniej 50 osób już zginęło, a 136 zostało rannych w Bagdadzie w dwóch zamachach bombowych na kibiców piłkarskich, którzy fetowali zwycięstwo Iraku nad Koreą Południową w półfinale.

Jaki z tego wniosek? Ten, że do sportu należy podchodzić bez złudzeń i hipokryzji, albowiem żaden, nawet wygrany, mecz nie przywróci pokoju w Iraku, tak jak żaden oburzony wstępniak prasowy nie wypleni dopingu. Jasne, lepiej oglądać zatruty wyścig kolarski czy mecz piłkarski, niż się wzajemnie zabijać, jasne także, że nie wolno tracić nadziei ani rezygnować z prób naprawy.

Trzeba jednak mieć świadomość, że tzw. idea olimpijska, idea czystego sportu, jest wbrew naszym złudzeniom śmiertelnie ranna albo już martwa. Sport, a najlepszy aktualny przykład to olimpiada 2008 w Pekinie (o piłce w 2012 r. porozmawiamy oddzielnie), jest dziś zakładnikiem w niewoli forsy, szowinizmu i nacjonalizmu, czyli polityki. Że nic, co ludzkie, nie jest mu obce. Ludzkie, czyli nasze.

14:11, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »