RSS
wtorek, 19 sierpnia 2008
Plagiat Putina


"To nie jest rok 1968 ani inwazja na Czechosłowację, kiedy Rosja mogła bezkarnie najechać sąsiada ", mówiła pani Condoleezza Rice, sekretarz Stanu USA, komentując ostatnie wydarzenia w Gruzji. Pani Rice niezupełnie ma rację. To, pod pewnymi względami, właśnie jest rok 1968.

To wtedy, dokładnie 40 lat temu, Leonid Breżniew zapewnił sobie stałe miejsce w historii, ogłaszając "doktrynę", jaka ciągle nosi jego imię. Zrodziła się z potrzeby "ideologicznego" uzasadnienia gwałtu sowieckiej superpotęgi na bratniej, także komunistycznej, ale inaczej, Czechosłowacji. I ukarania jej za nieśmiałą próbę nadania sowieckiej wersji socjalizmu lekko ludzkiej twarzy. "Doktryna Breżniewa" proklamowała mianowicie, że suwerenność krajów obozu socjalizmu i pokoju kończy się tam, gdzie zdaniem Moskwy "zdobycze socjalizmu znalazły się w niebezpieczeństwie".

40 lat później Putin ogłosił swoją "doktrynę". Wstyd powiedzieć, to zwyczajny plagiat. Naturalnie sytuacja międzynarodowa jest zupełnie inna. Ale, przy odrobinie wyobraźni, można by powiedzieć, że tak jak Dubczek chciał odzyskać dla Czechów i Słowaków nieco ich własnej, zagrabionej przez Moskwę wolności, tak Saakaszwili w Tbilisi próbował (bardzo nieudolnie) odzyskać dla Gruzji jej własne terytoria, oderwane także siłą, pod opieką i przy pomocy Rosji.

Naturalnie także obaj - i Dubczek, i Saakaszwili - zgrzeszyli naiwnością: myśleli, że ich fantazje ujdą im na sucho. I wierzyli, także naiwnie, że Moskwa w jakimś stopniu będzie się liczyć z reakcją świata demokratycznego.

Cena naiwności i ryzyka w polityce bywa wysoka. Czasem się opłaca i procentuje w przyszłości, jak w Pradze: hasła Praskiej Wiosny i "ludzkiej twarzy" ciągle wszak figurują na szlachetnym miejscu w słowniku polityków. Ale bywa także wprost przeciwnie. Jakie hasło czy lekcja zostaną z awantury Saakaszwilego, to się dopiero okaże.

Na pewno natomiast zostanie "doktryna Putina". Tak jak w roku 1856 car Aleksander II powiedział Polakom: "Points des reveries, Messieurs" (Bez mrzonek, panowie), tak Putin zwraca się do Gruzinów: Wasza suwerenność kończy się tam, gdzie moim, Putina, zdaniem interesy Rosji, także na waszym własnym terytorium (w Osetii, Abchazji czy gdzie indziej), są zagrożone.

Właściwie nic nowego. "Doktryna Putina" wpisana jest w ciąg logiczny idący, aby nie sięgać za daleko, od stłumienia powstania robotników berlińskich w 1953 roku, przez masakrę Węgrów w 1956, uduszenie Praskiej Wiosny w 1968, szantaż wobec "Solidarności" w latach 1980-81 i zdławienie Czeczenii oraz gazowy szantaż wobec Ukrainy.

Zabójstwo, 40 lat temu, Praskiej Wiosny było ostatnią agresją sowieckiej Rosji (Afganistan to inna kategoria). Czeczenia, a potem Ukraina - pierwszą agresją posowieckiej Rosji. Śmierć Wiosny, ważny etap gnicia systemu sowieckiego, potem bestialstwa w Czeczenii i wreszcie, w innym rejestrze, Ukraina, przyczyniły się, w dużym stopniu, do otwarcia oczu Zachodu na rzeczywistość sowiecką i rosyjską. Czy i w jakim stopniu wyjątkowo brutalne i cyniczne gwałty rosyjskie w Gruzji wpłyną na jasność zachodniej, europejskiej i amerykańskiej oceny polityki i strategii Putina, i na "modernizację" zachodniej polityki i strategii wobec Rosji - na razie nie wiadomo.

Południowa Osetia 2008 to nie Gdańsk 1939. Putin nie Breżniew, Rosja nie ZSRR. Ale "doktryna Putina" to "doktryna" i Aleksandra II, i Breżniewa. Imperium atakuje. Jak zawsze.

15:55, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 sierpnia 2008
Kto stracił Gruzję


Micheila Saakaszwilego spotkałem kilka razy podczas jego wizyt ad limina apostolorum w Brukseli. Dostęp był raczej łatwy. Wykształcony w USA i we Francji Saakaszwili rozumiał, jak ważne w jego kuszeniu NATO są kontakty z prasą.

Zacytuję, bez wstydu, sam siebie. W styczniu 2004 r. pisałem: "Nowy prezydent Gruzji to człowiek młody, inteligentny, pełen entuzjazmu i zapewne dobry mówca, zdolny panować nad tłumem... Wydaje się dysponować niezbędnymi atutami, aby tchnąć w Gruzinów nowego ducha i urzeczywistnić nadzieje, jakie zrodziła rewolucja róż. Pytanie, czy zdaje sobie sprawę z wielkości wyzwania, przed jakim stanął".

Pamiętam, ostrzegano mnie. To człowiek za młody na Gruzję, powiadali sceptycy, mało przewidywalny, zbyt pewny siebie, jak będzie trzeba, to zdławi opozycję. Ale ja szanowałem domniemanie niewinności.

Moje wątpliwości malały tym szybciej, że eksperyment z prezydentami z zachodniego importu właściwie się udał na Litwie, Łotwie czy w Estonii. No i Saakaszwili bardzo logicznie przekonywał mnie o wspólnym interesie Gruzji i NATO. Jego wczesne, ale już dojrzałe argumenty (gazociąg bez kontroli Rosji, oko na Kaukaz i Bliski Wschód) znalazły się szybko w katalogu zachodniej dyplomacji, a Amerykanie znaleźli się w bazach na terenie Gruzji.

No i się pomyliłem. Gruzja to nie Bałtyk. Cztery lata później Saakaszwili wyrzucił moje złudzenia do kosza. I wraz z nimi - nie na zawsze, bo nigdy nie wiadomo, ale na bardzo długo - cały swój strategiczny plan przeniesienia Gruzji na Zachód.

Zastanawiam się, jak doszło do tej katastrofy? Jak polityk, który wydawał się świetnie rozumieć specyfikę terenu, mógł popełnić tyle błędów naraz? Jak mógł zrobić taki prezent Putinowi, pozwalając mu na bezkarne użycie wojska poza granicą Rosji pierwszy raz od końca ZSRR?

Jak mógł podjąć, nie pytając nikogo o zdanie (jeśli pytał, to jest gorzej, niż myślę), ryzyko awantury w Osetii, sądząc z dziecięcą naiwnością, że w Pekinie na trybunach jej nie zauważą? Jak mógł nie rozumieć, że jego pokerowy blef wpisze się do Wielkiej Gry, którą od XIX w. Rosja toczy z Wielką Brytanią, a dziś z Ameryką? I że w tej grze Osetia - i ta południowa, co jest na północy Gruzji, i ta północna, co jest na południu Rosji - to, jak by powiedział Kissinger, "małe orzeszki"?

W forsownym marszu do NATO Saakaszwili nie ukrywał tęsknoty za odebraniem prowincji porwanych przez Rosję. No i tu właśnie Historia go dopadła, wyznaczyła mu rendez-vous z losem. Prawnie i moralnie uzasadniona, ale politycznie i wojskowo bez żadnej szansy, jego osetyjska awantura była być może prowokacją rosyjską, ale na pewno była pułapką.

Bez względu na to, czy zastawili ją Rosjanie, czy Saakaszwili chciał ich przechytrzyć i sam w nią wpadł, to on poniesie jej koszty. I od tego, czy i jak on się z niej wywinie, zależy przyszłość jego i chyba także jego kraju.

Po zwycięstwie Mao Zedonga i wygnaniu Czang Kaj-szeka Waszyngton pytał o to, kto stracił Chiny. Teraz Saakaszwili będzie może musiał odpowiadać na pytanie: kto stracił Gruzję? Odpowiedz nie zależy tylko od niego. Od nas także.

16:19, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 sierpnia 2008
Zawsze czytajmy "GUŁag"


Był 11 kwietnia 1975 r. Wszyscyśmy czekali w napięciu na pierwszy naprawdę publiczny, bo we francuskiej telewizji i w niesłychanie popularnym magazynie literackim ""Apčstrophes", zachodni występ Aleksandra Sołżenicyna.

Przed śmietanką francuskich intelektualistów siedział nowy Tołstoj, współczesny Dostojewski, człowiek, którego jedna książka, „Archipelag GUŁag”, zrobiła więcej dla otwarcia oczu całej światowej lewicy na sowiecką rzeczywistość niż cała zachodnia propaganda z CIA włącznie. Talent pisarza, dokładność historyka i fenomenalna pamięć Sołżenicyna sprawiły, że słowo „gułag” weszło do potocznego języka Zachodu, poruszyło sumienie świata. George Kennan powie: „ »Archipelag GUŁag « stanowił najostrzejsze potępienie jakiegokolwiek reżymu w czasach nowożytnych”.

Miodowy miesiąc Sołżenicyna z Zachodem skończył się bardzo szybko. Chciał być sumieniem Rosji i świata, być nie tylko pisarzem, ale i Mojżeszem, prorokiem zwiastującym i prowadzącym do nowego moralnego porządku ludzkości. Rycerzem samotnie zwalczającym zło. Przestrzegał, jak potem w Harvardzie, że Zachód jest w upadku, że atrofia odwagi "zapowiada jego koniec". Miał odpowiedź na każde pytanie, a nie miał żadnych wątpliwości.

Nie przekonał nikogo. Doczekał się ataków równie przesadnych co jego niektóre przepowiednie. Z goryczą poskarży się: "Prasa zachodnie mnie nie lubi". W istocie to on nie rozumiał społeczeństwa otwartego, bezwzględnej wolności słowa i jego demokratycznych instytucji.

Choć nikt nie kwestionował jego odwagi i bezmiaru jego talentu, to wielkość jego dzieła coraz częściej ginęła w cieniu jego politycznych poglądów. On sam uznany zostanie za reakcjonistę, konserwatystę, słowianofila, Wielkorusa, fanatyka prawosławia, który wraca do czasów carskich i chce "Unii" łączącej Rosję z Ukrainą i Białorusią, a nawet częścią Kazachstanu.

Po powrocie do Rosji prorok rozczarowuje. Nie takiej Rosji się spodziewał, a Rosja nie spodziewała się takiego Sołżenicyna. Tak jak na Zachodzie potępiał społeczeństwo konsumpcyjne. "Własność - powiadał - nie jest celem samym w sobie, powinna być podporządkowana wyższym wartościom Inaczej marnuje życie ludzkie, staje się narzędziem ucisku". Młodzież rosyjska, w dżinsach i z komórką, myśli wprost przeciwnie.

Jego czas wyraźnie minął. Jego książki, długie i trudne, coraz mniej były czytane, a jego orędzia, "kazania", były lekceważone. Rosła przepaść między prorokiem a jego trzodą. Ci, którzy na Zachodzie spodziewali się, że powrót Sołżenicyna spowoduje jakieś trzęsienie ziemi, stracili złudzenia.

Czy Rosji, jak mówi Putin, zabraknie Sołżenicyna? Jemu samemu - na pewno, właśnie go udekorował. Innym - to się okaże.

Na razie wszyscy mamy to samo zadanie - sprawić, aby mimo jego wypowiedzi politycznych, nawoływań i potępień wszyscy, zwłaszcza młodzi, chcieli sięgać po "GUŁag" i inne jego książki. Aby zrozumieć, że Sołżenicyn był wielkim pisarzem, ale także jednym z tych rzadkich prawdziwych rewolucjonistów, którzy w pewnym stopniu potrafili zmienić świat, nie wylewając ani jednej kropli krwi.

12:51, leopold.unger
Link Komentarze (2) »